Długa historia porodu Helgowego

Postów wyświetlanych: 15 - od 1 do 15 (wszystkich: 25)
  • Autor
    Wpisy
  • #10294

    helga

    19 listopada o godz. 10.30 poczułam, że właśnie zsiusiałam się łóżko… Poszłam do toalety, umyłam, przebrałam, wróciłam do łóżka. I znowu to samo… Wtedy przyszło mi na myśl, ze to może właśnie się zaczęło. Na sofie, gdy oglądałam film, wody znowu wyciekły. Niczym nie zrażona obudziłam chłopa.

    Niczym nie zrażona pojechałam po zakupy (zero skurczów), umyłam się i spakowałam torbę do szpitala. Miałam plan, żeby się najeść, jednak z wrażenia zapomniałam. (W związku z tym prawie nic nie jadłam potem trzy dni). Zadzwoniłam do położnej, z która chciałam podpisać umowę na poród, ale nie zdążyłam. Powiedziała, że przeprasza ale nie ma czasu….. Nie przejęłam się tym zbytnio i pojechałam z chłopem do szpitala. Dotarliśmy tam koło 16. Miłe panie na izbie przyjęć, podłączyły mnie do ktg – wszystko było ok, ale skurczów ani śladu. Potem zbadał mnie lekarz, który powiedział, że szyjka ma 1 cm…. Dodał, że startuję do porodu w trudnych warunkach.

    Po godzinie (badanie plus formalności) trafiliśmy do bloku porodowego (wiem, że to idiotyczna nazwa), gdzie położna Jola Miłek (mój chłop powiedział, że jest wredną babą, bo była niesympatyczna) pozwoliła nam wybrać salę do porodu rodzinnego (strasznie nas popędzała) – zdecydowaliśmy się na morelową.

    Potem przyszedł strasznie miły facet – myśleliśmy, że to student (okazał się lekarzem) i gawędził z nami o duperelach, starał się dodać otuchy – choć wtedy jeszcze jej nie potrzebowałam, byłam w wyśmienitym humorze. Przebrałam się w koszulkę, przyszła inna położna – młoda, miła, energiczna i powiedziała, że mnie zbada. Prawdę mówiąc jestem odporna na ból, ale tak potwornie bolesnego badania nawet największy twardziel nie zniósłby. Położna stwierdziła, że szyjka ma 2 cm (lekarz twierdził, że 1). Znowu zostałam podłączona do ktg. Okazało się, że są jakieś tam skurcze, ale dzięki nim to ja nie urodzę. No i za chwilkę dostałam kroplówkę z elektrolitami, glukozą i czymś tam jeszcze, no a potem oksytocyna – też w kroplówce w połączeniu z solą fizjologiczną.

    Po około 30 minutach zaczęły się skurcze, ale niezbyt bolesne. W tym czasie przyszła kolejna położna, która miała zostać ze mną do końca (miała nocny dyżur). Skurcze narastały, ale gdy skończyła się kroplówka (po trzech godzinach) ciągle były do zniesienia. Upierdliwe było to, że cały czas musiałam chodzić z takim stojakiem, na którym wisiała kroplówka. No i to, że kibel jest na korytarzu i w skurczach, zgięta w pół musiałam snuć się po korytarzu w tę i na zad.

    Po pierwszej kroplówce położna postanowiła mnie znowu zbadać. Prawdę mówiąc to badanie było jeszcze gorsze niż poprzednie, bo trwało dłużej. Trzymała dwa palce w mojej szyjce macicy w oczekiwaniu na skurcz. Bolało tak, że się poryczałam. Położna stwierdziła, że szyjka ciągle ma jeden centymetr… Zadzwoniła po lekarza. Dr Jacek Szymański też chciał mnie zbadać. Myślałam, ze ocipieje, ale ku mojemu zdumieniu najpierw pogładził mnie po brzuchu, żebym się rozluźniła, a potem zbadał. Też bolało, ale nieporównywalnie mniej niż położne. Poza tym nie wpychał mi paluchów na siłę do szyjki. I zaordynował odłączenie oksytocyny i godzinny odpoczynek w wannie. Było koło 23….Ale późna pora nie zrobiła na mnie wrażenia . Czułam się cudownie, znowu miałam dobry humor i nadzieję, że szyjka zaraz się rozejdzie i Mikołajek wyjdzie bez problemu.

