straciłam dziecko nie umiem sobie z tym poradzić

Postów wyświetlanych: 15 - od 1 do 15 (wszystkich: 19)
  • Autor
    Wpisy
  • #112810

    karolina2010

    Może ktoś, kto przeżył coś podobnego spróbuje mi jakoś pomóc?Mija 2 lata, kiedy zaszłam w trzecią, zupełnie nieoczekiwana ciążę. Na początku szok, bo nawet nie przypuszczałam, że jestem w ciąży. Mieliśmy dość trudny okres w małżeństwie, przeplatany nieprzyjemnymi kłótniami. Bardzo bałam się szefa, co on powie na moją ciąże, bo miałam już 2 dzieci i właśnie zamierzałam bardziej zająć się pracą zawodową. Pamiętam, jak całą noc nie spałam, nerwy, stres, ale także jakaś wewnętrzna radość na przekór wszystkiemu nie dały mi zasnąć, ale rano byłam już tylko szczęśliwa. Kocham dzieci, są sensem mojego życia, zawsze przedkładałam ich wychowanie nad prace zawodową. Ciąża rozwijała się pomyślnie aż do 10 tygodnia, kiedy to nagle, bez uprzedzenia poczułam jak coś ze mnie wycieka, zobaczyłam dużo brunatnej krwi. Natychmiast pojechaliśmy z mężem do lekarza (to była sobota , mój lekarz nie przyjmował), dostałam luteinę i duphaston, w poniedziałek miałam się zgłosić na usg do swojego lekarza. Krwawienie niemal ustało, zmieniło się w niewielkie brązowe plamienie. W pn na wizycie wszystko o.k., ulga – dziecko żyje, jest akcja serca. Po 2 tygodniach usg – 12,2 tyg. – wszystko o.k., tylko ja miałam takie drobniutkie minimalne złe przeczucie, że moje dziecko za słabo sie rusza. Miałam już za sobą 2 ciąże, więc pamiętałam, jak dzieci na tym usg fikały, a teraz tylko taki jednorazowy ruch całym ciałkiem. Ale lekarz stwierdził, że wszystko o.k.To bardzo dobry i dokładny lekarz, z doświadczeniem, więc się nie przejmowałam. Tylko to lekkie brązowe plamienie wciąż się utrzymywało, ale było naprawdę delikatne, a ponieważ w I ciąży miałam takie plamienie w pierwszych tygodniach, nie bałam się. Jakaż byłam głupia! Myślałam, że przecież nie krwawię, więc pewnie jest dobrze, miałam leżeć, oszczędzać się , więc leżałam. Za tydzień plamienie ustało i wtedy prawdopodobnie moje dziecko już nie żyło, ale dowiedziałam się o tym dopiero w 17 tygodniu, na rutynowej wizycie. Nie zauważyłam nic, ani tego, ze brzuch przestał rosnąć, ani tego, że był bardziej miękki, ale lekarz juz na fotelu zorientował się, że coś jest nie tak i zrobił mi usg, kiedy to usłyszałam najgorsze słowa w życiu „brak akcji serca”. Na drugi dzień zabieg, szybko fizycznie bez bólu niemal, ale psychicznie koszmar, wolałam cierpieć straszny ból fizyczny zamiast tego, co przechodziłam.Leżałam na ginekologii operacyjnej i zazdrościłam kobietom szykującym się na operacje wycięcia czegoś. Płakałam niemal cały czas w szpitalu, chciałam wylać morze łez, żeby jakoś dać sobie radę potem. Bardzo bałam się widoku dziecka, ale nie musiałam go oglądać, nie chciałam nie zniosłabym tego. Nawet teraz nie żałuję, bo wiem, że taki widok pogłębiłby jeszcze moją rozpacz. Dziecko miało wielkość na 13 tygodni i 3 dni. Wtedy zapewne zmarło. Nie znam płci, nie mam przeczuć. zdecydowałam sie na przekazanie ciałka dziecka do badania histopatologicznego, bo chciałam wiedzieć dlaczego? Przecież wg usg było zdrowe. A jednak nie było…Badania wykazały zmiany zapalne w łożysku, wg lekarza była jakaś infekcja, zresztą wszyscy lekarze twierdzili, że genetyka to raczej do 10 tygodnia. Zrobiłam badanie na wszystkie możliwe infekcje, wyszło hsv – opryszczka wargowa, przechodziłam ją bezobjawowo, jak się okazało, wcześniej nigdy nie miałam styczności z tym wirusem, a teraz zaraziłam sie od swojego dziecka (przedszkolaka)pomiędzy 5 a 10 tygodniem ciąży- taka była diagnoza lekarza specjalisty chorób zakaźnych. Najprawdopodobniej to ten wirus zabił moje dziecko.
    Bardzo szybko zaszłam w koleją ciążę, jak tylko dostałam zielone światło od lekarza, urodziłam zdrowego synka, który ma teraz 5 miesięcy. Tyle faktów.
    a teraz to, co we mnie siedzi – myślałam, że już wypłakałam tyle łez, że uporałam się jakoś ze stratą dziecka, zaczęłam wręcz obsesyjnie szukać pocieszenia, np myśleć, że mój synek najmłodszy, to na pewno to samo dziecko, które straciłam, bo dzieci nienarodzone nie odchodzą, nie umierają tylko zmieniają datę swojego przyjścia na świat. ale to nieprawda. Całą ciążę przeszłam niejako „z rozpędu” , bojąc się o zdrowie dziecka, nie będąc w stanie o niczym innym myśleć. Dopiero po urodzeniu synka, po udanym porodzie, kiedy miał ok. 2 m-cy nastąpił u mnie pierwszy kryzys. Zaczęłam myśleć o tamtym, utraconym dziecku, dlaczego ono nie mogło się urodzić! Byłam pełna pretensji do świata, do Boga, a jednocześnie nigdy nie odwróciłam się od Boga, zaczęłam bardzie intensywnie się modlić, odgrzebywałam zdjęcia usg, kartę ciąży, rozpamiętywałam płakałam, ale czułam się winna, bo przecież gdyby tamto dziecko się urodziło, nie miałabym mojego synka, a kocham go bardzo.Czułam wyrzuty sumienia wobec niego, wiem, że nie powinnam tak na to patrzeć, bo to dziecko nie jest winne, że urodziło się zamiast brata/siostry. Na dodatek byłam pewna, że synek na pewno nie urodziłby się, bo data tamtego porodu praktycznie zbiegła się z datą ostatniej miesiączki, po której pojawił sie najmłodszy synek, więc praktycznej możliwości wychowywania obu dzieci nie ma, więc jak to ogarnąć.

