W 2017 roku MEN przeprowadziło reformę edukacji. Planowano łatwe i nieodczuwalne przez dzieci i rodziców usunięcie gimnazjów i powrót to 8-klasowych podstawówek. Reforma, nazywana przez przeciwników “deformą” okazała się fiaskiem. Szkoły pękają w szwach, a dzieci ze zmęczenia mdleją na lekcjach.



Reforma edukacji: czy to dobra zmiana?

Obecnie panujący rząd usilnie próbuje pokazać, jak bardzo mylne były działania poprzednich partii rządzących i wprowadza ogrom reform. Choć zdarzają się takie wychodzące naprzeciw potrzebom obywateli, reforma edukacji przeprowadzona przez Ministerstwo Edukacji Narodowej okazuję się totalnym fiaskiem. Politycy zapewniali nauczycieli, rodziców, a przede wszystkim uczniów, że zmiana będzie nieodczuwalna. Nic bardziej mylnego. W drugim roku reformy w szkołach panuje chaos, a lista problemów jest tak długa, że nie wiadomo, od czego zacząć.

Rodzice mają serdecznie dość tego, że ich dzieci kończą zajęcia o bardzo późnych godzinach, w dwa lata przerabiają materiały przygotowane na 3 lata edukacji, a niektóre zajęcia odbywają się na korytarzach ze względu na brak sal lekcyjnych! Co więcej niektóre placówki rozpoczynają zajęcia już o 7:00 rano, a przerwy między lekcjami skrócono do 5 minut. Wszystko po to, by „upchnąć” wszystkie wymagane w programie lekcje oraz pomieścić wszystkie klasy.

Protest rodziców i nauczycieli

W Warszawie odbył się protest pod hasłem “Kumulacja chaosu”, w którym uczestniczyli rodzice ze zgromadzenia “Rodzice Przeciwko Reformie Edukacji” oraz nauczyciele, którzy z powodu reformy edukacji muszą wyrabiać dodatkowe nadgodziny i przerabiać ogromne ilości materiału w krótkim czasie. Jak podaje Fakt, Dorota Łoboda z ruchu “Rodzice Przeciwko Reformie Edukacji” w czasie marszu zwróciła się do Anny Zalewskiej, minister edukacji:

Stoimy tu po raz kolejny, stoimy przed Ministerstwem Edukacji Narodowej, tam, gdzie powinna być dzisiaj pani ministra Anna Zalewska po to, żeby stanąć przed nami, wziąć odpowiedzialność za niewyobrażalny bałagan i chaos, który wywołała jej reforma. To ona jest winna temu, że nasze dzieci mają przeładowane podstawy programowe, że nasze dzieci spędzają w szkołach długie godziny, często dłuższe niż my w pracy.

Jednym z aspektów, który najbardziej wzburza rodziców, jest fakt, że za rok do szkół średnich będą aplikować zarówno gimnazjaliści, jak i uczniowie 8 klasy podstawówki. Rzeczniczka MEN-u Anna Ostrowska w oficjalnym liście zapewniała jednak, że szkoły są na to przygotowane:

Z informacji posiadanych przez MEN wynika także, że wiele miast jest już przygotowanych do przeprowadzenia rekrutacji w roku 2019. Włodarze miasta potwierdzają, że rekrutacja na rok szkolny 2019/2020 będzie przeprowadzona sprawnie. Nie przewidują oni problemów z nauką w systemie zmianowym.

Czy można jednak ufać zapewnieniom MEN-u, skoro obecnie w szkołach panuje taki bałagan?

„Stracone roczniki. Kulminacja chaosu”

Problem z liczbą aplikujących do szkół średnich w przyszłym roku to niestety nie jedyna zmora uczących się dzieci. Szkoły już teraz nie są przygotowane na taką liczbę uczniów. W wielu placówkach zajęcia odbywają się na korytarzach czy w bibliotece, a nie są to miejsca sprzyjające prowadzeniu lekcji.

Dzieci muszą zderzyć się też z ogromną ilością materiałów do przerobienia w bardzo krótkim czasie. Rodzice skarżą się, że nagle materiał przeznaczony dla gimnazjalistów i rozłożony na trzy lata nauki, został upchnięty w dwa lata. Z kolei nauczycielka z jednej z warszawskich szkół rozmawiając z nami stwierdza:



Nie ma takiej możliwości, abym przerobiła z dziećmi cały program. Jest zbyt szeroki. Jestem zmuszona wybierać najważniejsze zagadnienia, w przeciwnym wypadku dzieci nie dałyby sobie rady!

Uczniowie i tak spędzają godziny na odrabianiu lekcji. Problem staje się jeszcze większy, gdy w czwartej klasie podstawówki dochodzą kolejne przedmioty: chemia, fizyka czy geografia. Rodzice przyznają, że są zmuszeni pomagać swoim pociechom w odrabianiu zadań domowych, a wcześniej nigdy nie istniała taka potrzeba. Dzieci są zdezorientowane, nie nadążają z nauką i zdarza się, że są przemęczone.

Długie godziny w szkole, mnóstwo prac domowych

Jak mówi pani Agnieszka z Grudziądza w rozmowie z Newsweekiem, jej dotychczas aktywna i radosna córka zasłabła w czasie zajęć. Okazało się, że przyczyną było przemęczenie organizmu. Z powodu reformy i długich godzin spędzanych w szkole musiała także zrezygnować z zajęć lekkoatletycznych, w których osiągała bardzo dobre wyniki.

Nic dziwnego, że dzieci nie wyrabiają, a ze szkoły wracają wycieńczone, wystarczy spojrzeć na plan zajęć 8-klasistów jednej z warszawskich placówek: poniedziałek zajęcia od 8:00 do 16:35. Wtorek i czwartek tak samo. W środę dzieci zostają o godzinę dłużej. Jedynie w piątek uczniowie kończą lekcje o 15:45. Gdzie tu czas na jakiekolwiek planowanie czasu wolnego czy zajęcia pozalekcyjne? Po powrocie ze szkoły trzeba przecież odrobić prace domową…

Sondaż CBOS: reforma edukacji jest nieprzygotowana!



Reforma edukacji miała być nieodczuwalna, a tymczasem dzieci odczuwają ją bardzo mocno, co odbija się na ich zdrowiu fizycznym, jak i psychicznym. Czy aby na pewno była to “dobra zmiana”?

Z najnowszego sondażu przeprowadzonego przez nadzorowany przez premiera CBOS wynika, że zmiany wprowadzone w szkołach są bardzo negatywnie oceniane przez rodziców. Większość ankietowanych uważała, że reforma edukacji była zdecydowanie konieczna (24%) oraz potrzebna (28%). 11% pytanych nie miało na ten temat wyrobionego zdania, zaś pozostali stwierdzili, że zmiany nie były konieczne.

40% respondentów odniosło się negatywnie do sposobu przygotowania reformy. 31% rodziców nie ma na ten temat wyrobionego zdania. Nieco mniej, 29% pytanych oceniło sposób przygotowania i wdrożenia reformy pozytywnie.

Podobnie sytuacja wyglądała przy pytaniu o sposób przeprowadzenia reformy edukacji: 31%ankietowanych oceniło go pozytywnie, 36% – negatywnie, zaś 33% rodziców nie miało na ten temat zdania.

A co Wy sądzicie na ten temat? Jak to wygląda w Waszych szkołach?

Zdjęcie główne: depositphotos.com