    Po godzinie dostałam kolejną kroplówkę, od czasu do czasu ktg. Miki był w doskonałej formie, skurcze zaczęły natomiast być bardzo bolesne i na dodatek co 1,5 – 2 minuty. Koło 4 rano – już miała dosyć – położna zbadała mnie po raz trzeci i powiedziała, że chociaż nie ma jeszcze trzech cm rozwarcia mogę dostać znieczulenie zewnątrzoponowe. Przyszedł bardzo miły anestezjolog – naprawdę byłam zdumiona, że wszyscy ci ludzie byli tacy mili – z pielęgniarką anestezjologiczną (już mniej miłą, bo zaspaną i z tego powodu wkurzoną). Zakładanie znieczulenia kompletnie nic mnie nie bolało i poczułam taką błogość, że natychmiast mogłabym zasnąć.

    Ale niestety nie dane było mi cieszyć się znieczuleniem. Mikołajowi zaczęło skakać tętno. Gdy spadło przez chwilę poniżej 80 – towarzyszył mi wtedy młody miły lekarz, anestezjolog, i dwie położne – znowu wezwano Szymańskiego. Zbadał mnie i powiedział, że rozwarcie jest na dwa centymetry, a dziecku przestaje się podobać wewnątrz macicy i trzeba zrobić cesarskie cięcie. Strasznie się zdenerwowałam, poryczałam i nerwowo zaczęłam pytać, czy z Mikim wszystko ok. I wtedy lekarz powiedział, że jeśli zrobimy cesarkę teraz to wszystko będzie ok., ale jeśli poczekamy jeszcze godzinę – to może nie być zbyt dobrze. Powiedział to tak pewnym tonem, że poczułam się bezpieczna…

    Natychmiast wokół mnie zrobiło się straszne zamieszanie. Ogolono mi wzgórek łonowy, założono cewnik i posadzono na wózku… Dostałam jakichś drgawek, chyba ze zdenerwowania. Windą dotarliśmy na blok operacyjny. W sali chyba ze 12 osób strasznie szybko robiło różne rzeczy. Byłam przerażona, zmęczona, płakałam. Położyli mnie na stole, strasznie wąskim, poczułam się jak na katafalku. Założyli wenflon i musiałam położyć się na boku, żeby anestezjolog mógł mi dać znieczulenie. Jakaś pielęgniarka trzymała mnie za podkurczone nogi, druga ta zaspana trochę pokrzykiwała, żebym się nie ruszała, a ja miałam znowu te drgawki. Myślałam, że umrę… Strasznie było mi ciężko się nie ruszać. Ale anestezjolog był miły, cierpliwy, pogłaskał mnie po głowie. Po znieczuleniu dostałam ślinotoku, a on przykładał mi do ust ligninę i pozwalał pozbyć się jej nadmiaru. Było mi głupio, ale postanowiłam to olać. I tak przecież od 15 minut leżałam obnażona na stole wielkiej, oświetlonej sali i mogło mnie oglądać kilkanaście osób…

    W tym czasie mój chłop dostał zielone ubranko, wyglądał w nim jak chirurg. Oddzielili moją głowę od reszty ciała chustą, posadzili chłopa obok i po dziesięciu minutach usłyszałam jak lekarz – ten młody sympatyczny powiedział:„Oj mają państwo chłopaka”. Była 5.15 rano. Nie mogłam uwierzyć, że to już. Widziałam jak jakaś kobieta przemknęła za moja głową z czymś na rękach. W pokoiku obok zamieszanie i krzyk. To był nasz Mikołajek. Zawołali mojego chłopa, który widział jak go mierzą i ważą. Za chwilę przynieśli go nam zawiniętego w pieluchę i różowy kocyk. Był śliczny różowy i bardzo miły w dotyku. Otwierał leniwie oczka i wcale nie płakał. Pani, która nam go przyniosła – chłopu właściwie – powiedziała, że Miki dostał 10 punktów, jest zdrowy i wszystko z nim ok. Jezu jak się ucieszyłam. Nawet zaczęłam żartować z lekarzami, którzy opowiadali dowcipy i w ogóle byli uroczy.

