BASIULCOWA HISTORIA (BARDZO DŁUGIE)

Postów wyświetlanych: 15 - od 1 do 15 (wszystkich: 67)
  • Autor
    Wpisy
  • #20109

    kura-plemienna

    Uff jak wiecie jesteśmy już w domku i tego właśnie potrzebowałyśmy. Basiulec jak zasnął o godz. 20.10 tak spała do …….9.20. non stop, bez kwilnięcia, bez pobudki na flaszkę, po prostu spała jak kamień. Ludzie to jest ………..13 godzin!!!! Ja też się w końcu wyspałam i troszkę jakby lżej i na duszy i na ciele 🙂
    Wysprzątała dziś chałupę, bo można się było przewrócić. Moja mama poszła na spacerek z Basiulcem w nieszczęsnym wózku. Musiałam w końcu staną z nim twarzą w twarz. Widok był opłakany. Krew wszędzie !!! Właśnie będę prała „wysciółkę wózkową”, koszmar:(

    No to chyba czas na mała powieść. Nie wiem czy potrafię opisać to co się wydarzyło, bo emocje dalej we mnie siedzą, ale…..
    We wtorek 24 czerwca poszłam na pocztę wysłać paczkę z ubrankami wylicytowanymi na allegro. Śpieszyłam się bo poczta do 19 a było 10 minut do zamknięcia. Po zabiegach na poczcie sturlałam wózek po schodkach i usadowiłam Basiulca. Słońce było niemiłosierne i Basiulec zaczął płakać, bo mu w oczka świeciło. Stanęłam z boku wózka spojrzałam na łapki, w łapkach grzechotka umiejscowiona w dziobku. To ja za zawiaski, dzięki którym przestawia się rączkę, zwolniłam je rzut okiem na łapki i w drugą stronę pach rączkę i stając już z tyłu wózka dociągając rączkę do tyłu …………………….. trzask i wrzask nie do opisania. (Ufff straszne, nie mogę o tym myśleć). Przerwa……………
    Basiulec wrzeszczy, krew tryska wszędzie po chodniku, po wózku, po Basiulcu, po mnie. Widok był makabryczny. Cała rączka we krwi, paluszek wisiał w drugą stronę. Basiulec dostał spazmów. Ja nie wiedziałam już czy ściskać rączkę w nadgarstku żeby krew nie leciała, czy łapać ją pod pachę i biec na pogotowie, czy dzwonić po Jarka. Jednak wzięłam się w garść. Złapałam ją za nadgarstek i ściskałam ile mogłam, uspokajałam ją, bo myślałam, że mi się dziecko udusi od krzyku. Podbiegli do mnie dwaj łepki ok. 20 lat. Pytali jak mogą pomóc. Dałam im komórkę podyktowałam numer do Jarka. Krzyknęli w aparat, żeby natychmiast przyjechała pod pocztę. On (co powiedział później) wiedział, że coś się stało bo słyszał tylko wycie Basiulca i „natychmiast pod pocztę”. Obok poczty jest apteka wpadłam tam i krzyczę, żeby mi ktoś pomógł. Pani wyleciała zza szybki i podała mi wodę utlenioną. Z jej rozhisteryzowanych ust wyleciało „pani jej poleje, bo ja nie mogę na to patrzeć! Tylko w przedsionku, bo mi pani podłogę pobrudzi”!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Jak ta kobieta skończyła farmację i jak ona może pracować w aptece, gdzie w każdej chwili ktoś może ją prosić o pomoc!!!!!!!!!!!! Wylałam całą butelkę wody utlenionej na łapkę basiulcową, centralnie na środku apteki i wybiegłam na zewnątrz. Jarek przyjechał, był blady i już iwdziałam, że zaraz będę musiała ratować nie jedną, ale dwie osoby. Kazałam mu rzucić wózek do bagażnika i jechać na pogotowie. Do Pediatryczej Izby Przyjęć przy szpitalu mieliśmy jakiś kilometr, może mniej (dla Lubelaczek – mieszkam na Węglinie, do szpiatala na Kraśnicką rzut beretem). Wjechaliśmy tam, gdzie wjeżdżać nie można i biegiem do środka. Jakaś pielęgniarka szybko wzięła Basiulca i zaopiekowała się rączką wraz z drugą panią pielęgniarką, trzecia zajęła się mną. Jednak moja kondycja psychiczna i fizyczna była na najwyższych obrotach. Pomocy potrzebował mój mąż. Lekarka chirurg na dyżurze przyleciała jak na skrzydłach. Po obejrzeniu rączki, rzuciła, że szybko trzeba jechać do Kliniki (dla Lubelaczek – Dziecięcy Szpital Kliniczny na Chodźki). Szybko, to znaczy natychmiast i expresem, żeby nie doszło do zakażenia rany i martwicy!!!!!!!!!!!! Ona już