Do tych co juz rodziły –pyt. baaardzo intymne

Postów wyświetlanych: 15 - od 1 do 15 (wszystkich: 43)
  • Autor
    Wpisy
  • #24759

    tigger27

    Do grudnia jeszcze daleko ale czytam juz dużo o przebiegu porodu i zaczynam mieć niezłego pietra.Od paru dni prześladuje mnie wizja — wybaczcie dosadność — wyproznienia zawartosci jelit na stole porodowym w obecności licznie zgromadzonej asysty (mniejsza o personel szpitala, ci juz pewno niejedno widzieli, ale mojego męża!!!!!!!!!). Podobno lewatywka też nie daje 100 procent pewnosci. Napiszcie prosze czy to się rzwczywiście zdarza często i czy są jeszcze jakies sposoby zeby tego uniknąć, czy mam dzień przed data produ przejść na dietę płynną? Wiem, że tego typu sprawy są pewnie w momencie niewyobrażalnego bólu sprawą drugorzędna, ale jakoś bardzo mnie ta perspektywa deprymuje.
    Tigger i mały tygrysek (o którym wiadomo, że jest dziwczynką)

    #333110

    gabaa

    Re: Do tych co juz rodziły –pyt. baaardzo intymne

    Mi pomogła lewatywa i myślę, że raczej pomaga w większości przypadków. Nie martw się na zapas. Buziaki

    Ania i malutka fasolka (prawdopodobnie 28-04-2004)



    #333111

    Anonim

    Re: Do tych co juz rodziły –pyt. baaardzo intymne

    ja z tego powodu zażyczyłam sobie lewatywę. I nie żałowałam 🙂

    Kaśka z Natusią (17 miesięcy 🙂

    #333112

    bozenkan

    Re: Do tych co juz rodziły –pyt. baaardzo intymne

    Moja położna poradziła mi wziąć środek pod tytułem ENEMA. Mam zaaplikować to sobie jeszcze w domku kiedy zaczną się regularne skurcze. Jeszcze nie wiem jak to podziała . W moim szpitalu nie robią lewatywy nawet na życzenie.

    Bożenka i Kruszynka (02.11) prawdopodobnie (ale nie ostatecznie) Ewunia

    Edited by BozenkaN on 2003/09/02 13:15.

    #333113

    magdzik

    Re: Do tych co juz rodziły –pyt. baaardzo intymne

    też nie masz czym się przejmować. najlepiej jak maz bedzie przy twoich plecach, a nie przy kroczu. poza tym widok wychodzącej główki także może odcisnąc pietno na psychice męza. ja z moim ustaliłam, że w krocze patrzec mi się nie będzie!
    jesli chodzi o planowanie menu przed porodem… hmm.. to trudne… mi lekarz przewidywał poród nawet i w 36tc, a obecnie jestem w 40 tc i nie wiem kiedy nastąpi poród.
    sam okres porodu trwa troszeczkę, a nasze jelitka także starają się przed akcja samodzielnie opróżniać. Poza tym jest jeszcze lewatywa.
    Sadze, że na tyle rodzących kobiet, oddanie stolna na stole porodowym to rzadkośc, więc nie ma czym się przejmować

    Pozdrawiamy,

    Magda, Rafał i Albercik (7.09.03)

    #333114

    kas

    Re: Do tych co juz rodziły –pyt. baaardzo intymne

    ja nie brałam nic. W pewnym momencie, jeszcze przed parciem zachciało mi się kupę, powiedziałam położnej, ona wpierw sprawdziła, czy to nie oznacza, że po prostu trzeba zacząć przeć, ale nie. Po prostu poszłam do łazienki i ją zrobiłam.
    Jesli chodzicie na szkołę rodzenia to tam napewno o tym powiedzą i wtedy mąż będzie wiedział, że może się tak zdarzyć. A i tak będzie raczej za tobą, więc nie zobaczy… A jesli nie chodzicie to może go uprzedź. W końcu jesli zdecydował się, żeby Ci towarzyszyć to taki drobiazg nie powinien go poruszyć…

    Kaśka mama Zuzanki (16.10.2002)



    #333115

    justyna76

    Re: Do tych co juz rodziły –pyt. baaardzo intymne

    powiem Ci ze rodziłam dwa razy i za żadnym razem w kulminacyjnym momencie nie myślałam o tym. Zawsze też prosiłam o lewatywę. Moje porody były długaśne (jedne 24, drugi 26h) ale przy żadnym nic nie jadłam…
    rodziłam z mężem,a le wtedy naprawdę nie zwraca sie na to uwagi! Naprawdę!!! nawet personel! nie martw się! akurat tym naprawdę nie warto!:))))))
    pozdrawiam

    Justyna i Remi (23.08.03)

    #333116

    pipi1234

    Re: Do tych co juz rodziły –pyt. baaardzo intymne

    Kiedy zaczęly mi się skurcze, ze stresu sama sie w dużym stopniu opróżniłam jeszcze w domu. Potem była jeszcze lewatywa w szpitalu, więc nic takiego mi się nie przydarzyło. I pewnie raczej sie nie przydarza. Ale wiem choć tego nie czułam, że w czasie partych skurczów zrobiłam siku. Wiesz jakoś wtedy było mi to zupełnie obojętne, mojemu męzowi chyba też.
    Ale lewatywe polecam, będziesz psychicznie bardziej rozluźniona i nie będziesz z tego powodu wstrzymywała parcia.
    moni i dzidzia 4.12.