    Kilka dni temu przyśniło mi się moje nienarodzone dziecko, pierwszy raz w życiu, miało czarne włoski i było bobaskiem i to było właśnie „TO DZIECKO”, taka była wymowa tego snu. Znów zaczynam pogrążać sie w jakimś dziwnym uczuciu. Na dodatek, przeglądają zdjęcia usg mojego utraconego maluszka, dopiero teraz odkryłam na jednym z nich, że tam wyraźnie widać całą twarzyczkę, taka malutka i śliczna, a wcześniej tego nie widziałam. Pomyślałam więc,ze moje dziecko chce mi coś przekazać, że ono jest , że mój najmłodszy synek to nie jest to samo dziecko, że tamto, chociaż tak krótko żyło. jest odrębną osobą, gdzieś jest…Myślę, że przy Bogu, że jest mu dobrze. Kiedy miałam te plamienia będąc w ciąży, prosiłam Matkę Bożą, żeby zaopiekowała się moim dzieckiem, prosiłam Ją o otoczenie go opieką. Myślę, że po kontakcie z takim wirusem, mogło sie urodzić bardzo chore i właśnie Matka Boża wzięła je do siebie i otoczyła opieką. Tak sobie tłumacze, ale czasami nie wiem, co myśleć. Postanowiłam zarejestrować sie na tym forum bo często je czytałam, pomogło mi po stracie mojego maluszka trochę dojść do siebie. Po raz pierwszy pisze moja historię, może któraś z dziewczyn coś mi poradzi? Jak dalej żyć???Boję się mówić o tym mężowi, boję się jego bólu.

    #5113408

    soul

    Przykro mi z powodu twojej straty.

    Mój drugi synek Szymonek odszedł w 41 tygodniu ciąży we wrześniu 2010 roku. W tym roku w styczniu urodziłam trzecie dziecko również chłopca. Dla mnie każdy z nich to nowe życie, nowy rozdział, inna osoba. Kocham całą trójkę. Za Szymciem bardzo tęsknię i nigdy się nie pogodzę z tym co się stało tym bardziej że nawet nie wiadomo co mi go zabrało.
    Wiele razy zastanawiałam się czy gdyby Szymonek żył mielibyśmy jeszcze Wiktorka. Możliwe… Chociaż niekoniecznie. Jednak wbrew wszystkiemu co się stało, wbrew całemu rozsądkowi i logice chcę wierzyć że tak… że bylibyśmy wszyscy razem,bo nie wyobrażam sobie już dzisiaj życia bez któregoś z nich…

    Gdybanie nic nie da niestety nasze kochane Aniołki nie wrócą 🙁

    Trzymaj się.

    Dla Twojego Aniołka [*]

    #5113409

    karolina2010

    Dziękuję:)

    Dziękuję, że odpisałaś. Czytałam także twoją historię. Dla twojego Szymonka [*]

    #5113410

    aguq

    Współczuję…

    Czy coś poradzić? Ja tyle co zrobiłam, to umiejscowiłam mojego Kubusia w „Aniołkowej Krainie”, często zwracam się do niego, pamiętam… i nie chcę nigdy zapomnieć, ale nikomu nie „dziękuję” za to co mnie spotkało. Gdyby urodził się chory, robiłabym wszystko, żeby się nim zaopiekować.
    Żal jaki mam do losu pozostanie chyba już na zawsze.