dzwoni po karetkę. Przyjedzie za 10-15 minut. O co, to nie, pomyślałam. Zapakowały rączkę basiulcową w kilo bandaża, ja ją pod pachę i mówię, ze sami pojedziemy szybciej, mamy szybki samochód. Jarek już dużo przytomniejszy za kółko, samochód na awaryjnych i ręką na klaksonie mknęliśmy na do szpitala na Chodźki. Z zawrotną prędkością (nawet 200 km/h – naprawdę)dotarliśmy do Izby Przyjęć. Tam wpadłam już z uspokojonym, lecz dalej szlochającym Basiulcem. Pani z rejestracji zaprowadziła nas do sali zabiegowej, a z niej wyprosiła nas……………….. pani – lekarz dyżurny!!!!! Opatrunek Basiulcowi przesiąkł już na dobre. Jarek krążył po holu a ja z 8 kg szczęścia po korytarzu tam i z powrotem. Trwało to ze 20 minut. Koszmar, jeden lekarz, jedna sala, po prostu jedna wielka tragedia. Ja rozumiem, że byłam zdenerwowana, że dla każdego rodzica jego dziecko jest najważniejsze, ale….. czy siny noworodek też by tyle czekał. Po opuszczeniu „zabiegówki” przez mamę z chłopcem, co to zdarł sobie kolano, mogłam w końcu zająć troszkę czasu szanownej pani doktor. Po zdjęciu opatrunku, powiedziała, że kiepsko to wygląda, że palce są połamane i ścięgna pozrywane w czterech palcach!!!!!!!!!!!! Myślałam, ze się przewrócę. Nie mogłam się odezwać na pytającą twarz mojego męża. Łzy ciekły ciurkiem i mi i Basiulcowi. Wysłano nas na rentgena. Przechodziliśmy przez labirynt korytarzy, nikt nam drogi nie wskazał a na korytarzach żywego ducha. W końcu po jakiś 10 minutach znaleźliśmy odpowiednie drzwi a przed nimi jeszcze trzech klientów. Oczywiście to, że jesteśmy z wypadku i w dodatku z takim maluszkiem nikogo nie interesowało. Znieczulica ludzka nie zna granic, wrrrrrrrrrr L Kiedy w końcu zajęłyśmy miejsce przed stołem do zdjęć, bardzo miła pani (PIERWSZA) wytłumaczyła mi jak trzymać i co robić. Na korytarzu oczekiwaliśmy zdjeć z opisem. Basiulec znosił wszystko dzielnie, nawet już nie płakał, pomimo tego, że żadnych środków przeciwbólowych nie dostał. Po 10 minutach wyszła ta miła pani i musieliśmy powtórzyć sesję Basiulca, ponieważ jedno ze zdjęć… nie wyszło. Znów łzy Basiulki i znów nerwy mamusi L Znowu czekanie na zdjecia. Po jakiś 10 minutach przyszła ponownie miła pani i poleciła nam czekać i przepraszała. Zdjęcia wyszły, ale pani doktor, która je opisuje musiała……………… wyjść do sekretariatu. Po ok. pół godzinie otrzymaliśmy zdjęcia, na których wyryte były słowa, iż żadnych złamań nie ma! Całe szczęście!!! Z tymi zdjeciami zostaliśmy skierowani ponownie na Izbę Przyjęć. Po poznanych już labiryntach korytarzy z Izby Przyjęć miła pani pielęgniarka (DRUGA) zaprowadziła nas do gabinetu lekarskiego, przed którym była kolejka a gabinet był…….. pusty, lekarza brak. Basiulec zasnął mi na rękach od tego krążenia po labiryntach i wylaniu morzu łez. Wpakowałam się na jakąś salę, gdzie była wolna kozetka i tam usiadłam (wokół krzeseł czy ławek brak!!!). Jarek poleciał wypisywać jakieś papierki. Po jakiś 20-25 minutach przyszła pani doktor. Załatwiła pacjenta i poprosiła następnego. Starszy pan z synkiem ok. 10 lat poprosił, żebym weszła i nas przepuszcza. Dziękując mu i kłaniając się w pół, dziękując Bogu, ze jednak są normalni ludzie na tym świecie. W gabinecie zostałam zasypana szczegółowymi pytaniami na temat mojego porodu???????