    #333117

    sroczka

    Re: Do tych co juz rodziły –pyt. baaardzo intymne

    Ten środek to inaczej lewatywa, położna ze szkoły rodzenia radziła nam kupić ją i zabrać ze sobą do szpitala. Zadziwia mnie tylko to, że Twoja położna powiedziała, że masz zrobić ją sama w domu. Nasza położna ze szkoły rodzenia mówiła, że lepiej samemu tego nie robić, bo w wielu przypadkach lewatywa przyśpiesza poród i można nawet nie zdązyć do szpitala. Ale nie na każdego oczywiście tak działa, ja miałam lewatywę w szpitalu i akurat u mnie nie podziała przyśpieszajaco na akcję porodową.
    Pozdrawiamy

    Ela i Adaś 16.08.2003

    #333118

    ola2

    Re: Do tych co juz rodziły –pyt. baaardzo intymne

    nie martw się, mąż nie będzie stał na przeciw ciebie tylk0o obok i nawet jesli miałabyś sie załatwiać na stole to nie zauwazy bo wszystko spadnie w dół do specjalnego pojemnika !!!! u mnie było tak że odeszły mi wody i nie weim czy ze strachu czy normalnie ( w większości wypadków „sranie” przed porodem to normalny objaw) siedziałm na kibelku 1,5 godziny jakbym miała niekończącą normalna kupę. I w ten sposób wyprózniłam. można kupic sobie w aptece lewatywę, polecam bo ja nawet jak nie wstyudziłam sie mężą to było by mi tak nieswojo robic kupe na stole, ale cóz to normalna nasza fizjol,ogia. Głowa do góry.

    ola i ta panna:



    #333119

    effcia

    Re: Do tych co juz rodziły –pyt. baaardzo intymne

    wierz mi w czasie porodu to jest absolutnie naturalne i kompletnie nie wazne! nie mialam lewatywy, rodzilam z mezem ktory byl ze mna przez caly czas i ani przez moment nie przyszlo mi do glowy, ze moze byc cos niestosownego, czy nieestetycznego w naturalnych odruchach. jezeli masz potrzebe wyproznienia sie w trakcie porodu, to naprawde nie jestes w stanie tego opanowac!

    pozdruffka

    Effcia z FRANULKIEM (20.08)

    #333120

    Anonim

    Re: Do tych co juz rodziły –pyt. baaardzo intymne

    oj, ja podczas porodu miałam stracha…
    rodziłam w piątek (o 13.35), a w środę wieczorem byliśmy ze znajomymi w pizza hut… i co tu dużo mówić, obżarałam się za wszystkie czasy:))) a do porodu zatwardzenie :(((

    akcja porodowa, 7 cm rozwarcia, a ja czuję, że mi się chce bąka puścić… po skurczu „bąk” mija; jedyne o czym wtedy myślałam, to żeby jak najszybciaj wyjść z wanny i biec do wc… przychodzi położna, bada mnie i każe wychodzić z wanny… więc ja szczęśliwa, że do kibelka polecę, a ona każe włazić na łóżko i przeć :)))
    i tak po 20 min urodziłam najcudowniejszego „bączka” pod słońcem :)))

    [i]Ewa i Krzyś (8 i 3/4 mies.)



    #333121

    Anonim

    POLECAM –

    OPIS MOJEGO PORODU!!!

    NARODZINY FILIPKA JAKUBA

    Część pierwsza
    Myślałam, że tego nie da się przeżyć.
    Czekałam na dzień narodzin mojego dziecka w początkowych miesiącach ciąży ze strachem w oczach. Przerażała mnie świadomość zbliżającego się rozwiązania, związanego z nim bólu.
    Poród kojarzył mi się wówczas tylko z bólem. Jednak ostatnie dwa miesiące ciąży dały mi się fizycznie tak bardzo we znaki, że fakt porodu stał się dla mnie utęsknionym wydarzeniem, czymś, czego nie mogłam się doczekać i w ciszy prosiłam Boga by mój syn urodził się choć tydzień lub dwa przed wyznaczonym terminem. Zaczęłam odczuwać potrzebę bycia z moim dzieckiem, tulenia go w ramionach. Czynnik bólu stał się mało istotny.
    I wszystko wskazywało na to , ze jest bardzo prawdopodobne, że urodzę wcześniej, niż wskazywały badania i pomiary, gdyż pierwsze ruchy mojego dziecka czułam już w 17 tygodniu ciąży, gdzie wszystkie książki „mówiły”, ze powinno to nastąpić około 20 – 22 tygodnia.
    Już w połowie marca spakowałam i zapięłam „na ostatni guzik” moją walizkę, która miała potoczyć się za mną na kółkach do szpitala, gdy wybije godzina zero.
    I tak sobie od marca na tej walizce siedziałam, co rusz dopakowywałam do niej lub wypakowywałam z niej różne rzeczy.
    Tak minął marzec i dotrwałam z moim ogromniastym brzuszkiem i dodatkowymi 25 kg do kwietnia, do Świat Wielkanocnych. Byłam już lekko sfrustrowana i zmęczona czekaniem. Wszyscy, w tym i ja, myśleli, że urodzę przed świętami i na „zajączka” będę w domu z małym zawiniątkiem.
    Każdego dnia świąt jeździłam na obowiązkowe zapisy KTG, które nie wykazywały żadnych skurczy zwiastujących poród. Jak czarna chmura wisiała nade mną wizja pójścia i pozostania w szpitalu z chwilą, gdy minie termin mojego porodu.
    22 kwietnia, gdy termin rozwiązania nastał, pojechałam z mężem do szpitala z cichą nadzieją, że jednak tam nie zostanę, tym bardziej, że po badaniu KTG znowu położna stwierdziła brak jakiejkolwiek czynności skurczowej macicy, a co dopiero mówić o porodzie w moim przypadku.
    Z takim wydrukiem badania, gdzie wykres powinien wyglądać jak panorama Tatr, a przypominał raczej tereny równinne z małą tendencją do pagórków udałam się na konsultacje do mojej pani doktor, która po zapoznaniu się z bohomazami nakreślonymi przez szpitalny sprzęt stwierdziła, ze może faktycznie puści mnie do domu i w czwartek stawie się w szpitalu i poród wywołamy, czyli będziemy indukować.
    Pomyślałam: „ o matko, teraz to mi dadzą popalić!”, ale cieszyłam się, że mogę nie wyciągać mojej ogromnej walizki z bagażnika samochodu i że wrócę do domu, spędzę najbliższe dwie noce w swoim łóżku z mężem przy boku, a potem… Potem niech się dzieje wola nieba…Niech sobie indukują, cudują, dla mnie liczyło się dziś i ono wyglądało dla mnie całkiem pogodnie.
    Niestety, tylko przez chwilę, ponieważ na konsultacje w mojej sprawie dotarł kolejny przemiły pan doktor i owo dwuosobowe lekarskie konsylium ustaliło, że jednak lepiej będzie i bezpieczniej jak tego dnia w tym szpitalu zostanę, tak na wszelki wypadek.
    Pan doktor o oczach jak tafla jeziora w wakacyjny poranek spojrzał na mnie świdrująco – ujmująco i z uśmiechem na ustach rzekł:
    – No, widzę, że Pani wyraża zgodę na pobyt w szpitalu.
    I zanim zdążyłam otworzyć usta, dodał:
    – To bardzo fajnie, proszę udać się na izbę przyjęć i dokonać formalności.
    Nawet nie miałam czasu zaprotestować. Zresztą jak zobaczyłam aprobatę tej decyzji w oczach mojej pani doktor, to wiedziałam, że protestować już nie ma sensu, bo nikt za moim zdaniem się nie wstawi, a samodzielne decydowanie o bezpieczeństwie moim i mojego dziecka na poziomie posiadanej przeze mnie wiedzy medycznej byłoby głupotą.
    Zeszłam więc do męża czekającego na dole w poczekalni i powiedziałam mu, że zostaje w szpitalu i nici z naszego scenariusza, który …
    (cdn)