    Teraz czekam na mojego drugiego Synka, ale za moim pierwszym Kubusiem będę tęsknić do końca życia…

    #5113411

    ahimsa

    Zamieszczone przez karolina2010
    Może ktoś, kto przeżył coś podobnego spróbuje mi jakoś pomóc?Mija 2 lata, kiedy zaszłam w trzecią, zupełnie nieoczekiwana ciążę. Na początku szok, bo nawet nie przypuszczałam, że jestem w ciąży. Mieliśmy dość trudny okres w małżeństwie, przeplatany nieprzyjemnymi kłótniami. Bardzo bałam się szefa, co on powie na moją ciąże, bo miałam już 2 dzieci i właśnie zamierzałam bardziej zająć się pracą zawodową. Pamiętam, jak całą noc nie spałam, nerwy, stres, ale także jakaś wewnętrzna radość na przekór wszystkiemu nie dały mi zasnąć, ale rano byłam już tylko szczęśliwa. Kocham dzieci, są sensem mojego życia, zawsze przedkładałam ich wychowanie nad prace zawodową. Ciąża rozwijała się pomyślnie aż do 10 tygodnia, kiedy to nagle, bez uprzedzenia poczułam jak coś ze mnie wycieka, zobaczyłam dużo brunatnej krwi. Natychmiast pojechaliśmy z mężem do lekarza (to była sobota , mój lekarz nie przyjmował), dostałam luteinę i duphaston, w poniedziałek miałam się zgłosić na usg do swojego lekarza. Krwawienie niemal ustało, zmieniło się w niewielkie brązowe plamienie. W pn na wizycie wszystko o.k., ulga – dziecko żyje, jest akcja serca. Po 2 tygodniach usg – 12,2 tyg. – wszystko o.k., tylko ja miałam takie drobniutkie minimalne złe przeczucie, że moje dziecko za słabo sie rusza. Miałam już za sobą 2 ciąże, więc pamiętałam, jak dzieci na tym usg fikały, a teraz tylko taki jednorazowy ruch całym ciałkiem. Ale lekarz stwierdził, że wszystko o.k.To bardzo dobry i dokładny lekarz, z doświadczeniem, więc się nie przejmowałam. Tylko to lekkie brązowe plamienie wciąż się utrzymywało, ale było naprawdę delikatne, a ponieważ w I ciąży miałam takie plamienie w pierwszych tygodniach, nie bałam się. Jakaż byłam głupia! Myślałam, że przecież nie krwawię, więc pewnie jest dobrze, miałam leżeć, oszczędzać się , więc leżałam. Za tydzień plamienie ustało i wtedy prawdopodobnie moje dziecko już nie żyło, ale dowiedziałam się o tym dopiero w 17 tygodniu, na rutynowej wizycie. Nie zauważyłam nic, ani tego, ze brzuch przestał rosnąć, ani tego, że był bardziej miękki, ale lekarz juz na fotelu zorientował się, że coś jest nie tak i zrobił mi usg, kiedy to usłyszałam najgorsze słowa w życiu „brak akcji serca”. Na drugi dzień zabieg, szybko fizycznie bez bólu niemal, ale psychicznie koszmar, wolałam cierpieć straszny ból fizyczny zamiast tego, co przechodziłam.Leżałam na ginekologii operacyjnej i zazdrościłam kobietom szykującym się na operacje wycięcia czegoś. Płakałam niemal cały czas w szpitalu, chciałam wylać morze łez, żeby jakoś dać sobie radę potem. Bardzo bałam się widoku dziecka, ale nie musiałam go oglądać, nie chciałam nie zniosłabym tego. Nawet teraz nie żałuję, bo wiem, że taki widok pogłębiłby jeszcze moją rozpacz. Dziecko miało wielkość na 13 tygodni i 3 dni. Wtedy zapewne zmarło. Nie znam płci, nie mam przeczuć. zdecydowałam sie na przekazanie ciałka dziecka do badania histopatologicznego, bo chciałam wiedzieć dlaczego? Przecież wg usg było zdrowe. A jednak nie było…Badania wykazały zmiany zapalne w łożysku, wg lekarza była jakaś infekcja, zresztą wszyscy lekarze twierdzili, że genetyka to raczej do 10 tygodnia. Zrobiłam badanie na wszystkie możliwe infekcje, wyszło hsv – opryszczka wargowa, przechodziłam ją bezobjawowo, jak się okazało, wcześniej nigdy nie miałam styczności z tym wirusem, a teraz zaraziłam sie od swojego dziecka (przedszkolaka)pomiędzy 5 a 10 tygodniem ciąży- taka była diagnoza lekarza specjalisty chorób zakaźnych. Najprawdopodobniej to ten wirus zabił moje dziecko.
    Bardzo szybko zaszłam w koleją ciążę, jak tylko dostałam zielone światło od lekarza, urodziłam zdrowego synka, który ma teraz 5 miesięcy. Tyle faktów.
    a teraz to, co we mnie siedzi – myślałam, że już wypłakałam tyle łez, że uporałam się jakoś ze stratą dziecka, zaczęłam wręcz obsesyjnie szukać pocieszenia, np myśleć, że mój synek najmłodszy, to na pewno to samo dziecko, które straciłam, bo dzieci nienarodzone nie odchodzą, nie umierają tylko zmieniają datę swojego przyjścia na świat. ale to nieprawda. Całą ciążę przeszłam niejako „z rozpędu” , bojąc się o zdrowie dziecka, nie będąc w stanie o niczym innym myśleć. Dopiero po urodzeniu synka, po udanym porodzie, kiedy miał ok. 2 m-cy nastąpił u mnie pierwszy kryzys. Zaczęłam myśleć o tamtym, utraconym dziecku, dlaczego ono nie mogło się urodzić! Byłam pełna pretensji do świata, do Boga, a jednocześnie nigdy nie odwróciłam się od Boga, zaczęłam bardzie intensywnie się modlić, odgrzebywałam zdjęcia usg, kartę ciąży, rozpamiętywałam płakałam, ale czułam się winna, bo przecież gdyby tamto dziecko się urodziło, nie miałabym mojego synka, a kocham go bardzo.Czułam wyrzuty sumienia wobec niego, wiem, że nie powinnam tak na to patrzeć, bo to dziecko nie jest winne, że urodziło się zamiast brata/siostry. Na dodatek byłam pewna, że synek na pewno nie urodziłby się, bo data tamtego porodu praktycznie zbiegła się z datą ostatniej miesiączki, po której pojawił sie najmłodszy synek, więc praktycznej możliwości wychowywania obu dzieci nie ma, więc jak to ogarnąć.