/ i Basiulcowego życia oraz ostatnich kilku godzin. Basiulec wciąż śpi na rękach. Kazano mi ją rozebrać, żeby pobrać wymaz z pupy!!! Oczywiście obudziła się i w płacz. Po przejrzeniu zdjęć rtg lekarka stwierdziła, iż paluszki nie są połamane a szkoda, bo wtedy szybciutko by się zrosły i z głowy, za to ścięgna w dwóch palcach na pewno są zerwane!!! Znów załamka, morze łez. Zostałam poinformowana, ze Basiulca trzeba przyjąć na oddział i wieczorem będzie poddana operacji. Trzeba będzie jednak poczekać, jako ze Basiulec nie był na czczo. Z kwitkiem kazano mi się udać na 3 piętro do oddziału A, a Jarek z papierami musiał pójść do gabinetu anestezjologa. Znów Basiulca pod pachę i znów przeszłam abirynt korytarzy w poszukiwaniu windy. Po znalezieniu się na odpowiednim piętrze i na odpowiednim oddziale, zostałam z miejsca zjechana, że nie mam ochraniaczy na buty i fartucha i przyszłam bez dokumentów. Tak zjechałam pigułę i tak jej nawciskałam, że aż dzieciaki zamilkły na korytarzu oddziału. Zjawił się Jarek z papierami i lekarz dyżurny – pani doktor, bardzo miła (TRZECIA). Załatwiła nam miejsce na oddziale C, gdzie są takie maluszki i tam będzie nam lepiej. Lepiej, niebo lepiej, tu Basiulca chcieli położyć na korytarzu przy wejściu, koszmar !!!!!
    Na oddziale C Basiulec zajął średnie łóżeczko rozmiar D, zamykane po bokach na wysokość ok. 1 metra. W basiulcowej sali leżał już Piotruś zwany przeze mnie Pietruchą, 7 miesięcy z wodogłowiem. Mamusia przez 6 miesięcy myślała, ze skoro dziecko jest duże to ma i dużą głowę, szok. A gdzie byli lekarze???/ Fakt ta kobita z zabitej dechami wioski, ale bez przesady……
    Przyjęto nas na oddział ok. 21.30 a lekarz mnie zapytał dlaczego tak późno córka trafiła do szpitala!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Myślałam, ze go za jaja powieszę na suficie. Późno………… ?????????????? byliśmy w szpitalu po 30 minutach od zdarzenia!!! Lekarz, który miał cerować Basiulca miał właśnie jakąś poważną operację. Cała w nerwach siedziałam z przy łóżeczku basiulcowym i mówiłam do niej non stop. Zasnęła. O 1.20 zabrali Basiulca na salę operacyjną i odtąd zaczął się horror. Wydeptałam dróżkę od jednego do drugiego końca korytarza. Jarek siedział na kanapce i się nie odzywał. Zadzwoniłam do moich rodziców, zaraz przyjechali. Po ok. 2 godzinach wyszedł chirurg i powiedział, że Basiulcowy paluszek nr 3 i 5 są w stanie dobrym, ścięgna nie ruszone tylko lekko zgniecione tkanki. Zaś paluszek nr 4 jest w poważnym stanie. Zacytuję czego pan doktor dokonał: „Dokonano rewizji i rekonstrukcji rany zeszycia pochewek ścięgien i skóry palca IV ręki prawej”. Co będzie z paluszkiem nie wiadomo. Miałam się modlić, żeby nie doszło do martwicy i stanu zapalnego. Od wyjścia lekarza minęła ok. godzinka i na holu pojawiły się dwie pielęgniarki z moim Basiulcem. Biedactwo, buźka otwarta, na rączce kilo bandaży, kroplówka, na paluszku u nóżki podłączony monitor, w Pampersiku, na golaska. Łzy lały mi się potokiem. Usłyszałam muzykę w uszach zaśpiewaną przez pigułe: „Już się wybudziła z narkozy, teraz już śpi”. Dzięki Bogu i chwała Ci za to!!!!! Na salce siedziałam przyłóżeczku i patrzyłam jak zahipnotyzowana w ekran monitora, nierytmiczne pipczenie i przy każdym odchyleniu dostawałam gęsiej skórki. Kaszlało biedactwo od zaintubowania i jęczało przez sen. W sali na termometrze 26 stopni, zakaz otwierania okien, w tym flizelinowym fartuchu pot lał mi się po plecach. Dostałam stołek drewniany, cztery nogi połączone kwadratem o szerokości ok. 20 cm. Moje dupsko siedziało na nim w 3/5 całości. Zakaz opuszczania boczku łóżeczka. Po jakiś 2 godzinach coraz rytmiczne pipczenie, nerwy, szlochy dały się we znaki, zaczęłam być senna. Liczyłam okna w blokach naprzeciwko, kafelki w sali. Pielęgniarka prze okres 2 i pół godziny przyszła ….2 razy!!!!! (ja po cesarce byłam odwiedzana przez położną co 15 minut!!!!) Trzeźwiałam na odgłos alarmu w monitorze, kiedy spadał ten „czujniczek” z paluszka Basiulcowego. Czy ktoś wtedy przyszedł, chyba żartujecie, sama go zakładałam!!!! Około godziny 7 rano była zmiana dyżuru pielęgniarek i dzięki Bogu. Przyszła piguła ANIOŁ (CZWARTA) przyniosła mi krzesło z oparciem i kubek mocnej kawy. Potem przychodziła