    czesc druga

    No tak, pomyślałam, nici z naszego scenariusza, który przedstawiał się następująco:

    „Budzę się w nocy we własnym łóżku na mokrym od wód płodowych prześcieradle przy boku mojego męża. Z przerażeniem i jednocześnie szczęściem w oczach informuje półprzytomnego, wybudzonego z głębokiego snu przyszłego Tatę, że zaczęłam rodzić i nasze rodzicielstwo zbliża się do nas wielkimi i szybkim krokami. W pośpiechu dopakowujemy i dopinamy walizkę i maksymalnie podekscytowani i wystraszeni jedziemy do szpitala. Od początku do końca tej przygody razem.”

    ***

    Siedział w poczekalni. Gdy mnie zobaczył już chyba wiedział, wyczytał z mojej twarzy, że nie wrócimy tego dnia razem do domu, ale jeszcze dla upewnienia spytał:
    – Zostajesz w szpitalu?
    – Zostaje – odparłam. Miałam już w kieszeni bilet do tego wątpliwego raju i żadnym sposobem nikt nie chciał przyjąć jego zwrotu.

    Poszliśmy razem na izbę przyjęć, tam załatwiliśmy wszelkie formalności, ale mniejsza z tym. Musiałam oddać mężowi moje ubranie. O zgrozo! Nawet to bolało – pozbawili mnie ubrania, butów już na samym początku. A gdzie humanitarne zachowania? Gdzie to słynne i takie polskie „puścić kogoś w skarpetkach”? Mnie nawet skarpetek poskąpiono. Stałam się tym samym kolejną szpitalną Panią X bez prawa do własnej tożsamości, bez prawa do ubioru osobistego. Zostałam tam jak sierota Boża w samej koszulinie i łaputkach. Po domu nawet taka obnażona rzadko chodzę. Czułam się naga fizycznie i psychicznie, czułam się samotna, choć mąż jeszcze wtedy był przy mnie.
    Pocieszał mnie tylko fakt, że miałam moją walizkę, a w niej morze skarbów. Nie wiedziałam, że kubek, zwykły seledynowy kubek z IKEI, może tak cieszyć zmysły i być „ gołębiem pocztowym” tylu wspomnień, zapachów i domowych obrazów.

    No i w końcu jestem, znalazłam się na oddziale o tajemniczej nazwie OOP. Już myślałam, że tu mordują, ale jak się okazało skrót oznaczał : ODDZIAŁ OPIEKI PRZEDPORODOWEJ z miłą siostrą położną o wdzięcznym imieniu Nadzieja na dyżurze. I chyba tej „nadziei” mi najbardziej brakowało. Naiwnie bałam się, że już nigdy z tego szpitala nie wrócę, a tu ciach! – NADZIEJA !

    Ludzie, dawajcie swoim dzieciom takie imiona! W normalnym warunkach uważałabym to za wybryk ludzkiej wyobraźni, a okazało się, że coś takiego może przywrócić człowiekowi chęć do życia. Chwała rodzicom siostry położnej za to, że mieli wyobraźnię, a może to było coś całkiem innego?…

    Leżałam sobie na tym oddziale 2 dni i 2 noce… w dzień było wesoło, bo koleżanki „niedoli” były całkiem miłe, a nieprzespane noce spędziłam na spacerach po szpitalnym korytarzu i rozmowach telefonicznych z moim mężem.
    Pierwszego dnia pobytu w szpitalu, wieczorem, dostałam w lewy półdupek tajemniczy zastrzyk, po którym moja leniwa macica zaczęła się kurczyć! Na szczęście pokurczyła się z godzinę i przestała. Potem dowiedziałam się, że to zastrzyk testowy. Gdybym miała urodzić, to skurcze nasiliłyby się i zaczęłabym rodzić, ale tak się nie stało.
    Przedreptałam spokojnie noc, potem dzień.
    Przed północą zaczęłam odczuwać lekki ból na wzór menstruacyjnego z małymi skurczami, takimi tyci – tyci. Ale ponieważ moja pani doktor kazała robić zapis KTG jak tylko coś wg mnie będzie się działo lub poczuje się inaczej niż zwykle, to pobiegłam do położnej, która akurat miała dyżur i poprosiłam o zrobienie zapisu.
    I trafiło mi się nieziemsko, bo dyżur miała siostra Bożenka, dokładna odwrotność tej siostry Bożenki z serialu „ Na dobre i na złe”.
    Łaskawie oplotła mnie pasami aparatu, potem utaplała żelem do USG, a w między czasie wywiązał się między nami budujący dialog:
    – Coś panią boli, czuję pani, ze pani rodzi? – pyta siostra B.
    – Boleć, nie boli, ale czuję skurcze w podbrzuszu. – odpowiadam.
    – No, ale jakie te skurcze? Rodzi pani? – dalej pyta siostra B.
    – Nie wiem, siostro czy rodzę i jakie mają być te skurcze, żeby urodzić, tzn. jak silne, bo nigdy nie rodziłam.
    – A książek pani nie czytała? – złośliwie ripostuje siostrzyczka.
    – Siostro, czytałam , ale co z tego? Harrego Pottera tez czytałam , ale to nie znaczy, że umiem czarować.

