Ekspresowe narodziny wigilijnego Filipa

Postów wyświetlanych: 11 - od 1 do 11 (wszystkich: 11)
  • Autor
    Wpisy
  • #86036

    monika27

    Mojego drugiego porodu bałam sie strasznie. Poprzedni, 3 lata temu trwał 23 godziny. Wtedy nie drzałam przed- nie wiedziałam, co mnie czeka. Tymczasem…

    Dzień przed Wigilią zbyt zajęta byłam samorealizacją kulinarną by zauważyć, że zaczynam rodzić. Od rana mąż znosił do domu siaty, odhaczajac kolejne pozycje ze sporządzonej przeze mnie listy. To miała być wyżera! Sałatki, surówki i kilka ciast miały mi/nam rozweselić święta. Nie mogłam się tez doczekać wigilijnego szaleństwa z grzybami, kapustą, rybami, barszczem, buraczkami przesiakniętymi czosnkiem. Ale nie tak miało być.

    Napoleonka, strucla z makiem, setka galaretek, sernik na zimno, wuzetka, sałatka warzywna- Oliwia dzielnie mi pomagała.Pot lał się ze mnie, ale dzielnie walczyłam. Dwa razy musiałam przysiąść, bo wydawało mi się,że Filip strasznie boleśnie się we mnie przeciągnął.

    Po południu przyjechała Teściowa. Zajęła się Oliwią, a ja poczułam się strasznie zmęczona. Wykąpałam się, co dziwne, bowiem proceder ten uskuteczniam co najwyżej raz na kwartał, zazwyczaj biorę prysznic- no nie lubię leżeć w wannie i już.

    Oglądaliśmy współnie dobranockę. Filip przeciągnął się we mnie tak,że wycisnęło mi łzy. B. poprosił uprzejmie,żeby go nie straszyć- a oczy miał taakie wielkie.Teściowa z uwagą mi się przyglądała i opowiadała o swoim szybkim drugim porodzie, a Oliwia miała wszystko w nosie- w tivi leciała jej ukochana Miki.

    Wykąpałam Oliwię. W drodze do sypialni przysiadłam. Skurcz to czy syn się układa do spania? Tak czy inaczej sprawa zaczynała być poważna. Panikowac nie pozwoliło mi przeświadczenie, a raczej opinia mojego ginekologa (powtarzana z uporem maniaka od 2 m-cy), że Filip ma być dużym chłopcem, miejsca zapewne mu mało, stad te niegroźne bolesności a la skurcze.

    Położyłam Olwię spać.A była to 21. O 21.05 trzeci raz syn mnie zabolał. I tak jeszcze raz.

    Cztery skurcze rozciągnięte na cały dzień o godzinie 22.20 przerodziło się w co 5-minutowe koszmarki. Koszmarki szybko przeradzać się zaczeły w zmory. Nie miałam już siły wstać, ból mnie ogłupiał i paraliżował. I wiedziałam,że to już.

    Leżałam zwłoczo w sypialni, lampiłam się w zegarek i wykazywałam zero sił.

    Wysłałam smsa do siedzącego przed komuterem B.:”idź po samochód, o 24 jedziemy”. Wyczytałam bowiem,ze jeśłi skurcze z taką częstotliwoscia bedą trwały 2 godziny, należy jechać. A ja, nauczona doświadczeniem, chciałam jak najdłużej być w domu.

    Między skurczami zwlekałam się z łoza i dokańczałam sprawy- lista oliwkowych leków, ostatnie szmatki do szpitalnej torby, jakies sensowne świąteczne ubrania dla Oliwii. Zdążyłam z uśmiechem na ustach uśpić rozbudzoną na siku córkę.

    Biegałam po domu w ostatnich podrygach organoizacyjno-świątecznych. Między skurczami było ok. Aby zachowac twarz na bóle wracałam do sypialni. Jakoś mało zręcznie czuję się z grymasem i dzikością na twarzy. Może dlatego,że mój niski próg bólu zamienia mnie w ranne zwierzę?