co pół godziny. Basiulec obudził się koło 10 rano. Oczka zapuchnięte, żadnego uśmieszku, blady i tylko oczkami starał powiedzieć mi jak mu ciężko. Po południu przyjechała moja mama do Basiulca, ja wróciłam do domu coś zjeść i się przespać. Wyglądałam jak zombi. I tak przez dwa dni siedziałam u Basiulca całymi dniami z przerwą 2-3 godzinną zmieniana przez mamę. W szpitalu jakoś leciało, a le w domu tragedia, bicie się z myślami, totalne wyrzuty sumienia, co zamykałam oczy słyszałam trzask i wrzask a przed oczami krew L(( Po dwóch dniach lekarze zmienili opatrunek i debatowali nad paluszkiem Basiulcowym. Niestety było podejrzenie martwicy i duży stan zapalny rany. Znowu załamka mnie dopadła. Po wizycie u ordynatora (jak już wam pisałam) było jeszcze gorzej. Na szczęście przed oddziałem na ścianie wisi tablica z nazwiskami lekarzy na dyżurze danego dnia i mój tato zauważył nazwisko naszego sąsiada sąsiada, którego poznał na imieninach u tego naszego sąsiada (ale zamotałam). W te pędy do niego (PIĄTY i ostatni normalny człowiek z ludzkimi odczuciami) i od tego czasu byłam informowana na bieżąco co się dzieje z Basiulcowym paluszkiem, o amputacji nie było mowy i wszystko było na dobrej drodze. Baaa mało tego miałam nawet dwie rozmowy z psychologiem! Dostawałam przepustki na pobyt w szpitalu o każdej porze (odwiedziny dla każdego od 12 do 20, dla kobiet karmiących piersią też!!!!) Jestem przeciw machlojom po znajomości i łapówkarstwie, ale wtedy byłam w stanie nawet oddać się temu lekarzowi, zebym tylko mogła być przy moim dziecku. Po trzech dniach Basulec zasypiał ok.22 i spał do 8.30. Nie było sensu siedzieć całą noc. Przyjeżdżałam do domu ok. 23.30 i wracałam do szpitala ok. 4.30. Robiłam pranie (szczególnie śliniaków!!!) i ciuszków, za dużych na nią (dzięki Bogu kupiłam na Allegro 6 body na zaś i się bardzo przydały), suszyłam na grzejniku olejowym, szykowałam torbę, zjadłam coś i zasypianie w męczących myślach na 2-3 godzinki. Co drugi dzień przychodziła piguła ANIOŁ. Reszta bab pod ścianę i do rozstrzelania bez sądu. „Znieczulica zawodowa”, maleństwa drą się, wejść na salę obok nie wolno. Karmienie co 3 godziny. I co z tego, ze za 2,5 godziny maluszki 2-5 dniowe i te starsze są głodne, 3 godziny i basta. Kołki w uszach i koniec. Po szpitalu ganiali mnie ochroniarze żądając okazania przepustki i to w taki sposób, jakbym miała zaraz linoleum z podłogi wynieść!!! Dziękuję Bogu, ze serwowano mleko Nan’a, kaszką była mieszanka mleka i chrupek kukurydzianych (swoją mogłam wnieść tylko zupkę w słoiczku). Do picia marchwianka, cokolwiek to było Basiulcowi przechodziło przez gardło. Stan szpitala dobry, stan sprzętu szpitalnego bardzo dobry (ukłony do WOŚP – serduszka na każdym kroku), personel, z małymi wyjątkami, pod ścianę na rozstrzał. Ja naprawdę nie jestem z tych przesadzających i wymagających, ale tyle co się wydarłam, tyle ile ja tam kurew narzucałam to się w pale nie mieści. Pietrucha pupa i buzia odparzona, dziecko w odleżynach, wiecznie zarzygane. Co mogłam to przy nim robiłam. Wieszałam misia pozytywkę między łóżeczkami i ładnie wtedy usypiały, karmiłam go zupką jarzynową ze słoiczka (za pozwoleniem piguły ANIOŁA) podrzucałam Pampersy. Tak mi go szkoda i tylko raz widziałam jego mamę, w dodatku na 2 godziny!!! A reszcie dzieciaczków mogłam pomóc tylko duchem. Sale były przeszklone i widać było wszystkie maleństwa. Koszmar. Maluszki 1-dniowe w inkubatorach, wcześniaki. Wodogłowie, dziecko upuszczone przez matkę na beton, urodzone bez jelit, z dwoma żołądkami, upadki z wózków, przewijaków, było też 3-miesięczne maleństwo przypięte pasem w samochodzie na kanapie z tyłu. Tatuś zahamował i wiadomo jak to się skończyło. Nie życzę nikomu takich obrazków.