    Siostra odpuściła. Dodała tylko przez ramie wychodząc:
    – No to niech się pisze 10 min.
    Nic się już nie odezwałam i byłam szczęśliwa, ze się tej wyłupiastookiej modliszki pozbyłam.
    O rany! Nie wiem, czy nie ubliżyłam modliszkom.

    Niestety, po 10 minutach wróciła jak bumerang i stwierdziła, że żadnych skurczy nie widać na zapisie, a ponieważ mnie się już nie chciało z nią dalej dyskutować, odparłam:
    – No to widocznie coś musiałam niewłaściwego zjeść i pobolewa mnie zwyczajnie brzuch.
    – Niech pani zaczeka, ja jeszcze zadzwonię do doktorowej, która ma dyżur i to skonsultuję. – zasyczała B.
    Zaczekałam, wyłupiastooka B. wróciła z wiadomością, że ma rozkaz dać mi zastrzyk.
    Już mi się zrobiło cieplej z wrażenia, ale widziałam w jej owadzich patrzałach, że nie oprze się i rozkaz wykona natychmiastowo i sumiennie, z wielkim zadowoleniem w dodatku.
    Pomyślałam tylko: „oby nie waliła po zrostach i naczyniach”.
    Kiedy zjawiła się ze strzykawą przy moim łóżku byłam lekko zesztywniała ze strachu, ale po 2 minutach mogłam się już odprężyć i trochę sobie pobluźnić przez zaciśnięte zęby… wybiła północ i mój upiór jak szybko się pojawił, tak samo szybko, ale z większą satysfakcją zniknął.

    Część trzecia, ostatnia

    Po tym strasznym przeżyciu, jakim był zastrzyk z rąk siostry Bożenki, poszłam spać. Minęły dwie godziny, była 2.25 w nocy, obudził mnie skurcz w dole brzucha, na tyle silny, ze przerwał mój i tak na pewno niezbyt fantastyczny sen. Nie można powiedzieć, ze skurcz ten był bolesny. Był odczuwalny jako pewien dyskomfort w dole brzucha, który stwierdziłam i znowu zasnęłam ignorując podświadomie dalsze podobne sygnały wysyłane przez moje ciało.
    Spałam tak do 5.30. Wówczas obudziły mnie skurcze takie same jak te sprzed około trzech godzin, ale miałam wrażenie, że powtarzały się one częściej. Czułam, że siostra Bożenka swoją fachową wirtuozerią strzykawkową wywołała coś, na co w gruncie rzeczy czekałam, czyli początki mojej akcji porodowej. Postanowiłam jednak, ze za żadne skarby świata nie przyznam się do moich skurczy dopóki siostra B. będzie piastować dyżur, czyli do godziny 7:00 rano. Pomyślałam sobie: „Jeśli zaczęłam rodzić, to po pierwsze – nie mogę być głodna i po drugie – musze być czysta, bo potem nie wiadomo kiedy znowu dostane jakiś posiłek i znowu będę miała okazję się wykąpać…”
    Z tą myślą najpierw zjadłam banana i jabłko, potem o 5:40 poszłam pod prysznic, umyłam się od stóp aż po czubek głowy i wróciłam do mojego pokoju. Ze zdziwieniem stwierdziłam, że po kąpieli wszelkie skurcze ustały, ale jak się za chwilę okazało, nie na długo, bo na góra 10 minut.
    Wysuszyłam szybko włosy, położyłam się grzecznie w łóżeczku i mierząc skurcze stoperem w telefonie komórkowym czekałam na moją Panią Doktor, która miała zwyczaj zaglądać do mnie co rano przed rozpoczęciem dyżuru.
    Nie zdawałam sobie nawet sprawy z tego, co zarejestrowałam na stoperze. Skurcze były co
    3 – 5 minut! Trochę się najadłam strachu, że urodzę w łóżku, w którym leżę, a wszystko przez siostrę Bożenkę.
    „O wilku mowa”. Wpadła nagle tuż po 7:00 do mojego pokoju i z wymuszonym uśmiechem spytała:
    – No i jak tam, nic się nie dzieje? Wszystko w porządku?
    – Oj, tak, siostro! W porządku. Nic się nie dzieje. – skłamałam, bo nie chciałam, żeby się mną przypadkiem zaopiekowała.

    Wyszła z pokoju niczego nie podejrzewając, a w niecałe pół godziny później w tych samych drzwiach zobaczyłam anielską twarz mojej pani doktor.
    Gdy tylko ją zobaczyłam, gęba mi się zaśmiała. A gdy zadała pytanie:
    – Jak się dziś czujemy?

    Wystrzeliłam jak z karabinu maszynowego:
    – Pani doktor, chyba rodzę. Mam skurcze prawie całą noc, teraz co 3-5 minut, ale się nie przyznawałam wcześniej nikomu, bo nie chciałam mieć ponownej przyjemności z siostrą Bożenką, no i czekałam na Panią.
    Moja Pani doktor wyraźnie się ucieszyła, ja zresztą też, bo gdybym nie zaczęła rodzić sama, to właśnie tego dnia o 9:00 byłam umówiona na indukcje, czyli wywoływanie porodu, czego okropnie się bałam.
    Otrzymałam instrukcje jak mam dalej postępować i co robić.
    Najpierw udałam się na badanie do gabinetu zabiegowego, który znajdował się na moim oddziale w końcu korytarza. Kiedy tam weszłam, moja pani doktor wkładała już gumowe rękawiczki, a za biurkiem nad jakimiś papierami siedział lekarz i notował „nowości” dotyczące stanu mojej czteroliterowej „pani”. Dodam tylko, że to był ten doktor o oczach w kolorze bladego błękitu. Ehhh, te oczy. Jeszcze dzisiaj je pamiętam, choć od porodu minął miesiąc.
    Chwila nostalgii szybko minęła gdy znalazłam się na fotelu ginekologicznym i odziane w gumkę paluszki pani doktor zanurzyły się dogłębnie we mnie i przeprowadzały badanie.
    – No i mamy 3cm! – powiedziała.
    Nie wiem czy na wieść o tych 3 cm byłam bardziej uradowana czy przerażona. Wiedziałam natomiast jedno: ZACZĘŁO SIĘ, nie ma żartów, ja rodzę!
    Dostałam polecenie spakowania się i udania na porodówkę. Poszłam do mojego pokoju, gdzie czekały na mnie moje szpitalne koleżanki z pytaniem: „I co, i co? Rodzisz?”
    – Rodzę. – odparłam. I zaczęłam płakać jednocześnie się uśmiechając.

