Jak Kubuś się rodził:-))

Postów wyświetlanych: 15 - od 1 do 15 (wszystkich: 16)
  • Autor
    Wpisy
  • #10682

    kajak

    Tak…chyba czas najwyższy to wydarzenie opisać. Zbierałam się długo, bo i usiedzieć długo nie mogłam, a co najważniejsze, Kubek nadal jest w szpitalu – więc czasu i nastroju nie było.
    Zaczęło się od tego, że 21 listopada (termin na 22.11) poszłam do mojego „fantastycznego” pana doktora, który stwierdził, że mam paskudne obrzęki i wypisał mi skierowanie do szpitala, podejrzewając zatrucie ciążowe (chociaż nigdy nie miałam nawet podwyższonego ciśnienia, nie mówiąc o białku w moczu! a obrzęki ma chyba co druga kobieta w ciąży!) Powiedział mi również, że wcale to nie oznacza, że muszę zostać w szpitalu aż do porodu (hehe). Wyszłam od niego i prawie się poryczałam. Wiadomo, że każda z nas chciałaby trafić do szpitala dopiero gdy nadejdzie czas porodu, ale cóż… Zrobiłam zakupy, spakowałam się i następnego dnia rano, w dniu porodu wg OM, zgłosiłam się na izbę przyjęć. Mój Adam był ze mną cały czas podczas badania i dopiero na oddziale go wygonili . Trafiłam na b.fajne kobietki na sali, ale samo to , że muszę być w szpitalu działało na mnie przygnębiająco. Dostałam dietę ryżową i po 2 dniach było mnie mniej o 5 kg! I w końcu zobaczyłam swoje kostki! Przyjmował mnie na oddział przesympatyczny Pan Doktor, którego uwielbiam i w którym się od razu zakochałam (nie tylko dlatego że jest wyjątkowo przystojny:-)). Stwierdził że mam rozwarcie na 1.5 palca, czyli żadne, ktg nic nie wykazywało, więc leżałam tak sobie… Atmosfera w szpitalu – super! Nawet do tego ryżu się przyzwyczaiłam.
    27 listopada rano zauważyłam, że jakby śluz mi się zmienił, ale oprócz tego cisza, zero skurczy. O 10.00 był obchód i pan ordynator (trzęsący całym oddziałem, ale świetny lekarz) zdecydował że zrobi mi ok. 13 usg. Czekałam na to usg wyjątkowo spokojnie, obiadek zjadłam i poszłam. Wyszłam na miękkich nogach, bo decyzja orynatora brzmiała – na porodówkę. Okazało się, że łożysko się starzeje i według usg to już leci 42 tydzień ciąży! Cudowne panie połozne podpieły mnie do ktg, które wykazywały b. mizerne skurcze (ja ich w ogóle nie czułam). W między czasie mnie ogoliły, nawet nie wiem kiedy :-). Zrobiły mi lewatywę, którą bardzo sympatycznie wspominam – poczułam się jakbym miała kilka kg mniej! i kazały mi chodzić, żeby coś się zaczęlo dziać. Mój organizm był bardzo uparty – nic się nie działo, jakieś takie minimalne pobolewania. Po 2 godzinach chodzenia zaczął mnie boleć kręgosłup i nogi, chciałam się połozyć, tak mnie to chodzenie zmęczyło. Położna wzięła mnie na salę i powiedziała, że mi pomoże i zrobi masaż szyjki. Znając opowieści innych kobiet nastawiłam się na ból okropny i …..nic mnie nie bolało! Masaż szyjki poczułam chyba dopiero podczas właściwego porodu przy trzech palcach. Podobno mam wysoki próg odporności na ból, fajnie…:-)
    O 19.30 zmieniła się położna. Byłam już w sali do porodów rodzinnych, na razie sama, bo nie było wiadomo czy coś z tego będzie. Położna wzięła mnie na łóżko, zaczęła badać i w tym momencie odeszły mi wody. W ogólne tego bym nie poczuła gdyby nie zrobiło się mokro pode mną. Strasznie dziwne uczucie. Wiadomo było że coś zaczyna się dziać. Zadzwniłam po Adama. Położna obiecała mi że w związku z tym, że skurczy nie widać zrobi wszystko żebym jak najszybciej dostała kroplówkę. Ordynator był na oddziale, więc