    Teraz jesteśmy już w domu, Basiulec ma opatrunek, na rączce lewej i obu nóżkach ranki po wenflonach, ale jest pogodny i uśmiechnięty. W piątek kontrola i prawdopodobnie zdjęcie szwów.

    Tu i teraz chciałam Wam moje kochane bardzo gorąco podziękować za słowa otuchy, podtrzymywanie na duchu, trzymanie paluszków za paluszka, kłaniam się w pół i całuję Wam stopy za pamięć i miłe słowa. Szczególne podziękowania dla EwkiM za „kablowanie”. Ewuniu czułam się jakbyś stała obok mnie i trzymała za rękę, bardzo wieli buziak za to!!!

    Dużo bym mogła Wam jeszcze napisać, ale tak bardzo jeszcze jest to świeże dla mnie i cała sytuacja jeszcze mnie przerasta. Opis opisem a odczucia odczuciami. Obecnie jestem już mniejszym, ale nadal chodzącym wyrzutem sumienia.

    Napisałam dużo i kto dotrwał do końca ma u mnie puchar.

    KILKA UWAG
    Nikomu nie życzę takiego przeżycia!
    Czasami warto mieć znajomości i dać w łapę (jeżeli chodzi o zdrowie dziecka)!!
    Należy tępić taki „fałszywy” personel medyczny i obsługę!!!
    Trzeba się dowiadywać i dowiadywać, być na bieżąco z sytuacją!!!!