    Kilka dni temu przyśniło mi się moje nienarodzone dziecko, pierwszy raz w życiu, miało czarne włoski i było bobaskiem i to było właśnie „TO DZIECKO”, taka była wymowa tego snu. Znów zaczynam pogrążać sie w jakimś dziwnym uczuciu. Na dodatek, przeglądają zdjęcia usg mojego utraconego maluszka, dopiero teraz odkryłam na jednym z nich, że tam wyraźnie widać całą twarzyczkę, taka malutka i śliczna, a wcześniej tego nie widziałam. Pomyślałam więc,ze moje dziecko chce mi coś przekazać, że ono jest , że mój najmłodszy synek to nie jest to samo dziecko, że tamto, chociaż tak krótko żyło. jest odrębną osobą, gdzieś jest…Myślę, że przy Bogu, że jest mu dobrze. Kiedy miałam te plamienia będąc w ciąży, prosiłam Matkę Bożą, żeby zaopiekowała się moim dzieckiem, prosiłam Ją o otoczenie go opieką. Myślę, że po kontakcie z takim wirusem, mogło sie urodzić bardzo chore i właśnie Matka Boża wzięła je do siebie i otoczyła opieką. Tak sobie tłumacze, ale czasami nie wiem, co myśleć. Postanowiłam zarejestrować sie na tym forum bo często je czytałam, pomogło mi po stracie mojego maluszka trochę dojść do siebie. Po raz pierwszy pisze moja historię, może któraś z dziewczyn coś mi poradzi? Jak dalej żyć???Boję się mówić o tym mężowi, boję się jego bólu.

    Przykro mi z powodu straty…..:(((

    Czy wyleczyłas potem HSV??? czy dali Ci jakies leki na to??

    Ja mam HPV i czytam
    Planujesz ciążę? Chcesz urodzić zdrowe dziecko? Wyklucz zakażenie wirusem HPV! U kobiet planujących ciążę wskazane jest wykonanie badania diagnozującego zakażenie HPV. Może ono bowiem wpłynąć na donoszenie ciąży we wczesnych jej etapach.

    Wiele infekcji układu moczowo-płciowego (w tym także zakażenie wirusem HPV) w początkowych stadiach rozwoju przebiega bezobjawowo. Są one przy tym bardzo niebezpieczne dla Ciebie i Twojego dziecka! Przed planowaną ciążą wskazane jest wykonanie badania na HPV. Wywołana nim infekcja może bowiem doprowadzić we wczesnych etapach ciąży nawet do poronienia!

    A ja jestem po dwóch!!! i gin NIC mi nie powiedział na ten temat! „samo” miało przejsc.

    #5113412

    karolina2010

    ten wirus (HSV) ma podobno 80% osób, ja akurat nie znalazłam się w tej szczęśliwej 80-tce. Nigdy nie miałam opryszczki, w ciąży miałam kontakt z tym pierwszy raz i chociaż sama nie miałam objawów, dziecku zaszkodziło. Sam wirus daje potem pewną odporność i ponowny kontakt z nim, nawet w ciąży nie jest już groźny. Miałam strasznego pecha. Nie chce już o tym rozmyślać, bo zwariuję. Stało się i nic już nie zmienię. W zasadzie nie planuje dzieci, bo, jak juz pisałam, po moim straconym maluszku urodziłam szybko synka, jeszcze w tym samym roku 2011, mam jeszcze 2 dzieci starszych, ale nigdy nie mówię nigdy, bo wiadomo, zdarza się i zawsze przyjmę każde dziecko z radością.
    Co do choroby, nie chodziło mi o to, ze nie chciałabym chorego dziecka, ale o to co ono by czuło. z tego co wiem, opryszczka daje straszne wady, nawet jak zarazi sie noworodek (50% umiera). M imo to, gdybym miała wybór zawsze urodziłabym, za cenę wszystkiego, także mojego zdrowia, ale nie miałam wyboru.