    Zamiast się pakować, usiadłam na łóżku i dostałam jakiejś panicznej trzęsawki. Nie mogłam pięciu rzeczy na krzyż włożyć do torby. W końcu wsadziłam to co najpotrzebniejsze, resztę zostawiłam dziewczynom z pokoju i powiedziałam , że po pozostawione rzeczy wpadnie dziś wieczorem mój mąż.
    Mąż!!! Rany boskie! Trzeba do niego zadzwonić! Podskoczyłam jak oparzona. O mały włos zapomniałabym mu powiedzieć, że zaczęłam rodzić. Pod pretekstem pełnego pęcherza dostałam jeszcze wyjściówkę na 3 minuty do toalety, gdzie ukradkiem przemyciłam telefon.
    Szybko wciskałam maleńkie guziczki w telefonie: strzałka w dół, dwa razy klawisz „jkl”, jest – pierwszy na „k” – KUBA, zielona słuchawka, widzę numer na ekraniku, przystawiam do ucha, ufff – łączy. Po chwili słyszę w słuchawce zaspane: „hallo”.
    No nie! – myślę sobie. Jest 8:15, a on śpi! Karygodne.

    – Kuba, Ty jeszcze śpisz? – nie czekałam nawet na odpowiedz, tylko ciągnę dalej – Jest 8:15, ja zaczęłam rodzić, wstawaj i przyjeżdżaj do szpitala.