miał głos, a znany jest z tego że niechętnie zgadza się na oksytocynę, bo wszystko mam być naturalnie (spróbowałby sam urodzić!). Ale przyszedł sam do mnie i SPYTAŁ się czy chcę kroplówkę. Oczywiście że chciałam! Podłączyli mnie do kroplówki i ktg. Przyjechał Adam. I czekaliśmy…. Coś tam czułam, ale niewiele. dostałam czopek na szybsze rozwieranie szyjki, potem zastrzyk, potem jakiś dopalacz do kroplówki. No i w końcu zaczęło boleć  Muszę to napisać – Nobla temu kto wymyślił piłkę! Przeskakałam cały poród i dzięki temu nie było tak strasznie. Dwa razy dałam się położyć na łożko do badania, wtedy troche bolało, a potem to nawet bardzo, ale ratowała mnie myśl że zaraz zejdę i będę skakać. Skurcze były już bardzo bolesne, ale dzięki piłce i oddychaniu dało się przezyć (dziewczyny nie krzyczcie tylko oddychajcie! bardziej pomaga:-)) Czas mijał błyskawicznie. O 24 przyszła położna i powiedziała (bardziej wykończonemu masażem moich pleców Adamowi niż mi) że do 2.00 powinno być po wszystkim. Skakałam dalej i cały czas nastawiałam się na jeszcze większy ból, ale bardziej już nie bolało. Po ok. pół godzinie przyszła położna i stwierdziła że jest pełne rozwarcie i że mogę rodzić! nie mogłam uwierzyć!
    Przyszedł pan doktor (ten sam który mnie przyjmował na oddział), pediatra, położne ubrały gumowe fartuszki i zaczęłam przeć! Trochę to męczące, prawda, ale dostaje się jakieś takiej niesamowitej siły, nie wiadomo skąd, bo przecież człowiek jest już padnięty… Adam mówi że podczas parcia robiłam się fioletowa, żyły mi wychodziły i wyglądałam….hmm..inaczej niż zwykle. Mój kochany:-)) pan doktor dopingował mnie, pomagał wychodzić Kubie naciskają na brzuch i cały czas powtarzał: bierzemy wdech, zamykamy oczy i przemy! dzięki czemu żadne naczynko w oku mi nie pękło. Położna także mnie mobilizowała, najciszej zachowywał się Adam, parł chyba razem ze mną i jak póżniej powiedział, punktem kulminacyjnym było przepiękne nacięcie wykonane przez położną, po którym zrobiło mu się nieco słabo. A potem nastąpił najsmutniejszy moment porodu, bo Kubuś wyskoczył i…wszyscy zamilkli. Adam był blady jak ściana, nikt mi nie chciał nic powiedzieć, powtarzali tylko żebym była spokojna (jak miałam to zrobić?). Kubek zaczął kwilić ale nie dostałam go od razu. Podobo był siny, no i największe “wrażenie” robiła przepuklina.
    Pokazali mi go na chwilę i Adam z pediatrą (również wspaniały człowiek) poszli go mierzyć i ważyć, a ja nie wiedziałam o co chodzi. Urodziłam łożysko, dostałam podwójne znieczulenie i pan doktor sprawdzał czy nic w środu nie zostało. Nie bolało ani trochę. W międzyczasie opowiadał mi że przepuklina to nic stasznego, że to operacja typu w wrostek. Uspokoił mnie trochę. W ogóle był fantastczny, żartował ze mną, “wypominał” mi że już drugaą paczkę nici na mnie zużywa i zszył mnie po mistrzowsku (po dwóch tygodniach prawie nie widać że byłam nacinana).
    A potem zostawili mnie samą, ale było to bardzo przyjemne, bo potrzebowałam odpoczynku. Po 30 min. przyszedł pediatra i próbował mi wytłumaczyć co się stało. Okazało się, że Kubuś urodził się z ogromną przepukliną mosznową, był trochę niedotleniony, są jakieś problemy z serduszkiem. Kuba dostał 6 punktów, w 5 minucie 8. Mało rozumiałam z tego co do mnie mówił lekarz, Adam stał obok, ale minę miał nie najciekawszą. Byłam strasznie zmęczona i dociarało do mnie wszystko jak przez mgłę. Póżniej Adam przyszedł z Kubusiem, probowałam go przystawić do piersi, ale mleczka nie było, więc usnał sobie przy cycku i dla mnie to były najpiękniesze chwile. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że na następna taką będę musiała czekać prawie 2 tygodnie.