    Była 23.20, kiedy podczas jednego ze skurczy poczułam zalewające mnie ciepło. Pierwsze, co pomyślałam to to,że chociaż raz książkowo odeszły mi wody i nie mam dylematu- jechać czy jeszcze zwlekać. Po drugie- sztywna, nie mogąca się zgiąć, zaklinowana na łozu pomiędzy dziecięcymi łóżeczkami w panice próbowałam się ewakuować, by nie zalaćwszystkiego wokół.

    Doczłapałam się do łazienki, ekspresem się umyłam i przebrałam tylko po to, by druga fala zalała moją drugą i ostatnią parę ciążowych spodni.

    B., po szybkim oglądzie sytuacji, zrozumiał,że to nie przelewki i wpadł w popłoch. Poganiał mnie, niemal wrzeszczał- pewnie oczyma wyoraźni już odbierał poród. W domu, w asyście tesciowej. Myślałam,że mnie ze schodów spuści, byleby szybciej. W efekcie po schodach autentycznie zbiegałam, a skurczowy ból rozum mi odbierał. Do samochodu zostałam wepchnięta siłą, niemalże dociśnięta drzwiami, ale to akurat na własną prośbę, bowiem byłam sztywna i sparaliżówana. Dodatkowo fotelik Olwii blokował mi ruchy. Wisiałam nad nim.

    B. przewiózł mnie rajdowo, nie powiem, a sceny odgrywaliśmy niemal kaskaderskie. Na szczęście szpital oddalony jest od nas zapewne o jakiś kilometr- zatem przebycie tej drogi zajęło nam minutę, może dwie.Strasznie tylko bolały mnie koleiny…

    Do recepcji szpitalnej udał się B., ładnie ubrany, z wielką walichą, z przejęciem na twarzy. Rzecze, że z żoną do porodu. Kobieta rozejrzała się- tylko gdzie ta żona? A ja, mając mokre spodnie, przebłyski swiadomości i resztki godności, obłąkana z bólu sierota z zasikanymi gatkami i z obłędem w oczach, schowałam się przed publicznością za filar.

    Nieprzyjemna kobieta kazała mi podejść. I nie zapomnę jej pytania.”Co się dzieje?”. A ja pomyślałam,ze normalnie sobie ze mnie złośliwe jaja robi. „Jak to co? Rodzę!”

    A potem było szybko- szpitalny wózek, miła pani, która mnie przebrała. B., który awanturował się ze mną,że zostaje i pęd wiatru we włosach, kiedy wieźli mnie szpitalnymi korytarzami, na szóste piętro szpitala wojewódzkiego.

    Skurcze były coraz bardziej bolesne. Oddychałam książkowo- zawzięłam się, poród z Oliwią popalił mi styki i zachowywałam się mało racjonalnie. I nielogicznie. Teraz miało byc łatwiej- przynajmniej miałam dowód na to,ze poród nie oznacza zejscia z tego ziemskiego podoła,w co nie do końca wierzyłam za pierwszym porodowym razem.

    Liczyłam. Najpierw do 10, potem do 15, doszłam do 20. Ból wyprężał me wielkie cielsko, a nogi hamowały wózek. Kiedy babka prosiła mnie, żebym pozwoliła jej dalej pedzić, byłam w stanie wycisnąć z siebie tylko mało dyplomatyczne „nie”.Musiało mnie mocno boleć, skoro grzecznosci miałam w głębokim poważaniu.A generalnie to miła jestem.

    Wjechaliśmy na salę. Miła była, ciepła, rozświetlona nieśmiałym światełkiem. Zachciało mi sie spać. Miałam tylko jedno marzenie- odlot, wakacje w ciepłych krajach, swoją na tej sali nieobecność. Nie dało się jednak. Bolało jak cholera.I ciało, i to poczucie „nie-ma-odwrotu”.

