By niejadek zjadł… warzywka

Problemy z apetytem u dziecka mogą pojawić się w każdym wieku, choć najczęściej zdarzają się między 2. a 5. rokiem życia. Co wtedy? Można walczyć, zamieniając każdy posiłek w pole bitwy, albo odpuścić i przeczekać. A nuż apetyt sam wróci. Większość z nas, rodziców, oczywiście szuka sposobów, by nakarmić niejadka.

Stasiek od zawsze uwielbiał jeść. Powiedziałabym nawet, że posiłki były dla niego najważniejszymi momentami dnia. Tak było podczas karmienia piersią i rozszerzania diety. Bez szemrania sprzątał z talerzyka wszystko, co się na nim znalazło. Bez względu na to, czy leżały tam marchewka, jabłko, brokuł, kiszona kapusta, kurczak, królik, bułka, rzodkiewki, a nawet brukselka. „Blee” usłyszałam tylko, kiedy na stoliku pojawiły się sałata i szpinak. Typowe.

Co zrobić, gdy dziecko nie chce jeść tego, co „powinno”?

Staśkowa tolerancja na nowości na talerzu skończyła się mniej więcej równo z jego pierwszymi urodzinami. Niestety w tym samym czasie stwierdził, że również większość warzyw jest jednak „uee”. Uwielbiane wcześniej brokuły lądują na podłodze. Tak samo kończą rzodkiewka, ogórek i wiele innych zdrowych posiłków. Za to mięso jest pycha – o każdej porze i w każdej ilości. Buły – super. Chrupki kukurydziane – też nieźle. Niejadkiem Staśka bym nie nazwała, bo na ogół je, o ile nie trafi na zieleninę. Prawidłowo przybiera na wadze i rośnie zdrowo. Chociaż czy aby na pewno zdrowo, bo jak to tak bez warzyw? Co z witaminami, z minerałami? Zwłaszcza, że mój bobas ma skazę białkową i wiele produktów musiałam wyeliminować z jego diety.
Doskonale zdaję sobie sprawę, że dziecko jest oddzielną osobą z własnym kulinarnym gustem, więc nie zmuszam go do jedzenia. Niech buduje swoją niezależność. Zresztą sama należę do osób wybrednych i lista dań, których nie tykam, jest długa i dla wielu moich znajomych szokująca. Ale warzywa? Samo zdrowie na talerzu.
Jak to nowoczesna matka, wygooglowałam więc temat, znalazłam sporo sposobów na niejadka i część z nich zaczęłam wypróbowywać. Nie po to, by przymusić Staśka do jedzenia warzyw, ale by go przekonać, że są smaczne.

1. Doprawianie ziołami, solą i cukrem.

Sposób działa na niejadka, któremu po prostu znudziły się już mdłe papki. O ile zioła, różne przyprawy i sól (w ograniczonej ilości) nie budzą mojego sprzeciwu, o tyle na dosładzanie posiłków się nie zdecydowałam. Słodkie warzywa pewnie przekonałyby do siebie Staśka, ale widząc jego ogromny apetyt na wszystko, co ma jakikolwiek cukier, nie zamierzam go do niego jeszcze bardziej przyzwyczajać.
Przyprawy rzeczywiście mogą zmylić kubki smakowe Staśka, ale nie zawsze. Raz zje cukinię z ziołami, innym razem od razu ją wypluje. Jego reakcja jest nie do przewidzenia.

2. Fuj + mniam = ?

Co zrobić, by dziecko niejadek chociaż spróbowało czegoś nowego lub nielubianego? Wymieszać to z czymś, co pałaszuje z chęcią. U nas ten sposób działa nieźle, pewnie dlatego że Stasiek ekstremalnym niejadkiem nie jest i nie odmawia wszystkiego. Najlepiej sprawdzają się doprawione przyprawami pasty jako dodatek do buły. W tej postaci warzywa są przyjmowane przez niego zazwyczaj łaskawie. W kawałkach, wymieszane np. z kaszą, już niekoniecznie, bo dadzą się oddzielić.