    Może już wystarczy tyle mam jeszcze w głowie, ale wiem, że już przynudziłam.

    DZIĘKUJĘ ZA WSZYTSKO, ZAWIEDLI PRZYJACIELE (ZWŁASZCZA DZIEWCZYNY) A W WAS NIE ZWĄTPIŁAM I NA WAS SIĘ NIE ZAWIODŁAM :))

    Anka i Basiulec (6 miechów i 1/4)

    #280459

    czarna

    Re: BASIULCOWA HISTORIA (BARDZO DŁUGIE)

    nawt nie wyobrazasz sobie jak sie ciesze….ze juz wszystko dobrze…
    UKLONY..JA BYM NIE DALA RADY

    AUTOR:SZALONA MATKA 18 MIES EWUŚKI Z PRAWIE PELNYM UZEBIENIEM :0)



    #280461

    karina1976

    Re: BASIULCOWA HISTORIA (BARDZO DŁUGIE)

    Anka,poryczałam się.Jezu jaka Ty jesteś dzielna.Pięknie opisałaś historię.dobrze,ze jesteście już w domku.buziaczki dla równie dzielnej Baśki.

    Karina i Mateuszek

    #280462

    izuncia

    Re: BASIULCOWA HISTORIA (BARDZO DŁUGIE)

    jestes naprawde dzielna!!!!! wielkie calus dla Basiulca!!!!

    pozdrawiam
    iza i fabianek (07.10.2002)

    #280463

    majmo

    Re: BASIULCOWA HISTORIA (BARDZO DŁUGIE)

    Wcześniej nie czytałam o tym zdarzeniu. Niezbyt często bywam na forum.Brak czasu. Przed chwilą dopiero przeczytalam ten horror i odnalazłam poprzednie posty. Bardzo, bardzo Ci współczuję! Upłakałam się jak bóbr!Od razu przyszła mi ochota na przytulenie swojej córeczki, ale śpi, więc tylko pogłaskałam ją po główce. Mój Boże, dziewczyno, co ty przeżyłaś? Dobrze, że już jest dobrze i niech tak zostanie.

    Pozdrawiam, MONIKA, ta od
    Kacperka (20.09.1994) i Majeczki ( 1.03.2003)

    #280464

    kajak

    Re: BASIULCOWA HISTORIA (BARDZO DŁUGIE)

    Dziewczyny! Dzielne jestescie!!! Jak dobrze ze juz w domku. Teraz Basiulec i pauszki raz dwa dojda do siebie.
    Wspomnienia mi odzyly i jestem w stanie sobie wyobrazic co przezywalyscie. Cale szczescie juz po wszystkim :-)))

    Marta i Kubuś ur. 27.11.02



    #280465

    agness-7

    Re: BASIULCOWA HISTORIA (BARDZO DŁUGIE)

    Dzieki BOGU juz jestescie w domu!!!
    Jestes WIELKA i podziwiam Cie za tak silna walke z sumieniem i DEBILAMI LEKARZAMI!!!
    Tez bym chciala miec tyle odwagi co TY,moze jak juz urodze to bede sie pewniej czula.
    Wieeeellllgachne buziaki dla BASIULCA i Ciebie!!

    Agness i wrzesniowa VIKTORIA (06.09.2003)

    #280466

    lea

    Re: BASIULCOWA HISTORIA (BARDZO DŁUGIE)

    Aniu, łezki mi kapią, nie wiem na co bardziej, na te straskaną łapke bez znieczulenia ganianą korytarzami od jednego do drugiego, czy na te głodne noworodki mające jesc wg zegarka
    wszystko po prostu straszne, a najgorsza opieka medyczna
    nie masz się co gryźć, to oni powinni to robić
    paraliżuje mnie wyobrażenie takiego wypadku u mnie, na zadupiu… nikt by nawet nic zrobić nie mógł, a ja bym nawet dziecka nie przewiozła, bo nie miałabym gdzie wózka wsadzić
    i niech mi ktoś powie o sprawiedliwości, jak biedna matka nie ma na czym usiąść… tak Cie przeganiali a potem jeszcze uwaga, ze za poźno jestes! cholera jasna! straszne… wszystko okropne, nie wolno siedziec cicho, trzeba z nimi walczyc, moze do jednego egzemplarza na 100 dotrze, ze oni nie są w zwyklej pracy tylko w misji ratowania życia