    Rano dowiedziałam się, że mały będzie przewieziony ok. 13 do Opola na odział intensywnej terapii dla dzieci. Nie muszę chyba pisać że ryczałam jak bóbr. przyszedł Adam, moja mama, Adama mama. Nikt nie mógł uwierzyć. Pani ordynator z noworodków (kolejny wspaniały człowiek w szpitalu) próbowała mi tłumaczyć co z Kuba się dzieje. Wiadomo przepuklina, tylko taka która się rzadko zdarza (chodzi o rozmiar), poza tym otwarty przewód w serduszku, który powinien się zamknąć lub chociaż domknąć po porodzie, do tego dziwne ułożenie dłoni i drganie rączki. O 13 przyjechała specjalna karetka dla noworodków i go zabrali. Ja wypisałam się na następny dzień, bo nie wyobrażałam sobie jak mogłabym, po pierwsze nie być koło dziecka, po po drugie zostać na oddziale, gdzie wiadomo, szczęsliwe matki z dziećmi…. i krwawiąca i boląca opuściłam szpital. I prawie od razu pojechaliśmy do Opola. Boże! Mój 4 i pół kilowy Kuba wyglądał na oddziale jak monstrum. Tam leżą głównie wcześniaki, maleństwa takie, że serce się kroi.
    Jutro mijają dwa tygodnie od czasu kiedy się urodził i znalazł w Opolu. W tym czasie podejrzewano i badano go chyba w każdym kierunku. Przepuklina okazała się najmniejszym problemem, będą ją operować dopiero gdy wszystko inne się wyjaśni. Okazuje się np.. że Kuba ma wrodzone zapalenie płuc (wrodzone, bo ujawnia się do 7 dni po porodzie), zmętnienie żrenic, które już mu mija i które leczy się po prostu kropelkami, kardiolog był już u niego kilka razy, jutro tez będzie, ale okazuje się że ten przewód u niektórych dzieci może się domknąć nawet do roku. Nie podobało im się również że dziecko jest za spokojne, wręcz apatyczne. Na szczęście zaczyna być bardziej aktywny, otwiera oczka, wiec być może ten spokój był spowodowany po prostu chorobą. Rączke ma nadal dziwnie ułożoną, ale to jest sprawa raczej odpowiednich ćwiczeń (mam nadzieję). W poniedziałek jeszcze jedziemy zawieźć jego krew na badania DNA, jak mówi lekarz – bardziej żeby wykluczyć niż coś potwierdzić. Miał też badany mocz w Warszawie w kierunku chorób metabolicznych, ale to też raczej nie wchodzi w grę. Obserwują go i obserwują. A my czekamy….
    Chyba nie chcę opisywać jak się czuję, i chyba nie muszę, bo to dla matki straszne uczucie, kiedy nie może być przy swoim dziecku.
    Ale dowiedziałam się też kilku rzeczy: że np. wyświechtane zdanie, że nie ważna płeć, byle zdrowe było, jest najmądrzejszym zdaniem na świecie, ale docenia się je dopiero w takich przypadkach., poza tym okazuje się że miłość do dziecka to niezwykła sprawa. Ja nie mogę się przyzyczaic do myśli że tego brzdąca urodziłam, wiem że jest mój, ale nie mogęę tego w pełni poczuć przez ten szpital. Ale mimo tego kocham go strasznie, za nic, za to że jest i nie przestane nawet gdyby okazało się (OPUKAĆ) że trzeba będzie się nim opiekować przez całe życie i że nie będzie najzdrowszym dzieckiem na świecie. Ale to już czarny scenariusz. Mam nadzieję że to wszystko minie i będziemy to kiedyś wspominać, może nie z uśmiechem, ale ze spokojem, że się nie sprawdziło. I dużo mogę jeszcze przejść dla tego maleńkieko człoweczka, żeby mu się żyło jak najlepiej:-)

