Gdy na świat przychodziła Dominika…

Postów wyświetlanych: 6 - od 1 do 6 (wszystkich: 6)
  • Autor
    Wpisy
  • #99993

    olcia

    Kochane, podzielę się z Wami przeżyciami związanymi z przyjściem na świat Dominiki… ku pokrzepieniu serc przyszłych mam 😉 …

    Do końca kwietnia musieliśmy się wyprowadzić ze sprzedanego mieszkania. Pakowanie rzeczy w kartony, kombinowanie z przeprowadzką – wszystko było na mojej głowie, no oprócz dźwigania 😉 Co dzień się modliłam, żeby Domi wytrzymała jeszcze w brzuszku, jeszcze troszkę… Byleby w większości ogarnąć to wszystko. I z brzuchem wielkości piłki lekarskiej biegałam po spółdzielniach, notariuszach, skrabówkach itp, ale udało się.

    28 kwietnia podpisywalismy u notariusza akt sprzedaży, i wtedy się śmiałam z męzem – teraz może się już dziac co chce. No i Dominika widocznie musiała nas podsłuchać, bo w nocy 28/29 kwietnia około 3 po którejś z kolei wizycie w ubikacji stwierdziłam w śluzie czerwone niteczki z krwią. Skurcze miałam juz od kilku dni, ale tej nocy były zdecydowanie silniejsze. Mąż jechał na 7.00 do pracy i chciałam się z nim zabrać przy okazji, ale stwierdziłam że poczekam na rozwój akcji w domku.

    Około 8.30 skurcze były na tyle bolesne i regularne (co 6 min.), że obudziłam teścia z pytaniem, czy nie zawiózłby mnie na porodówkę. On cały w strach czy mu nie urodzę po drodze, pruł do Lęborka że chyba wszystkie przepisy łamał. Z Łeby to ok. 30km.

    Po przyjeździe do szpitala okazało się, że 3cm rozwarcia i że nie pójdzie tak szybko. Ktg wykazało skurcze co 5 min, ale zrobiły się mniej regularne. Lekarz który mnie przyjął, stwierdził że przyspieszymy akcję przebijając pęcherz płodowy. No to ja do tescia, że jednak mnie zostawiaja i będę rodzić, do męża tel. że to niebawem. Płacz do sluchawki, czy jednak nie dałby zrobić czegoś, by byc tam ze mną w tej chwili. Niestety nie mógł – taka praca 🙁 Zadzwoniłam po moją umówioną położną, w międzyczasie sporo chodziłam żeby przyspieszyć poród. Bolało coraz bardziej…

    Kolejny lekarz i znowu badanie, rozwarcie na 5-6 palców po godzinie. Każą się kłaść na łóżko, lekarz przebija pęcherz, czuję ciepło… Okazuje się że wody są zielonkawe i cały poród spędzę w pozycji leżącej, podłączona pod ktg. Masakra, tego sie nie spodziewałam, a krzyż bolał jak cholera. Połozna jeszcze nie dojechała, a boli coraz bardziej.

    Jest połozna – pani B. która również odbierała poród mojego Adaśka. Rozwarcie na 7cm. Skurcze zaczynaja być nie do wytrzymania, sczególnie gdy trzeba leżeć. B. pozwala mi wstać do łazienki, potem próbuję trochę na stojąco przy łóżku, ale jednak nie mam sił stać, więc się kładę.

    Zaczynam wyć z bólu, aaaaaaa….aaaaaaa…. Jestem w stanie błagać o cesarkę, ale wiem że w moim szpitalu to ostateczność, nie chcą robić bo szpital niby pro naturalny i statystyki im sie psuje :/

    Jestem wściekła, wykonczona, cała mokra, pytam B. ile to jeszcze potrwa. Mówi że już niedługo, że dam radę. Zaczynają się parte. Nie wiem ile ich było, ale coś koło 5. Wyszła główka, B. mówi „dotknij główkę”, dotykam. Dostaję powera i za kolejnym partym wychodzi reszta ciałka Dominisi… Słyszę płacz, sama płaczę… ze szczęścia… z ulgi że juz po wszystkim. Zawijają małą w kokon i dają mi, przytulam ją i płaczę, śmieję się i znowu płaczę… Nawet nie boli jak B. mnie zszywa. Mam w ramionach swoją ukochaną upragnioną córeczkę – to się teraz tylko liczy!