3. Zmiana konsystencji posiłku.

Jedną z przyczyn, przez które dziecko może zmienić się w niejadka, jest nieodpowiednia, w jego mniemaniu, konsystencja posiłku. Staśkowi przestały smakować wszelakie papki, jeśli nie towarzyszą im bułka, chleb lub makaron. Zupki ze słoiczka traktuje jak smarowidło, nie jak osobne danie. Głównym punktem programu pozostaje dla niego buła. Nawet sucha.
Co dziwne, ogórek lub sałata zmiksowane do postaci sosu, zyskują jego akceptację.
I bądź tu człowieku mądry.

4. Kradzione smakuje lepiej.

Najlepiej zwinięte (lub wyżebrane) z kanapki mamy. To najskuteczniejszy sposób na naszego jarzynowego niejadka. Wszystko, co znajduje się na moich kanapkach, jest warte uwagi. Ściągnięta z nich sałata smakuje Staśkowi wybornie. Ta sama sałata położona na jego talerzu wywołuje efekt „blee”. Jemy więc razem.

5. Wolę sam trzymać łyżkę.

Etap karmienia przez mamę Stasiek ma już za sobą i nie lubi do niego wracać. Mój odruch, by wsunąć mu do buzi porcję warzyw (i czegokolwiek innego), wywołuje wielki sprzeciw. Mały nieźle się za to bawi, kiedy sam próbuje przetransportować na łyżce jedzenie. Jest to jakiś sposób, by odciągnąć uwagę niejadka od tego, co się na tej łyżce znajduje. Choć na ogół tylko na parę kęsów.

6. NIE dla soków i mleka.

Nasz Stasiek pije mleko modyfikowane, a jego „dawkowanie” jest ściśle określone. Z nim więc nie mamy kłopotów. Inaczej jest z sokami, które mały uwielbia i mógłby pociągać z butelki cały dzień. Z tak wypełnionym brzuszkiem wcale nie chce jeść. Woda nie wywołuje u niego równie wielkiego entuzjazmu. Dlatego oczywiście najczęściej otrzymuje do picia… wodę. Wtedy wiem, że pije z pragnienia, a nie skuszony słodkością.
Zdaniem wielu rodziców odstawienie soków jest bardzo dobrym sposobem na powrót apetytu u niejadka. Najlepiej też nie dawać dziecku picia tuż przed posiłkami, a nawet w ich trakcie. Jedynie po jedzeniu.

7. NIE dla dokarmiania przez babcię (i kogokolwiek innego).

Należymy z mężem do szczęściarzy, którzy mogą liczyć na pomoc babci. Wszystko ma jednak swoją cenę. Wiem zarówno z własnego doświadczenia, jak i opowieści znajomych, że przy babci wnuczek na pewno nie będzie głodował. Co oznacza chrupki, banany i co tam dzidzia jeszcze lubi (nasza ze względu na alergię nie je słodyczy, na szczęście) wtrząchnięte między posiłkami. Do tego ciągłe dolewki soku do butelki niczym coli w KFC. Pytanie rodziców, czy dziecko coś jadło, spotyka się ze standardową odpowiedzią: „Eee tam, tyle, co kot napłakał”. Kolacja zostaje na Staśkowym talerzu prawie nietknięta, a my już zaczynamy szukać sposobów na nakarmienie niejadka.

8. Nie zmuszaj, nie karz, nie przekupuj.

Z typowych sposobów na niejadka wypróbowałam tylko „leci samolocik/jedzie pociąg”, kiedy mały nie chciał przełknąć ani kęsa. U nas działa na 2–3 łyżki. Potem i tak buzia się szczelnie zamyka.
Karanie za brak apetytu wywołuje u mnie wewnętrzny sprzeciw, a na przekupstwo mój Stasiek jest jeszcze za młody (z tego, co rodzice piszą na forach, ten drugi sposób sprawdza się nieźle, choć przez psychologów nie jest polecany).

Naprawdę dobrą metodą jest cierpliwość. Nie raz zdarzyło się już tak, że danie odrzucone w pierwszym odruchu po pięciu minutach zyskiwało akceptację Staśka i zostawało spałaszowane do końca. Czasem warto było poczekać, pozwolić, by mały ubrudził sobie rączki i wszystko wokoło. A potem zjadł to, co jeszcze zostało mu na talerzu.
Przy dzieciach, które żywią się bardziej energią słoneczną niż stałymi pokarmami, trzeba tej cierpliwości bardzo, bardzo dużo. Dlatego trzymam kciuki za wszystkich rodziców niejadków.