Do absurdalnej sytuacji doszło w czerwcu tego roku w Rybniku. Na wycieczce szkolnej jeden z uczniów, 13- letni Paweł Rek, źle się poczuł. Chłopiec od lat ma w głowie zastawkę odprowadzającą płyn mózgowo-rdzeniowy, mimo to nauczycielka nie wezwała pomocy. Gdy po interwencji kolegów chłopca w końcu zostało wezwane pogotowie, lekarze stwierdzili, że Paweł symuluje. Teraz chłopiec może już nigdy nie wrócić do pełnej sprawności.



Nauczycielka nie udzieliła dziecku pomocy 

Paweł Rek, 12 czerwca był w kinie na wycieczce szkolnej pod opieką wychowawczyni. Pod koniec seansu zaczął narzekać na bardzo silny ból głowy. Jak relacjonuje przyjaciel Pawła, Bartek Liszka dla Uwaga TVNW w czasie jazdy autobusem jego stan się pogorszył: wymiotował i tracił przytomność.

Mimo, że wychowawczyni została poinformowana o stanie zdrowia Pawła, nie wezwano karetki. Rodzice chłopca nie mogą zrozumieć nieodpowiedzialnego zachowania nauczycielki. Paweł od niemowlęcia ma w głowie zastawkę odprowadzającą płyn mózgowo-rdzeniowy, a szkoła jest poinformowana, by w sytuacji, gdy chłopiec źle się poczuje, dzwonić do rodziców i na pogotowie. Wymioty i ból głowy to też jedne z objawów wysunięcia się drenu odprowadzającego płyn.

Jak dodaje Marcin Rek, tata chłopca dla Uwaga TVN: Doktor, który przeprowadzał operację (wstawienia zastawki odprowadzającej płyn mózgowo-rdzeniowy przypomina red.), poinformował nas, że dren, który miał założony wyskoczy i zaczną się takie objawy jak wymioty, bóle głowy. Wiedzieliśmy, że trzeba wtedy natychmiast wezwać karetkę.

Dyspozytor karetki: Nie róbcie sobie żartów!

Wychowawczyni nie tylko nie zadzwoniła po pogotowie, ale też poprosiła innego ucznia, aby odprowadził Pawła do domu, nie zapewniając mu pomocy medycznej. Kolegą zajął się Bartek, który przeszedł kawałek z chłopcem skłaniającym się na nogach, po czym uznał, że jego stan jest zbyt poważny i wezwał pomoc.

– Wołałem pomocy, nikt nam nie pomógł. Zadzwoniłem na numer alarmowy, przedstawiłem się. Krzyczałam do słuchawki, błagałem o pomoc, a w słuchawce usłyszałem, że na pewno się napaliliśmy – dodaje Bartek, przyjaciel Pawła w rozmowie z Uwaga TVN.

Jedyną osobą, która przejęła się sytuacją dziecka i wezwała policję była sprzątaczka. Przybyły na miejsce policjant wezwał karetkę oraz poinformował o zdarzeniu matkę dziecka.

Lekarz: dziecko symuluje

Lekarz pogotowia, który zbadał chłopca, stwierdził, że nic nie zagraża jego życiu lub zdrowiu. Mama Pawła poinformowała go o zastawce, jednak ratownik uznał, że objawy syna, nie mają z nią związku. Chłopiec dostał tylko lek przeciwwymiotny, a ratownik powiedział pani Lucynie, że panikuje.

Wkrótce chłopiec stracił przytomność. Do domu wrócił pan Marcin – tata Pawła. Natychmiast zadzwonił ponownie po pogotowie. Karetka pogotowia miała taki sam skład ratowników. Lekarz badający wcześniej chłopca uznał, że Paweł symuluje, ale dla spokoju zabrał go do szpitala. Karetka nie jechała jednak nawet na sygnale.

– Powiedzieli w końcu, że dla świętego spokoju zabiorą syna do szpitala. Jak zasnął w karetce, tak już się nie obudził. Karetka nawet nie jechała na sygnale. Normalnie stali w korkach. W dokumentach wpisali, że syn udawał nieprzytomnego, po prostu symulował.- mówią załamani rodzice reporterce Uwaga TVN.

Pawełek w stanie ciężkim

Po przyjeździe do szpitala okazało się, że chłopiec jest w stanie ciężkim, Zastawka, którą niekompetentny lekarz nie połączył z objawami Pawła, zerwała się. Chłopiec został przetransportowany do szpitala za późno. Żeby otrzymać kompleksową pomoc, został zabrany helikopterem do Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach.



– Paweł został przyjęty w stanie ogólnym ciężkim. Z chłopcem nie ma logicznego kontaktu. Jego stan systematycznie się poprawia, ale sytuacja jest bardzo poważna. W tej chwili dywagowanie, w jakim stanie wróci do zdrowia jest bezzasadne. To jest nie do przewidzenia – wyjaśnia Jerzy Pietruszewski, ordynator oddziału neurologii z Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach dla portalu Uwaga TVN.

Rodzice chłopca powiadomił o sprawie prokuraturę. Jednak to, co najbardziej spędza sen z oczu pani Lucynie i panu Marcinowi to zdrowie ich synka. Z Pawłem nie ma kontaktu. Chłopiec nie przełyka, nie mówi i nie rusza się.

Jak mówi zrozpaczona pani Lucyna w wypowiedzi dla Fakt24:  Nie wiem, czy mój Pawełek będzie jeszcze biegał, tak bardzo się zawiedliśmy na lekarzach, nauczycielach. Nikt w porę nie udzielił mu pomocy. Lekarz stwierdził, że moje dziecko symuluje nieprzytomność, a on umierał!

Sprawdź też:

[Zdjęcie główne: depositphotos.com]