    Klęknęłam, oparłam się rękami o podłogę- intuicyjnie czując,że to mi przyniesie ulgę. Byłam naprawde spokojna, choć ból mnie rozpruwał- wzdłuż i wszerz, przeszywał na wylot, drwił, chichotał i wystawiał język. Kiedy czułam,ze skurcz mija, już myślałam po tym,że zaraz spotkamy się znów…

    Kiedy położne weszły na salę zastały tylko cichutko siedzącego na stołeczku B. Musiały się lekko zdziwić, bowiem mnie znów nie było. Schowana byłam pod porodowym łożem.

    A potem pamiętam wszystko- minuta po minucie. Słowa, miny, gesty, siebie, nas. Ale czas był po naszej stronie- pędził.Na szczęście.

    Kiedy do badania i oceny sytuacji rozciągnęłam sie na samolocie była 23.40. Setki pytań. Zahaczyliśmy chyba o dzieciństwo. Błagałam o znieczulenie.Kiedy położna uświadomiła mnie,że ze znieczuleniem pożegnałam się 4 cm temu, chciałam po prostu w ramach przerazenia i protestu stamtąd sobie wyjśc. Ot tak.Przyjechałam do szpitala z 8 cm rozwarciem, po kilkudziesięciominutowej akcji porodowej! Dobrze,ze własnego porodu nie da się przegapić, bo jeśłi byłoby to fizycznie mozliwe, ja bym tego o mały włos dokonała.

    Uprzejma położna poinformowała mnie, żebym była spokojna, bowiem szyjka nie stanowi problemu- że zaraz urodzę, czekamy bowiem tylko na „zejście” dziecka.

    Postanowiłam, ze będę spokojna, na tyle, na ile to możliwe w zaistniałych okolicznościach. Wrzeszczałam tylko dwa razy wbijając paznokcie w uda B. A on trząsł się. Uspokajał, głaskał, zapewniał,ze to już, że zaraz, że jestem dzielna. Bał się. Współczułam mu nawet- rozhisteryzowana zona, której nie można pomóc. Darłam się,że nie dam rady, że mam dośc. Poleciała jedna żesz kur.. mać. Tak mówią, bo tego to ja akurat nie pamiętam. Nie wiedziałam też,że obok, ba, po drugiej stronie korytarza, znajduje się oddział patologii ciąży- swoją drogą świetny pomyśł…

    Nie dałam posadzić się na piłke, o nie. Tylko raz byłam taka głupia. Skorzystałam natomiast z worka sako- super wynalazek. Najlepiej jednak było mi w ustronnym, mało romantycznym, zważywszy na okolicznosci miejscu, jakim było salowe WC. Sedes to znakomite miejsce do parcia, a umywalka pięknie komponuje się z baletowymi wygibasami, jakie serwowałam szpitalnemu personelowi, wijąc sie z bólu. Było fajnie, nie powiem.

    Bóle parte- to szał. Z jednej strony myśl- oddychaj spokojnie, przedmuchaj go- ale będzie się to ciągnąć w nieskończoność. Z drugiej strony podpowiadał rozsądek- przyj, napinaj się, dziecko zejdzie szybciej, zatem szybciej się skończy ten koszmar. Parłam więc, a ból rwał mi trzewia i trzewiki.

    Ostatecznie zawleczono mnie na worek, a raz wisiałam na B. w mało zrecznej pozycji- okrakiem, z ułożoną na jego udach głową, z wypiętym na szpital gołym tylkiem. Potem przyszły takie dwie, które na moja prośbę mówiły mi, co mam robić. Byłam skołowana- poprzednie porodowe bóle parte przeżyłam na znieczuleniu myśląc tylko o tym, jaki kolor oczu będzie miała moja córka. Teraz znów byłam nowicjuszką. Nie pozwalałam im tylko grzebać w sobie, grzecznie dziękując za te dogłębną pomoc.