    #5113413

    paulinka-z

    Bardzo mi przykro z powodu Twojej straty. 🙁

    Czytam o opryszczce i nic nie rozumiem….
    Gdy zaczynaliśmy starania o dziecko pytałam o to 2lekarzy bo ja nigdy nie miałam a mój m kilka razy w roku ma. No i niby wiedziałam o ewentualnym ryzyku jakie za sobą niesie zarażenie.
    Lekarze powiedzieli, że tym nie idzie się tak łatwo zarazić. A przecież właśnie z mężem mam najbliższy kontakt z możliwych.
    Więc jak Ty w ciąży się zaraziłaś?
    Kiedyś jakiś lekarz powiedział mi też, że to się po prostu ma albo nie…
    W mojej rodzinie rodzice nie mają a siostra ma.

    #5113414

    karolina2010

    Być może nie jest się tak łatwo zarazić, pewnie tak jest, ja też miałam na studiach koleżanki z opryszczką, pożyczały pomadek ode mnie , mąż miewa, no i jakoś się nie zaraziłam. Ale w ciąży odporność spada, zwłaszcza na początku, ja nie miałam objawów, moje starsze dziecko miało opryszczkowe zapalenie jamy istnej i gardła, a ja byłam na tyle nieświadoma, ze nie odizolowałam go całkowicie, mogłam zawieźć na ten czas do babci, ale cóż, nic już nie zmienię. Nie miałam objawów poza lekkim, ale naprawdę lekkim bólem gardła może 1- 2 dni, to wszystko, myślałam, że jest już o.k., skoro nie mam objawów. ale dopiero badania przeciwciał po kilku m-cach od zarażenia wykazały bardzo dużą ilość przeciwciał Igg i prawie zero Igm, co oznaczało, że niedawno przebyłam tę infekcję, ale jak widzisz, niemal bez objawów. Najgorsze jest to, że myślę, że gdybym wiedziała, jakie to groźne, jest przecież możliwość podania leku przeciwwirusowego, tylko nie wiem, czy ktoś by mi go dał, wiedząc że nie mam objawów – błędne koło, chyba nic nie mogłam zrobić:( Chyba mimo wszystko łatwiej byłoby mi pogodzić się z tą bezsensowną śmiercią, gdybym nie znała przyczyny, tylko „tak bywa” jak to mówią lekarze. Tak na marginesie, nikt mnie specjalnie na te badania nie skierował – sama o nie poprosiłam, bo wiedziałam, że starsze dziecko było chore, kiedy byłam w 8 tygodniu ciąży, a chciałam poznać przyczynę śmierci maluszka w brzuszku za wszelką cenę. W większości wypadków przyczyny się nie wykrywa, ale przecież ona jest, a czasami można zrobić więcej niż zaleca lekarz, ja jestem takim typem, że sama szukam, co jest nie tak i dlaczego. Moje dziecko było zdrowe i pięknie się rozwijało, ale ten wirus spowodował jakieś zmiany w łożysku i dziecko przestało sie rozwjać właśnie wtedy, kiedy łożysko zaczyna przejmować funkcje ciałka żółtego (14 tydzień).

    #5113415

    olwiki

    Nie możesz trzymać w sobie emocji które nie dają spokoju mów o tym co czujesz a będzie łatwiej . Ja z moim mężem mówimy i rozmawiamy ze sobą o naszych emocjach i co czujemy . Ja wylewam wszystko na papier nigdy tak nie miałam pisanie sprawiało mi trudność a teraz siadam i piszę czasami jest tego dużo i samą siebie zaskakuje , że mogłam aż tyle napisać . Załóż sobie wirtualny grób dziecka na stronie pamiętajmy.com.pl Można tam zapalić świeczkę dziecku napisać co czujesz do niego . Mnie pomaga kiedy nie mogę jechać na cmentarz do córeczki ( a jestem często ) bo muszę z Nią rozmawiać .Zapalam tam też świeczkę i piszę różne rzeczy i moja rodzina również czuję się z tym lepiej . Trzymaj się :Przytulam::Przytulam:

    #5113416

    vinga

    Zamieszczone przez karolina2010
    Być może nie jest się tak łatwo zarazić, pewnie tak jest, ja też miałam na studiach koleżanki z opryszczką, pożyczały pomadek ode mnie , mąż miewa, no i jakoś się nie zaraziłam. Ale w ciąży odporność spada, zwłaszcza na początku, ja nie miałam objawów, moje starsze dziecko miało opryszczkowe zapalenie jamy istnej i gardła, a ja byłam na tyle nieświadoma, ze nie odizolowałam go całkowicie, mogłam zawieźć na ten czas do babci, ale cóż, nic już nie zmienię. Nie miałam objawów poza lekkim, ale naprawdę lekkim bólem gardła może 1- 2 dni, to wszystko, myślałam, że jest już o.k., skoro nie mam objawów. ale dopiero badania przeciwciał po kilku m-cach od zarażenia wykazały bardzo dużą ilość przeciwciał Igg i prawie zero Igm, co oznaczało, że niedawno przebyłam tę infekcję, ale jak widzisz, niemal bez objawów. Najgorsze jest to, że myślę, że gdybym wiedziała, jakie to groźne, jest przecież możliwość podania leku przeciwwirusowego, tylko nie wiem, czy ktoś by mi go dał, wiedząc że nie mam objawów – błędne koło, chyba nic nie mogłam zrobić:( Chyba mimo wszystko łatwiej byłoby mi pogodzić się z tą bezsensowną śmiercią, gdybym nie znała przyczyny, tylko „tak bywa” jak to mówią lekarze. Tak na marginesie, nikt mnie specjalnie na te badania nie skierował – sama o nie poprosiłam, bo wiedziałam, że starsze dziecko było chore, kiedy byłam w 8 tygodniu ciąży, a chciałam poznać przyczynę śmierci maluszka w brzuszku za wszelką cenę. W większości wypadków przyczyny się nie wykrywa, ale przecież ona jest, a czasami można zrobić więcej niż zaleca lekarz, ja jestem takim typem, że sama szukam, co jest nie tak i dlaczego. Moje dziecko było zdrowe i pięknie się rozwijało, ale ten wirus spowodował jakieś zmiany w łożysku i dziecko przestało sie rozwjać właśnie wtedy, kiedy łożysko zaczyna przejmować funkcje ciałka żółtego (14 tydzień).

    Bardzo mi przykro :(… Ja to mówię, że nadal mam bilans ujemny… 5 dzieci straciłam, 3 mam przy sobie… Często o nich myślę… Chyba najtrudniej mi było emocjonalnie poradzić sobie z ostatnimi stratami, gdy będąc w ciąży trojaczej straciłam dwójkę, urodziła się tylko Tosia, pamiętam moją złość na nią, zanim się urodziła, że ona przeżyła, a tamte dzieci nie… a jak się urodziła, to czasami patrzę na nią i myślę, że ma w sobie też coś z tamtych moich dzieci

    #5113417

    domi-90

    Zamieszczone przez karolina2010
    Może ktoś, kto przeżył coś podobnego spróbuje mi jakoś pomóc?Mija 2 lata, kiedy zaszłam w trzecią, zupełnie nieoczekiwana ciążę. Na początku szok, bo nawet nie przypuszczałam, że jestem w ciąży. Mieliśmy dość trudny okres w małżeństwie, przeplatany nieprzyjemnymi kłótniami. Bardzo bałam się szefa, co on powie na moją ciąże, bo miałam już 2 dzieci i właśnie zamierzałam bardziej zająć się pracą zawodową. Pamiętam, jak całą noc nie spałam, nerwy, stres, ale także jakaś wewnętrzna radość na przekór wszystkiemu nie dały mi zasnąć, ale rano byłam już tylko szczęśliwa. Kocham dzieci, są sensem mojego życia, zawsze przedkładałam ich wychowanie nad prace zawodową. Ciąża rozwijała się pomyślnie aż do 10 tygodnia, kiedy to nagle, bez uprzedzenia poczułam jak coś ze mnie wycieka, zobaczyłam dużo brunatnej krwi. Natychmiast pojechaliśmy z mężem do lekarza (to była sobota , mój lekarz nie przyjmował), dostałam luteinę i duphaston, w poniedziałek miałam się zgłosić na usg do swojego lekarza. Krwawienie niemal ustało, zmieniło się w niewielkie brązowe plamienie. W pn na wizycie wszystko o.k., ulga – dziecko żyje, jest akcja serca. Po 2 tygodniach usg – 12,2 tyg. – wszystko o.k., tylko ja miałam takie drobniutkie minimalne złe przeczucie, że moje dziecko za słabo sie rusza. Miałam już za sobą 2 ciąże, więc pamiętałam, jak dzieci na tym usg fikały, a teraz tylko taki jednorazowy ruch całym ciałkiem. Ale lekarz stwierdził, że wszystko o.k.To bardzo dobry i dokładny lekarz, z doświadczeniem, więc się nie przejmowałam. Tylko to lekkie brązowe plamienie wciąż się utrzymywało, ale było naprawdę delikatne, a ponieważ w I ciąży miałam takie plamienie w pierwszych tygodniach, nie bałam się. Jakaż byłam głupia! Myślałam, że przecież nie krwawię, więc pewnie jest dobrze, miałam leżeć, oszczędzać się , więc leżałam. Za tydzień plamienie ustało i wtedy prawdopodobnie moje dziecko już nie żyło, ale dowiedziałam się o tym dopiero w 17 tygodniu, na rutynowej wizycie. Nie zauważyłam nic, ani tego, ze brzuch przestał rosnąć, ani tego, że był bardziej miękki, ale lekarz juz na fotelu zorientował się, że coś jest nie tak i zrobił mi usg, kiedy to usłyszałam najgorsze słowa w życiu „brak akcji serca”. Na drugi dzień zabieg, szybko fizycznie bez bólu niemal, ale psychicznie koszmar, wolałam cierpieć straszny ból fizyczny zamiast tego, co przechodziłam.Leżałam na ginekologii operacyjnej i zazdrościłam kobietom szykującym się na operacje wycięcia czegoś. Płakałam niemal cały czas w szpitalu, chciałam wylać morze łez, żeby jakoś dać sobie radę potem. Bardzo bałam się widoku dziecka, ale nie musiałam go oglądać, nie chciałam nie zniosłabym tego. Nawet teraz nie żałuję, bo wiem, że taki widok pogłębiłby jeszcze moją rozpacz. Dziecko miało wielkość na 13 tygodni i 3 dni. Wtedy zapewne zmarło. Nie znam płci, nie mam przeczuć. zdecydowałam sie na przekazanie ciałka dziecka do badania histopatologicznego, bo chciałam wiedzieć dlaczego? Przecież wg usg było zdrowe. A jednak nie było…Badania wykazały zmiany zapalne w łożysku, wg lekarza była jakaś infekcja, zresztą wszyscy lekarze twierdzili, że genetyka to raczej do 10 tygodnia. Zrobiłam badanie na wszystkie możliwe infekcje, wyszło hsv – opryszczka wargowa, przechodziłam ją bezobjawowo, jak się okazało, wcześniej nigdy nie miałam styczności z tym wirusem, a teraz zaraziłam sie od swojego dziecka (przedszkolaka)pomiędzy 5 a 10 tygodniem ciąży- taka była diagnoza lekarza specjalisty chorób zakaźnych. Najprawdopodobniej to ten wirus zabił moje dziecko.
    Bardzo szybko zaszłam w koleją ciążę, jak tylko dostałam zielone światło od lekarza, urodziłam zdrowego synka, który ma teraz 5 miesięcy. Tyle faktów.
    a teraz to, co we mnie siedzi – myślałam, że już wypłakałam tyle łez, że uporałam się jakoś ze stratą dziecka, zaczęłam wręcz obsesyjnie szukać pocieszenia, np myśleć, że mój synek najmłodszy, to na pewno to samo dziecko, które straciłam, bo dzieci nienarodzone nie odchodzą, nie umierają tylko zmieniają datę swojego przyjścia na świat. ale to nieprawda. Całą ciążę przeszłam niejako „z rozpędu” , bojąc się o zdrowie dziecka, nie będąc w stanie o niczym innym myśleć. Dopiero po urodzeniu synka, po udanym porodzie, kiedy miał ok. 2 m-cy nastąpił u mnie pierwszy kryzys. Zaczęłam myśleć o tamtym, utraconym dziecku, dlaczego ono nie mogło się urodzić! Byłam pełna pretensji do świata, do Boga, a jednocześnie nigdy nie odwróciłam się od Boga, zaczęłam bardzie intensywnie się modlić, odgrzebywałam zdjęcia usg, kartę ciąży, rozpamiętywałam płakałam, ale czułam się winna, bo przecież gdyby tamto dziecko się urodziło, nie miałabym mojego synka, a kocham go bardzo.Czułam wyrzuty sumienia wobec niego, wiem, że nie powinnam tak na to patrzeć, bo to dziecko nie jest winne, że urodziło się zamiast brata/siostry. Na dodatek byłam pewna, że synek na pewno nie urodziłby się, bo data tamtego porodu praktycznie zbiegła się z datą ostatniej miesiączki, po której pojawił sie najmłodszy synek, więc praktycznej możliwości wychowywania obu dzieci nie ma, więc jak to ogarnąć.