    Potem przenieśli mnie na łóżko, które przyjechało z oddziału i zawieźli do dwuosobowej sali z łazienka, ale byłam w niej sama. Przyszła położna Renata – wysoka blondynka. Moim zdaniem pójdzie ona do nieba żywcem. Umyła mnie, pomogła ułożyć wygodnie, była przy tym delikatna i dyskretna. Mój chłop poszedł do domu, a Mikołajek trafił na oddział noworodków – i tak nie miałabym jak się nim zajmować. Próbowałam zasnąć, bezskutecznie. Około 11 przywieziono mi Mikołajka ubranego w pieluszkę i zawiniętego w rożek. Położna położyła mi go na piersiach (gołych) a on zasnął i spał tak trzy godziny. Potem go ubrała i pomogła przystawić do piersi. Nic w nich prawie nie było, ale Miki i tak cmoktał.

    Koło drugiej wyjęli mi cewnik i pomogli usiąść. Poszłam do toalety i wzięłam prysznic. Brzuch mnie bolał umiarkowanie, ale i tak dostałam kroplówkę ze środkiem przeciwbólowym.

    Nie wyobrażam sobie, jak przeżyłabym ten poród, gdyby nie było ze mną chłopa. Pocieszał, masował, żartował, wspierał. Od czasu porodu poczułam się z nim tysiąc razy bardziej związana niż przedtem. Gdybym miała to wszystko przeżywać sama, to chyba bym umarła.

    Po drugie położne w Zofii są super, no może z wyjątkiem jednej. Te, które opiekują się położnicamiJ na oddziale, nie przyjmują porodów i na odwrót. Pomagają we wszystkim, od karmienia piersią poprzez wycieranie pupy dziecku i okładanie obolałych cycków kapustą. Są na każde skinienie. Ja pierwszej nocy myślałam, że umrę. Było mi duszno, gorąco, słabo, byłam potwornie zmęczona – nie spałam od 40 godzin. I wtedy położna Renata (anioł) zrobiła mi herbaty i zabrała Mikołajka na kilka godzin do swojej dyżurki, żebym mogła się wyspać. Nie miałam siły nawet podnieść się z łóżka, żeby do niego zajrzeć, nie mówiąc już o przewijaniu, czy karmieniu. A gdy Mikołaj stał w wózeczku obok mnie, nie mogłam zasnąć, bo ciągle wydawało mi się, że coś mu jest.

    Jejku, ale się rozpisałam. Przecież to powieść o porodzie. Ale zawsze sobie obiecywałam, że mój poród opiszę bardzo dokładnie. Chętnie odpowiem na każde pytanie.
    Pozdrawiam Helga

    #167371

    dorotka1

    Re: Długa historia porodu Helgowego

    Czyli rewelacja, zajęli się Tobą rzeczywiście fachowo, też tak chcę. No i „usłyszałam” w Twojej opowieści ten istynkt, którego u mnie ciągle jeszcze nie ma, ale skoro nawet u naszej sceptycznej Helgi się pojawił, to i ja mam nadzieję.
    Życzę wielu radości, szybkiego zrastania rany, odpowiedniej ilości pokarmu i czego ci tam jeszcze potrzeba, bo na razie nie wiem, czego…

    Dorotka i Chłopczyk (2.03.2003)



    #167372

    Anonim

    Re: Długa historia porodu Helgowego

    a ja sie poryczalam. Tak po prostu, i na kazdy temat…. Czemu moj maz nie chce ze mna rodzic.bu……Pzdr Helge i Mikolaja, i dzielnego „chlopa”. Pzdr! 🙂

    #167373

    ejva

    Re: Długa historia porodu Helgowego

    ja też dołączam się do życzeń… wzruszyłam się ogromnie…cieszę się że wszystko poszło dobrze
    Pozdrów męża i ucałuj Mikołaja

    Ewa i Julia:)
    termin: 29.03.03

    #167374

    renia

    Re: Długa historia porodu Helgowego

    Ciesze sie, ze Mikolajek jest juz na tym swiecie.
    Ja tez najgorzej wspominam, jak polozna sadystka zaczela mi grzebac w szyjce i czekac na skurcz. Okropny bol.


    Renia
    mama Asi (3 latka) i Ani (roczek)

    #167375

    cat

    Re: Długa historia porodu Helgowego

    Dzięki za ten wyczerpujący opis porodu. Przyjmij gratulacje i wyrazy zazdrosci, że masz to już za sobą ;-))). Szczerze mówiąc opis badania przez położne trochę mnie przeraził. Nie wiem jak to zniosę, bo akurat nie jestem specjalnie odporna na ból….
    Trzymajcie się ciepło!!!