    Lea i Mateuszek (14.03.03)

    #280467

    malosia

    Re: BASIULCOWA HISTORIA (BARDZO DŁUGIE)

    Bardzo sie z Maksiem i mezem cieszymy, ze wszystko jest ok. jestem w szoku po tym co przeczytalam………………….SZOK!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!Nie zdawalam sobie sprawy, ze jest az tak zle w naszej sluzbie zdrowia…………..Pozdrawiamy Was mocno!!!!!!!!!!

    Malgosia i Maksio (27.03.2003)

    #280468

    iwwoj

    Re: BASIULCOWA HISTORIA (BARDZO DŁUGIE)

    Po prostu Cię podziwiam.
    Głeboko wierzę, że na tym się skończy ta cała historia. Nadal trzymam kciuki za paluszki Basiuni , a głównie za czwartego.
    Tobie życzę szybkiego zapomnienia o tym wszystkim i wiele radości ze zdrówka Basi.
    Mocno pozdrawiam i całuję.

    Iwona i KONRAD (ur.10.01.03)



    #280469

    basik

    Re: BASIULCOWA HISTORIA (BARDZO DŁUGIE)

    Moj Boze. Dobrze zescie w domu. Teraz moze byc juz tylko lepiej :)))

    Basik i Tynia urodzona 3.10.2002

    #280470

    beatab

    Re: BASIULCOWA HISTORIA (BARDZO DŁUGIE)

    bardzo wiele przeszliście… wierzę, że teraz juz prosta droga i z Basiulcem bedzie dobrze i paluszki będą sprawne jak kiedyś.
    przykre, ze po raz kolejny czytam o takim podejściu personelu w szpitalach.
    dzisiaj zastanawiałam się jak to się mogło zdarzyć i doszłam do wniosku, ze musiałaś stać z tylu…jejku faktycznie oczy trzeba miec dookoła głowy…
    przykre tez jest to, że zawiodłaś sie na bliskich osobach…. kurcze przeciez to kobiety…nie potrafiły wyobrazic sobie Twojego bólu? Po raz kolejny sprawdza się przysłowie, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie…..

    Aniu, duzo, duzo zdrowia dla Basi i aby mała już nigdy nie musiała tak cierpieć. Aby żadne dziecko nie musiało….

    Beata&Patryk(03.03.03) http://betka.prv.pl



    #280471

    cat

    Re: BASIULCOWA HISTORIA (BARDZO DŁUGIE)

    Koszmar po prostu!
    Obyśmy nigdy nie musiały mieć do czynienia z niekompetencją lekarzy, pielęgniarek i w ogóle z takimi okropnymi wypadkami.
    Dobrze, że macie już to za sobą.

    Kasia, mama Łukasza (20.12.2002)

    #280472

    paloma

    Re: BASIULCOWA HISTORIA (BARDZO DŁUGIE)

    Komaczera mimo wszystko bylas bardzo dzielna.
    Bylismy i jestesmy z Toba…
    Ps.A personel,Jeszcze przed wyjazdem do Stanow mialam ochote powytruwac…
    Mialam z takimi do czynienia…Moj brat byl bardzo chory i lezal w szpitalu..mial wtedy 3 latka…
    Pozdrawiamy

    Paloma & Alexander 10 marzec 2003

    #280473

    nikola15

    Re: BASIULCOWA HISTORIA (BARDZO DŁUGIE)

    Jesteś naprawde dzielna,ja bym nie umiała tak szybko zareagować.Zyczymy Basiuni dużo zdrówka,w domu na pewno szybko dojdzie do siebie.
    pozdrawiamy;
    Dagmara i Oliwia ( 7 m )

Postów wyświetlanych: 15 - od 1 do 15 (wszystkich: 67)


Musisz się zarejestrować lub zalogować, żeby odpowiedzieć

Close