    Zawzięłam się, parłam, aż strzeliła mi kość ogonowa- takie tempo przybrał sobie synek. Czasem nie miałam już sił oddychac, wtedy na mnie wrzeszczały, bo we mnie nastawała cisza…Potem było łóżko. Nie mogłam wejść, bo byłam jednym wielkim skurczem. Poza tym miałam wrazenie,że dziecko wisi mi między nogami. Ale to było tylko bolesne złudzenie…

    Nie szło mi specjalnie. Parcie nie jest moim naturalnym odruchem. Zamknęłam oczy, a przed oczami miałam tylko mroczki. Cały czas miałam wrazenie,że on już jest na zewnątrz. Ale to nie do końca było to. Wnerwiałam się.Bo ile można. Motywowali mnie- a to zapewnieniami,że to zaraz, a to biciem filipowego serca.

    Kiedy położna poinformowała mnie,że moje dziecko musi byc gigantyczne i że bede nacinana, wkurzyłam się na nią- po cholerę mi takie werbalne atrakcje? Niech robi, co do niej należy, a nie straszy mnie jeszcze bardziej Wszak informowałam ją, uprzedzałam lojalnie,że histeryczka jestem i dupą trzęse strasznie. (w efekcie lekarz wziął B. na spytki- co takiego przeżyliśmy z pierwszym dzieckiem,że mamy śmierc w oczach? jak to co- poród siłami natury w szpitalu miejskim czyt. poród naturalny czyli jak naturalnie zejść).

    Kiedy rodziła sie głowa mojego syna, myślałam, że pęknę na sto niezbieralnych kawałków. He, he- nie znałam jeszcze mozłiwości natury:) Kiedy zbliżały się do świata jego barki, przed oczami ukazała mi się czarna dziura- coś na przeciwieństwo świetlistego tunelu w śmierci klinicznej. Dziwne to było uczucie, ale wszystko zaczeło mi wirować i czułam się, jakbym szła, szła, szła… W irracjonalny sposób poczułam sie jak mój Noworodek.To sie nazywa empatia, he, he.

    Gdyby nie to,że usłyszałam przeraźliwy wrzask- stop, zatrzymaj, nie przyj, założę się, że z wrażenia bym pękła. Zatrzymałam Filipa na wysokości jego ramion- co za emocje! Był owinięty pępowiną, musieli go uwolnić. Kiedy kazali mi przeć na nowo, z ulgą poczułam luz- w sensie dosłownym i w każdym innym. Zdążyłam się jeszcze załapać na widok uciekajacych ze mnie małych nóżek. A on- piękny, różnokolorowy chłopiec z bujną grzywą i imponującymi szelkami z pępowiny.

    Rzucili mi go na klatkę. Byłam w szoku. Byłam w szoku tak wielkim,że akurat tego momentu za dobrze nie pamiętam. Byłam tak szczęśliwa, ze on jest, byłam tak z siebie dumna, ze dałam radę. Byłam taka ogłupiała- że to już, że koniec. Filip płakał, wrzeszczał. A ja nie mogłam uwierzyć,że nasz syn jest już z nami. Nie płakałam. Tylko powtarzałam:”jestem w szoku. nie mów nic, jestem w szoku”. Bo ciągle ktoś coś ode mnie chciał.

    Całowaliśmy to małe ciałko, przytulaliśmy je mocno. A on leżał i nic nie mówił. Pewnie z wrazenia. Leżeliśmy we troje na sali z przyciemnionymi światełkami. Było spokojnie, błogo i cicho. Przeżywaliśmy każdą niemal minutę. Odpoczywaliśmy.Rozsyłaliśmy smsy.

    A potem nastała senność. I spałam, karmiłam, gapiłam się. Spałam, karmiłam, gapiłam się.

    I powiem jeszcze, że ten poród zbliżył nas jak cholera.O!