    Zawożą nas na salę, przystawiam małą do cyca. Pięknie ssie i obie zasypiamy…
    Ważyła 4100g i miała 58cm. Przy moim wzroście (160cm) i filigranowej figurze (sprzed ciąży ;)) to możecie sobie wyobrazić, jaki to klocuszek musiałam wypchnąć. Adaś też miał ponad 4kg, ale Domi go ciut przebiła. Taka moja natura chyba do rodzenia dużych dzieci hihi.

    No i szpital. Spędzilismy tam aż 11 dni, bo okazało się, że w posiewie moczu wyszła bakteria e-coli i Mała dostawała antybiotyk. Troszkę miałam doła, jak patrzyłam na wkłuty welflon w takiej malutkiej rączce. Potem go jeszcze przekłuwali do drugiej rączki, i do nózek, bo się robiły skrzepiki krwi i się zapychał. Wolałabym sama cierpieć, żeby Małej tak nie kłuli, ale nie było wyjścia…

    Żeby nie było za mało atrakcji to w czasie kiedy byłam w szpitalu, mój synek Adaś bardzo sie rozchorował. Była to jego pierwsza choroba w życiu, nie licząc małych przeziębień. Nic nie jadł, nie miał siły stać na nogach, wymiotował. Prawie znalazł się w szpitalu pod kroplówką. Wizyty u tzrch lekarzy. Teściowa dzielnie się nim opiekowała. Ja ryczałam w szpitalu że nic nie mogę zrobić, że nie moge go przytulić… Miałam zakaz kontaktu z nim, żeby choroba nie przeszła na Małą. Wszytko to okazło się jakimś wirusem, który rozwijał się wewnątrz organizmu. To co mąż i teściowie przeszli z Adasiem w domu, a ja telepatycznie w szpitalu, to długa historia…

    Dominika jest ogólnie spokojnym dzieckiem, zupełnie inna niż Adaś jak był mały. Owszem, kłopoty z kupkami, gazami i spaniem są dosyc częśto ostatnio, ale wszystko jest do przezycia…

    Jednym słowem: było warto !!!

    A jesli ktoś miałby ochotę na fotki to zapraszam na NK 🙂

    #2576080

    pasiasta

    Dzielna jesteś, ze sama przebrnęłaś przez poród. Gratuluję:Hura!:
    A dzieci masz słodkie:Hyhy:



    #2576081

    fresz

    Gratuluję…!!!!! Byłaś dzielna i to się liczy !!!!! Pieknie to opisałaś, aż się łezka w oku kręci !!!:):):):)

    #2576082

    dorcia84

    GRATULUJĘ!!!:Hura!::Hura!::Hura!:

    #2576083

    Anonim

    Pięknie przeprowadziłaś Dominisię przez trudy porodu:)))

    Gratulacje i niech Ci się Maluchy zdrowo chowają:))

    #2576084

    jane

    Sliczna malenka 🙂

    A tak apropos choroby starszaka podczas porodu mamy to tez to przeszlam jak rodzilam Martinke. Malgosia miala ponad 39 stopni goraczki i maz na glowie stawal i jeszcze do porodu na dwie godziny przyjechal. I nic mi nie powiedzial, ze z M. tak kiepsciutko bylo.

Postów wyświetlanych: 6 - od 1 do 6 (wszystkich: 6)


Forum ‘Wszystko o porodzie’ jest zamknięte dla nowych tematów i odpowiedzi.

Close