    Spodziewałam się, że wyskoczy z łóżka jak z procy, a zamiast tego słyszę w słuchawce:
    – Już rodzisz?
    – Jeszcze nie – odparłam – dopiero zaczęłam.
    – To dobrze, Myszo. To ja jeszcze 5 minut poleżę i niedługo do Ciebie przyjadę.
    – Co?! – jak nie krzyknę – ja rodzę, a Ty śpisz? Wstawaj szybko i przyjedź do szpitala.
    – Dobrze, niedługo będę – wypowiedziane tonem zmęczonego Kubusia Puchatka.
    Rozłączyliśmy się, by nie tracić więcej czasu na rozmowę.
    Zdenerwowałam się ta rozmową. Pęcherz w między czasie też opróżniłam. Wróciłam do pokoju. Wzięłam torbę ze spakowanymi rzeczami na ramię, pożegnałam się i ruszyłam w drogę na porodówkę, o jedno piętro wyżej, a za mną dreptała położna z oddziału, która dostała rozkaz, by mnie dostarczyć do celu na czas i w jednym kawałku. Nie wiem co oni sobie myśleli, że zemdleje czy że ucieknę?
    Siostra się spisała niczym Servisco, bo na porodówkę dotarłam „NA CZAS, NA MIEJSCE, NA PEWNO”.
    Zapychałam po tych schodach szybciej od siostrzyczki, aż dziewczyna była w szoku. Tak mi się spieszyło do tego rodzenia!
    Na porodówce tylko spytali skąd się wzięłam, od jakiego lekarza i kazali się położyć na pierwszym wolnym łóżku. Po chwili podłączyli mnie pod zapis KTG. Traf chciał, że pierwsze wolne łóżko było zaraz przy łóżku dziewczyny, która właśnie miała 7 cm rozwarcia. Dla mam, które nie rodziły objaśniam, że to nie jest zbyt przyjemny moment. Owa dziewczyna wyła, że nie da rady, nie wytrzyma, etc. Wiem, że dała radę, wytrzymała, bo doszła przy mnie do 10 cm rozwarcia i urodziła małą Natalkę. Powiem szczerze, że nie byłam przerażona, że czeka mnie to samo co ją. Czułam tylko litość, było mi jej tak szkoda, że gdybym tylko mogła, to ujęłabym jej tego cierpienia. Nawet mi przez myśl nie przeszło, że ja za kilka godzin będę przeżywała to samo.
    Jedyna rzecz, jakiej się bałam, to takiej ewentualności, że sala do porodu rodzinnego będzie akurat zajęta i będę rodziła na ogólnej porodówce wśród cierpienia i krzyków innych kobiet. To przerażało mnie najbardziej. Po pół godzinie zapisu KTG, „odebraniu” jednego porodu i przyjęciu w między czasie na porodówkę 4 kolejnych rodzących, poszłam na lewatywę.
    Pokoik, w którym dokonywano „wlewu” taki dwa na dwa plus leżanka i rurka.
    Musiałam się położyć na lewym boku i obnażyć swoje tłuste pośladki. No i oczywiście przymusowo się rozluźniłam. Raptem czuje jak siostra usiłuje mi włożyć rurkę, ale kilka milimetrów obok, co mnie zabolało. Jak nie krzyknę, na zapas oczywiście, bo ja cykor jestem z założenia:
    – Auć! Siostro, na miłość boską, ale proszę mi włożyć te rurkę w pupę, a nie obok!
    Na szczęście przeprosiła i przestała mi dorabiać kolejną dziurkę z tyłu. Po czym poczułam jak kolejne centymetry jakiegoś wężyka wsuwają się we mnie i po chwili czułam jak moje jelita dostają „pić”. Odczuwałam śmieszne uczucie rozdymania, ale dla pewności, czy aby moje odczucia sa prawidłowe i nikt mnie tu nie próbuje wykończyć, zagaiłam rozmowę.
    – A ile siostra mi tam tego drinka wleje? – spytałam dowcipnie.
    – 750 ml.
    – Siostro, a czy to normalne, że mnie tak rozsadza w brzuchu, że się nadymam?!
    W odpowiedzi usłyszałam tylko: „Ha ha ha ha…”, po czym rurka została wycofana, a ja na wszelki wypadek pędem udałam się do toalety.
    Zdarzeń z toalety Wam oszczędzę. Zdradzę tylko tyle, że lewatywa to nic strasznego, a przy moich zaparciach, to nawet było pewnego rodzaju luksusowe doznanie, w trakcie którego zdążyłam porozsyłać sms-y do rodziny i znajomych o prostej, wymownej i krótkiej treści: „RODZĘ”.
    Nie bardzo spieszyło mi się stamtąd wychodzić, bo ten etap z pewnością wydawał mi się przyjemniejszy od kolejnego, o którym co prawda nie miałam zielonego pojęcia, ale nie spodziewałam się, że będzie lekko. Myślę tutaj o porodzie.
    Wyszłam tylko dlatego tak szybko, bo pomyślałam, że w kolejce do toalety czeka jakaś biedna dziewczyna i być może już jej po nogach leci. Zrobiło mi się głupio, że zachowuje się tak egoistycznie i w końcu opuściłam zajmowany „lokal”. W toalecie spędziłam dobre 10 minut.
    Wróciłam z potulną minką na porodówkę, gdzie znowu opasano mnie taśmami
    i przytwierdzono na żel „czujki”. Tym razem nikt przy mnie nie urodził, choć leżałam pod zapisem KTG dobre kolejne 20 minut.
    Czas tak szybko leciał, już dawno minęła 9:00. Przypomniało mi się, że przecież miałam rodzić w towarzystwie męża, a jego tutaj nie ma. Zaczęłam się denerwować, chciałam do niego zadzwonić, ale mój telefon komórkowy choć znajdował się w torbie pod łóżkiem, na którym leżałam, był dla mnie w tym momencie zupełnie nieosiągalny. Pomyślałam sobie, że nie będę nikomu czterech liter zawracać telefonem jak wokół ludzie rodzą, kroczą szyją, dzieci na świat wydają i przyjmują. Pomyślałam – „trudno, jakoś to później załatwię”. No i zamiast myśleć o czekającym mnie bólu i wysiłku, miałam zupełnie inny problem, „dużo ważniejszy” – jak tu się skontaktować z mężem i dorwać do tego telefonu.
    Raptem po prawej stronie przy moim łóżku staje jakaś położna z kartką formatu A-4 i zaczyna zadawać pytania, po czym, jak już udzielę odpowiedzi, zakreśla sobie coś na tej kartce. O co ona nie pytała… O wszystkie bzdety tego swiata. Najpierw ciekawiło ją jak ja się nazywam, jak mąż, jakie wykonujemy zawody, ile mamy lat i nie pamiętam co jeszcze chciała ode mnie wydębić. Trafiła w doskonały moment mojego życia z tą, jak się okazało, rutynową ankietą. Teraz mój syn we wszystkich dokumentach będzie miał popisane bzdury przez taka dziumdzię. „Matka – ekonomistka, ojciec – student” – takie bzdury za moim dzieckiem pójdą w świat, że już nie wspomnę, ze na pytanie: „Ile Pani ma lat?”, odparłam: „Pięćdziesiąt”!. Z tego wrażenia, że rodzę, że ten telefon tak daleko, zapomniałam autentycznie ile mam lat. A skąd mi się wyrwało „50”, tego do dzisiaj nie jestem w stanie wyjaśnić. Na szczęście pani nie wypełniała ankiety tak do końca „na pałę” i policzyła sobie w jakim jestem wieku korzystając z mojego numeru PESEL. Chwała jej za to.
    Po kilkunastu minutach w drzwiach porodówki zobaczyłam moją panią doktor. Podeszła do mnie, spytała jak się czuje, spojrzała w zapis, odplątała mnie z tych pasów i powiedziała, że idziemy do sali EKO, czyli sali przeznaczonej do porodów rodzinnych. Drepcząc za nią prawie jęczę, ale nie z bólu, tylko ze strachu i z przerażenia:
    – Pani doktor, ale ja nie mogę jeszcze rodzić, bo nie ma mojego męża!
    – Misiu, chodź! Mąż już czeka na sali i jest gotowy do porodu.
    Ojej, ależ się moja dusza uradowała słysząc takie wieści. Po chwili nie tylko dusza, ale i oczy i ja cała już byłam radosna, bo zobaczyłam mojego męża w zielonym uniformie i gdy ujrzałam salę do porodu rodzinnego, oczom nie mogłam uwierzyć. Sala bardzo przyjemną, stolik, dwa krzesełka, magnetofon z radiem, kaseta z muzyką relaksacyjna, pionowe żaluzje oddzielające lóżko rodzącej od części „gościnnej”, żaluzje w oknach, kolorowa pościel. Wszystko w pastelowych kolorach. Dla mnie najważniejsze jednak było to, ze nie dochodzą tam krzyki innych rodzących, reszta była mało ważna.
    Zostaliśmy z mężem na 10 minut sami w pokoju. Od razu się przytuliłam z najbardziej żałosną miną jaką umiem zrobić. Nie pamiętam o czym wtedy rozmawialiśmy i czy w ogóle rozmawialiśmy. Pomógł mi wtaszczyć się na to łóżko, a potem mnie zabawiał. Chciał mi puszczać muzykę, radio. Wyciągnął skądś takiego wielkiego miśka – maskotkę i wywijał z nim po pokoju dokładając do tego jakieś niewybredne teksty.
    Na mnie już to rozśmieszanie niewiele działało, bo dotarła do mnie powaga całej sytuacji
    i tego co się ze mną dzieje. Nie było mi bynajmniej wesoło.
    Dochodziła 10:00. Skurcze dawały się odczuć, ale wciąż nie był to jakiś przeszywający ból nie do zniesienia, jakiego się spodziewałam. Na czas skurczu, owszem, starałam się przestać mówić i skoncentrować na oddychaniu, ale wciąż nie czułam bólu. Wszystko jak przy miesiączce, z tą różnicą, że przy miesiączce ból odczuwa się cały czas nieprzerwanie, a podczas porodu tylko w momencie skurczu, po ustaniu skurczu ból również ustaje.
    Prawie punktualnie o 10:00 przyszła doktorowa, wyprosiła na chwilkę mojego męża i przeprowadziła badanie rozwarcia. Stwierdziła, że wszystko ładnie idzie, że mamy już 4cm
    i spytała czy mam bóle i jak się trzymam. Powiedziałam prawdę, że na razie to, co czuję trudno nazwać w ogóle bólem i że ogólnie czuję się dobrze.
    – No dobra – rzuciła do pielęgniarek położnych – zakładamy welfron i jak przyjdę podamy lek na wygładzenie szyjki.
    Zaczyna się, pomyślałam. Ja przy pierwszym lepszym pobraniu krwi omdlewam, a oni chcą mi welfron zakładać. Ratunku!
    Nawet wizja porodu mnie tak nie przerażała w tamtej chwili jak to wkłuwanie i dłubanie w żyle. Powiem szczerze, że nie bolało, ale było bardzo nieprzyjemne i nie polubiłam tego zabiegu i chyba nigdy go nie polubię.
    Z pewnością już dawno minęła godzina 10:00, skurcze miałam często, od ostatniego czasu troszkę się nasiliły, ale nadal nie czułam niczego, co mogłabym nazwać bólem.
    Kolejna wizyta pani doktor skończyła się podaniem dożylne oksytocyny i badaniem, po którym stwierdziła, że mamy 5 cm.
    Przyszła siostra położna, podłączyła butlę z oksytocyną i już po kilku minutach poczułam, że narobili mi bigosu., bo dopiero teraz zaczęłam dowiadywać się jak wygląda porządny, coraz porządniejszy skurcz.