    Monika, Oliwia (04.04) i Filip (12.06)

    #1314726

    efcia2004

    Re: Ekspresowe narodziny wigilijnego Filipa

    piękny opis, uśmiałam się i wzruszyłam.

    Ewcia i Asiula (4.03.2005)



    #1314727

    lilavati

    Re: Ekspresowe narodziny wigilijnego Filipa

    Ake się wzruszyłam , nie moge takich rzeczy cztać bo zamieniam się w bobra i chce mi się rodzić raz jeszcze 🙂
    gratuluję 🙂

    Ania & Mati & Wojtek

    #1314728

    beamama

    Re: Ekspresowe narodziny wigilijnego Filipa

    Moniko, jeden z lepszych opisów , jaki tu czytałam……
    Gratuluję wytrwałości w bólu…..gratuluję poczucia humoru po, gratuluję dużego synka i w ogóle, w ogóle wszystkiego naj naj naj…..
    Mówię Ci, strasznie przeżyłam ten Twój opis, i mimo, że porody były dla mnie dość traumatyczne, chce rodzić jeszcze raz!!!
    Pozdrawiam gorąco.

    #1314729

    Anonim

    Re: Ekspresowe narodziny wigilijnego Filipa

    Gratulacje:)))
    uśmiałam się i wzruszyłam Twoim opisem:)))

    Jaś(11.03), Igusia(02.05), Pawełek(31.12.06)

    #1314730

    fresz

    Re: Ekspresowe narodziny wigilijnego Filipa

    Świetnie to opisała !!! Naprawdę ekspresowe narodziny !!! Pozazdrościć


    A & K & M



    #1314731

    ciku

    Re: Ekspresowe narodziny wigilijnego Filipa

    Ja miałam tylko cesarkę i szczerze powiem , że to najbardziej straszący opis porodu jaki czytałam. Jak to ma tak rzeczywiście wygladać, to dziękuję bardzo, ale wymiękam. Dodatkowo przekonalam się do tego, zeby znowu rodzić za pomocą cc. Brr….
    Dzielna jesteś jak cholera!!!

    Kacperek

    #1314732

    monika27

    o kurczę!

    nie chciałam nikogo straszyć! o matko, jełśi to tak faktycznie strasznie zabrzmiało…
    teraz wiem,ze najważniejsze to jest nastawienie- i przy porodzie (myśleć tylko o tym,ze to chwila, ze ból niedługo minie) jak i przy opiece nad noworodkiem- kiedy Filip daje mi w kość, ja myśle o tym, jak będzie fajnie, kiedy będzie można z nim sie już dogadać:) teraz jestem taka madra, z Oliwią byłam zielona. i przerażona.

    Monika, Oliwia (04.04) i Filip (12.06)

    #1314733

    beamama

    Re: Ekspresowe narodziny wigilijnego Filipa

    No popatrz Ciku, a mnie się bardzo ten opis podobał :)))))))
    Aż mi się rodzić znów zachciało :))))
    A Ty się nie bój, a jak się będziesz bardzo bała, to bierz cc i już 🙂
    Pozdrawiam 🙂

    #1314734

    ciku

    Re: o kurczę!

    :))
    Dla mnie zabrzmiało strasznie. Ale się nie przejmuję, bo mam planowana cesarkę. No chyba ze się zdarzy wcześniej, przed czym strzeż mnie Boże.
    Opisałaś bardzo ładnie i fajnie się to czytało, ale stracha napędziłaś mi ogromnego, nie ukrywam.

    Kacperek



    #1314735

    emalka

    Re: Ekspresowe narodziny wigilijnego Filipa

    faaajoski opis :)) gratulacje ogromne! dzielna kobieto!

Postów wyświetlanych: 11 - od 1 do 11 (wszystkich: 11)


Forum ‘Wszystko o porodzie’ jest zamknięte dla nowych tematów i odpowiedzi.

Close