    Kilka dni temu przyśniło mi się moje nienarodzone dziecko, pierwszy raz w życiu, miało czarne włoski i było bobaskiem i to było właśnie „TO DZIECKO”, taka była wymowa tego snu. Znów zaczynam pogrążać sie w jakimś dziwnym uczuciu. Na dodatek, przeglądają zdjęcia usg mojego utraconego maluszka, dopiero teraz odkryłam na jednym z nich, że tam wyraźnie widać całą twarzyczkę, taka malutka i śliczna, a wcześniej tego nie widziałam. Pomyślałam więc,ze moje dziecko chce mi coś przekazać, że ono jest , że mój najmłodszy synek to nie jest to samo dziecko, że tamto, chociaż tak krótko żyło. jest odrębną osobą, gdzieś jest…Myślę, że przy Bogu, że jest mu dobrze. Kiedy miałam te plamienia będąc w ciąży, prosiłam Matkę Bożą, żeby zaopiekowała się moim dzieckiem, prosiłam Ją o otoczenie go opieką. Myślę, że po kontakcie z takim wirusem, mogło sie urodzić bardzo chore i właśnie Matka Boża wzięła je do siebie i otoczyła opieką. Tak sobie tłumacze, ale czasami nie wiem, co myśleć. Postanowiłam zarejestrować sie na tym forum bo często je czytałam, pomogło mi po stracie mojego maluszka trochę dojść do siebie. Po raz pierwszy pisze moja historię, może któraś z dziewczyn coś mi poradzi? Jak dalej żyć???Boję się mówić o tym mężowi, boję się jego bólu.