    O rany, ból z każdym skurczem był coraz większy. Około godziny 12:00 błagałam o znieczulenie, ale moja lekarka z rozanieloną miną odparła, że na znieczulenie już jest za późno, ponieważ akcja porodowa postępuje bardzo szybko, a akcja skurczowa jest silna i prawidłowa. W tym właśnie momencie zobaczyłam w myślach jak zaciskam dłonie na szyi tej doktorowej. Miałam łzy w oczach i mówiłam w kółko:
    – Ja chcę znieczulenie! Nie dam rady bez znieczulenia, proszę mi je dać.
    – Kotku, już nie można podać znieczulenia. Całe szczęście, ze go nie podaliśmy wcześniej, bo wszystko ładnie i szybciutko idzie do przodu, a znieczulenie mogłoby zahamować akcję skurczową i poród trwałby dłużej – odparła na moje błagania.

    Szczerze mówiąc, w tamtej chwili miałam w dupie te postępy. Przy każdym skurczu wiłam się jak piskorz z bólu, chciałam wyrwać ramę łóżka. Między skurczami odfruwałam. Byłam taka zmarnowana, że autentycznie ucinałam sobie 2 minutowe drzemki. Gdybym tego nie doświadczyła na sobie, nie uwierzyłabym, że można zasnąć na 2 minuty, pocierpieć jedną i znowu zasnąć.
    W końcu zapadła decyzja o przebiciu pęcherza płodowego. Tego się wcale nie bałam, bo słyszałam wcześniej, że zabieg ten przynosi ulgę. Trochę mniej mi było do śmiechu już po chwili, gdy zobaczyłam szpikulec – długi prawie na pół metra, gruby prawie jak ołówek, za pośrednictwem którego zabieg ten miał się dokonać. Najpierw zanurzyło się we mnie pół lekarskiej dłoni, a po niej został poprowadzony do celu szpikulec. Nie minęło 5 sekund i poczułam jak ciepły płyn przelatuje mi między nogami, niczym woda odkręcona z kranu. Gdybym miała tam zamontowany wodomierz, to troszkę by się napracował, no i rachunek za wodę – lepiej nie myśleć.
    Niestety, sielanka trwała krótko, bo za chwilę znów zaczęły się skurcze, w dodatku jeszcze silniejsze od poprzednich. Co jakiś czas wykłócałam się z panią doktor o to, by nie robiła mi kolejnego ręcznego badania rozwarcia w trakcie skurczu.
    – Niech pani weźmie już tą rękę – jęczałam.
    Ból wtedy był chyba dwa razy większy niż przy samym skurczu. Niestety, ręka ta jeszcze nie raz mnie tego dnia dosięgała w czułe miejsce.
    Jak do tej pory ani razu nie zapłakałam, nawet głośniej nie krzyknęłam. Można chyba powiedzieć, że byłam dzielna. Mój mąż, choć był obecny przy porodzie przez cały czas, pozostawał przeze mnie niezauważony. Nie musiałam, a raczej nie byłam w stanie szukać go w tych chwilach wzrokiem. Czułam tylko moją dłoń w jego dłoni. Zmysł dotyku pobił w tej chwili wszystkie inne mi znane. Były chwile, że zaciskałam dłoń tak mocno, że było mi męża szkoda. Myślałam wtedy: „Boże, przeze mnie wrzyna mu się obrączka w rękę”. Nie raz zdarzyło się, że miotając się z bólu wyrwałam mu tą rękę, ale już za chwilę do niej wracałam. Czułam, że maż jest przy mnie. Miałam świadomość jego obecności.
    Już przed porodem prosiłam go, żeby do mnie nic nie mówił, nie denerwował mnie, nie pouczał, ale żeby po prostu był. I tak też zrobił.