    Kasia i Łukasz, który pojawi się na początku grudnia



    #167376

    kajeczka

    Re: Długa historia porodu Helgowego

    Droga Helgo!!!
    Z zapartym tchem przeczytałam Twoj opis całego pordu…I jestem przerazona, bo opisałaś go tak plastycznie i dokładnie. byłaś bardzo dzielna!!!!! i super ze z wszystko poszło dobrze Mikołaje zdrowy, Ty też czujesz się dobrze, a to co myło nieprzyjemne zazwyczaj wypiraja miłe wspomnienia
    Trzymaj się ciepło i zycze Ci wiele radości w opiekowaniu sie Synkiem dużo cierpliwości oraz otwartości na dar macierzyństwa…Całuje

    Kasia + Joasia 19 grudnia 2002

    #167377

    Anonim

    Re: Długa historia porodu Helgowego

    pierwszy reaz na tym się poryczałam; ale to pewnie dlatego, że mam termin za 3 dni i też tu rodzę

    i miło było przeczytać tak szczegółowy opis

    Helga, dzielna jesteś

    Pozdrawiam

    Ewa i synuś
    termin 2.12.2002

    #167378

    kaska

    Re: Długa historia porodu Helgowego

    OOO rany Helga gratulacje z całego serducha, a swoją drogą jestem polozną i nie wiedziałam że sadystką hihihi ,a teraz małe wyjasnienie dla wszystkich to moze sie przydac bada się szyjkę w skurczu poniewaz można wtedy wybadać właściwe rozwarcie a to wymaga wsadzenia paluchów w szyjkę, dlatego jednym u Helgi wyszła krótsza szyja a poloznej dłuższa, wszystko zalezy od techniki badani , ja osobiście terz badam w skurczu,pozdrawiam
    Kaśka i 17 tyg Dzidzia

    #167379

    Anonim

    Re: Długa historia porodu Helgowego

    Dzięki Helga za tak szczegółowe opisanie twojego porodu……..Muszę przyznać, że jesteś naprawdę dzielną osobą……………..Ja bym chyba ich wszystkich pogryzła a zwłaszcza tą jedną…………….Cieszę się, że jest wszystko Oki i że z Mikołajem jest wszystko w porządku……………Moje Gratulacje……………….. Pozdrawiam…….I trzymam kciuki…………życzę dużo przespanych nocy a Mikołajkowi bogatego Mikołaja……….. :)))))))))

    Andzia (starająca się)



    #167380

    ksantia

    Re: Długa historia porodu Helgowego

    Twardzielka !!!!

    Pozdrowienia
    Ksantia i 32tyg. syneczek

    #167381

    Anonim

    Re: Długa historia porodu Helgowego

    Niesamowite, ale mój poród przebiegał identycznie do momentu, kiedy Tobie zrobili znieczulenie. Mnie nie zrobili, bo w tym momencie zaczęła mi się w końcu rozwierać szyjka.

    Kaśka z Natalką (8,5 miesiąca)



    #167382

    ankalenka

    Re: Długa historia porodu Helgowego

    czyli, jak już kiedyś rozmawiałyśmy, w św Zofii nie ma co płacić za położną.. rzeczywiście badanie szyjki jest okropne. ja myślałam że skopię położną.. zobaczymy jak będzie następnym razem..

    Anka i Lenka

    #167383

    mira

    Re: Długa historia porodu Helgowego

    Czy ta jedna niemiła położna to właśnie Jola MIłek? Pytam, bo została mi polecona przez koleżankę, która jej płaciła, ale ja nie mam ochoty płacić tylko za to, żeby była kulturalna.

    Ppozdrawiam!

    #167384

    pluto

    Re: Długa historia porodu Helgowego

    Jejku….takie opowieści o porodach zawsze przypominają mi mój poród…..dzielna byłaś Helga……..ale się wzruszłam czytając Twój post……….chlip,chlip….

    Potwornie niewyspana Julka , mama 6 miesięcznego chyba ząbkującego Karolka

Postów wyświetlanych: 15 - od 1 do 15 (wszystkich: 25)


Forum ‘Wszystko o porodzie’ jest zamknięte dla nowych tematów i odpowiedzi.

Close