    Rozumiem co czujesz, dowiedziałam się w 18 tyg ze serduszko mojego maleństwa przestało bić. Poczułam, że świat mi się zawalił, że życie straciło sens. W szpitalu zobaczyłam jak bardzo przeżywa mój stan mój narzeczony, dla Niego postanowiłam wziąć się w garść. Stwierdzam, że to strasznie trudne wieczorem kiedy On zasypia ja ciągle myślę o Moim maleństwie i jak już zasypiam zawsze mam ten sam sen że karmie mojego aniołka a ktoś mi go wyrywa i zabiera. Boje się że pomimo że jestem silną kobietą nie będę w stanie wrócić do normalnego życia. Mam wrażenie, że w raz z moim Aniołkiem odeszła jakaś część mnie. Mówią że czas goi rany, mam nadzieję że to prawda. Nigdy nie zapomnę mojego maleństwa i tego jak słodko ssał kciuk i jak słodko wyglądał jak miał czkawkę. Strasznie tęsknie.

    #5113418

    2015-15-03

    Witam,tez bym chciala podzielic sie swoja historia z osobami,ktore przeszly przez cos podobnego,nie umiem sobie juz z tym sama poradzic.Wszystko zaczelo sie troche ponad rok temu,we wrzesniu dowiedzialam sie ze jestem w ciazy-nie planowanej ale mimo to strasznie sie ucieszylam,starsza corka mialo miec w koncu rodzenstwo.Poszlam do lekarza juz w piatym tyg ciazy,nie bylo jeszcze za wile widac ale ze bolal mnie brzuch to dostalam luteine na wszelki wypadek,bralam do konca pierwszego trymestru,bole przeszly,wszystko bylo w jak najlepszym porzadku,drugi trymest czulam sie super,odzyskalam energie,cieszylam sie ciaza,w 22tyg na usg okazalo sie ze bedzie dziewczynka,starsza corka byla wtedy ze mna na badaniu,z moim lekarzem klucila sie ze to nie siostra ze mama ma w brzuszku jej malego braciszka.Cztery tyg pozniej kolejna wizyta u lekarza,wyniki dobre,wszystko ok tylko moj brzuch jak na ten tydzien ciazy strasznie duzy wiec lekarz robi usg,robil je dlugo i nic nie mowil,nagle slysze ma pani wielowodzie,jest obrzeg brzuszka tez u dziecka,to chyba cos z serduszkiem,musi to zobaczyc kardiolog,dostalam skierowanie do szpitala,pojechalam nastepnego dnia rano.Mialam nadzieje ze powiedza ze lekarz sie pomyli,zrobia badania i do domu puszcza,niestety jak zobaczyli usg od razu kazali zostac.Zostalam zrobili echo serca u malej,bylo bardzo zle,serduszko prawie nie pracowalo,nie dawali jej szans mimo to postanowili dawac mi leki,spedzilam10 dni w szpitalu,dawali leki ale nic nie pomagaly mimo to mala walczyla i zyla nadal w brzuszku,wypisali mnie do domu,mialam brac leki i przyjezdzac na kontrole,po tygodniu swedzialo mnie cale cialo od lekow,zaczelam miec zmiany w swoim ekg,leki byly za silne dla mie a za slabe dla corki,odstawili je. Dostalam skierowanie na badanie kariotypu bo wszystkie badania ktore mi zrobili nie wykazaly zadnego wirusa i niczego co by bylo powodem naglej choroby dziecka,na badaniu nie pobrali krwi pepowinowej bali sie ze wywolaja krwotok i przyspiesza najgorsze,pobrali tylko plyn owodniowy.Nadal jezdzilam na kontrole,mala zyla,mimo ze dawali jej 1%po wyjeciu postanowili ze jak skonczy sie 30tydzien zrobia cc. Dozyla do 30 tygodnia to byla niedziela rano mialam jechac na usg i mieli podjac decyzje co dalej.Przez caly ostatni tydzien mala byla juz slaba,prawie nie czulam ruchow,wiedzialam ze zyje bo czulam jak ma czkawke,tego dnia w niedziele juz nie czulam czkawki,w nocy sie badzo zle czulam,rano na badniu okazalo sie ze umarla.Minelo piec miesiacy a ja nadal sobie nie radze z tym wszystkim,pochowalam coreczke,prawie codziennie jestem na cmentarzu,nie ma dnia zebym o niej nie myslala,placze bardzo czesto.

    #5113419

    robertab

    Bardzo Wam współczuję dziewczyny :(. To takie smutne.

    #5113420

    sawicka14

    To strasznie przykre. Mam nadzieję, że otrząśniesz się w końcu z tego, co Cię spotkało i kolejne dziecko urodzi się całe i zdrowe, a czas zaleczy rany.

    #5113421

    agniecha-s

    Każda z nas ma za soba jakąs mniej ciekawa przeszłość. Najwazniejsze to nie byc dla siebie zbyt surową, nie mozna się obwiniac, nie można tyle przezywać i kombinowac. To na nic sie zda, ponieważ to już historia. Warto pomyslec co możemy dac kolejnym dzieciom, męzowi, rodzinie. To teraz sie liczy, naprawde to co było nic juz w naszym zyciu nie zmieni, a rozpamiętywanie tego czyni szkode nam oraz najbliższym 🙂

Postów wyświetlanych: 15 - od 1 do 15 (wszystkich: 19)

Musisz się zarejestrować lub zalogować, żeby odpowiedzieć

Close