    Później było już jak w jakiejś matni. Był ból, drzemki, wizyty i ręczne badania pani doktor. Przestałam liczyć minuty, patrzeć na zegarek. Trwałam od skurczu do skurczu. No i tak dotrwaliśmy do skurczy partych około godziny 13:00 z
    minutami… Nacisk na odbyty był nie do zniesienia , myślałam
    ze zrobię coś brzydkiego , ale nie stało się to.. Natomiast
    nie wytrzymał mój pęcherz… Przy 7 lub 8 cm rozwarcia zapadła kolejna decyzja.
    – Zapraszam Panią na piłkę – powiedziała lekarka.
    Wyjęły dużą kolorową piłkę z dwoma wymionami i kazały mi na niej usiąść i przez cały czas kręcić biodrami i podskakiwać.
    Zwlekłam się z łóżka z uczuciem pewnej ulgi. Tyle się wcześniej naczytałam o zbawiennej roli tej piłki, o komforcie siedzenia na niej, o mniejszym wówczas bólu.
    Usiadłam na tej piłce, momentalnie przyszedł skurcz. Ból przeszył mnie na wylot, jakby mi ktoś w całą dolną część ciała przywalił ze śrutu. Podskoczyłam jak oparzona i powiedziałam, ze bardzo dziękuje za tę piłkę i chce spowrotem na łóżko. Poczułam tylko dociskające ręce położnej na moich ramionach i znów siedziałam na piłce, a mąż kucał za mną na podłodze w ramach akcji reasekuracyjnej.
    Cały czas położna przyciskała mnie do tej piłki. Przy następnym skurczu wystrzeliłam do góry, znowu wygrała położna.
    Znowu siedzę na piłce. Jak się nie poderwę, jak nie krzyknę:
    – Nie chce tej piłki, nie wytrzymam z bólu!
    – Musi Pani, bo w ten sposób główka schodzi w dół.
    – Powiedziałam, że nie chcę – powtórzyłam i szybko i zawyłam – pierdole tą piłkę!
    Trochę się jeszcze na tej nieszczęsnej piłce
    pokręciłam , ale ani razu w czasie skurczu. W czasie skurczu
    kładłam się na piłce, a mój kochany Kuba przytrzymywał mnie od tyłu.
    Był dzielny, bo nie mógł mnie za bardzo udźwignąć, ale wytrzymał i
    nie upuścił mnie.

    Po kilkunastu minutach męki na piłce przyszła doktorowa i stwierdziła pełne
    rozwarcie. Przyszedł jeszcze jeden lekarz i oboje kazali mi przeć na
    leżąco, ale ja zamiast tego darłam się i cale nabrane powietrze
    traciłam na krzyk. Dowiedziałam się tym samym, że nie umiem przeć w tej pozycji , więc będę parła na stojąco. Znów musiałam zejść z łóżka, co było dla mnie nie lada wysiłkiem w tej fazie porodu. Zeszłam, nabierałam na stojąco powietrza w płuca, po czym
    połykałam je, kucałam i parłam. Było ciężko, ale pokapowałam , ze ten ból parcia jest o wiele przyjemniejszy od bólu samego skurczu i znacznie ból skurczowy
    niweluje, wiec dalej parłam jak szalona, by jak najszybciej mieć to wszystko za sobą.
    Po około 20 minutach znowu musiałam wejść na łóżko w celu zbadania czy główka
    weszła już do kanału szyjki. I okazało się, że WESZŁA!!!
    Wtedy musiałam wstać i przejść na inną sale na lóżko typowe do
    rodzenia, na taki koziołek podobny do ginekologicznego.
    No i na tym koziołku spędziłam jakieś 15 minut… Parłam i
    parłam , wykorzystywałam każdy skurcz. Ból był mi już obojętny, byleby jak najszybciej do celu. Pan doktor, ten z błękitnymi oczami, coś gadał
    że źle coś robię i że on mi wytłumaczy, ale mówił to wszystko tak
    flegmatycznie, że gdybym go wysłuchała do końca minęłaby
    kolejna godzina, wiec powiedziałam do niego najpierw grzecznie
    żeby mi nie przeszkadzał, potem już trochę inaczej – że go nie
    słucham, bo muszę przeć. A jak podjął kolejną próbę pouczania mnie, to powiedziałam
    tak:
    – Cicho bądź wreszcie i idź stad!!!
    Na co położna stwierdziła, ze już różne akcje były na porodówce,
    ale takie coś słyszy po raz pierwszy. W każdym bądź razie
    zadziałało i doktorek mądrala odbierał już tylko potem telefony
    do mnie , bo wyobraźcie sobie, że dzwoniła moja mama dokładnie o
    14:18, a Filipek przyszedł na świat o 14:15.

    Kiedy się rodził, nie czułam już żadnego bólu, tylko ciepło jego przesuwającego się ciałka. Byłam w takim szoku, że zapomniałam na niego spojrzeć zaraz gdy opuścił moje ciało. W efekcie zobaczyłam go dopiero gdy był już wytarty i miał odciętą pępowinkę. Położyli mi go takiego ciepłego i małego na piersi. Takiego mojego i zarazem obcego, kogoś dziwnego, kogo nie było i raptem jest. Cud jakiś nie do ogarnięcia rozumem w jednej chwili.
    Urodził się w końcu. Mój syn, moje dziecko. Po dziewięciu miesiącach wyrzeczeń
    i doskwierań cielesnych, po tych wszystkich mdłościach, bólach kręgosłupa, mojej niedołężności ruchowej.
    Leżał sobie na mnie i nawet nie płakał. Nie miałam wtedy pojęcia co to znaczy kochać dziecko. To dziecko nie miało pojęcia jak bardzo będzie kochane. Pomimo całej tej niewiedzy postanowiliśmy we troje oddać się sobie nawzajem. To była najpiękniejsza chwila mojego życia.
    Jestem Matką – osobą dumną, szczęśliwą, zatroskaną i radosną na przemian, osobą potrzebną, tętniącą życiem dla swojego dziecka.
    Jestem Mamą Filipka Jakuba.
    Bruni

    Bruni i Filipek

    #333122

    Anonim

    Swietny opis porodu!

    Droga Bruni! Aaaaaaaale sie usmialam…. Super opis! Wiem, tak na zywo pewnie nie jest kobiecie do smiechu, wszystko to jeszcze przede mna, dopiero co zaczelam 3-ci m-c, wiec o porodzie jeszcze nie mysle. Pozdrowienia dla waszej trojki!

    #333123

    magonil

    Re: POLECAM –

    Ach, łezka w oku mi się zakręciła…..Niesamowicie to wszystko opisałaś, dziękuję.
    Pozdrawiam i życzę dużo, dużo zdrówka dla Was.

    Małgosia+Maleństwo 30.10

Postów wyświetlanych: 15 - od 1 do 15 (wszystkich: 43)


Musisz się zarejestrować lub zalogować, żeby odpowiedzieć

Close