    ps. jednak zamieszczam te moje wywody:-)) chcialam jeszcze napisac, ze personel w szpitalu byl na najwyzszym poziomie. nikomu nic nie musialam placic, ani w inny sposob sie przypodobac. z zadna polozna ani lekarzem sie nie umawialam a uwazam ze trafil mi sie najlepszy zespol pod sloncem. miedzy innymi dlatego z porodu mam jak najlepsze wspomnienia i nie wytworzyl mi sie zaden uraz, np. na przyszlosc :-))

    Marta i Kubuś ur. 27.11.02

    #171242

    kajda

    Re: Jak Kubuś się rodził:-))

    Ale jestes dzielna! Przykro mi, ze maluszka jeszcze nie masz przy sobie… Ale pamietaj o tym, ze jest pod dobra opieka i badz dobrej mysli! I sama tez postaraj sie wypoczac dopóki mozesz. Bedzie Ci pewnie potrzeba duzo energii gdy juz bedzie w domu… Trzymam kciuki za Was oboje.

    Pozdrawiam

    Kasia+1
    termin: 8.01.2003



    #171243

    brebis

    Re: Jak Kubuś się rodził:-))

    Kajaczku, trzymam za Ciebie i za Kubusia wszystkie kciuki! 🙂
    Jestes silna kobitka i to widac po Twoim synku, tyle przeszedl i jest z nim ciagle lepiej.

    Pozdrawiam,
    Kasia (termin na 4 lipca 🙂 )

    #171244

    ejva

    Re: Jak Kubuś się rodził:-))

    wzruszyłam się ogromnie:))
    Trzymam mocno kciuki za Waszego synka.. na pewno będzie ok i życzę Wam tego oby jak najszybciej był z Wami
    buziaki

    Ewa i Julia:)
    termin: 29.03.03

    #171245

    ksantia

    Re: Jak Kubuś się rodził:-))

    Trzymam mocno kciuki za Kubusia.
    Jesteś dzielną mamusią i sama zobaczysz że wszystko będzie dobrze, potem wspominać to będziesz jak zły sen.
    Trzymajcie się cieplutko w temroźne dni.

    Pozdrowienia
    Ksantia i 34tyg. syneczek

    #171246

    joanka-b

    Re: Jak Kubuś się rodził:-))

    Kajaczku,
    gratuluje bardzo Tobie i dzielnemu Adamowi. Trzymajcie się ciepło i wierzcie, że bedzie wszystko dobrze. Wiara i miłość czynią cuda, więc głowa do góry,
    pozdrawiam

    Asia z Zuzką (18.11.2002)



    #171247

    kura-plemienna

    Re: Jak Kubuś się rodził:-))

    Martuniu, zuch dziewczyna z ciebie. Ucałuj ode mnie Kubusia w środek brzusia. Na pewno wszystko będzie dobrze :))))

    Buziaki Anka i Basia {39 tydzień} co waży już ponad 3,5 kg

    #171248

    jagoda

    Re: Jak Kubuś się rodził:-))

    Ale się wzruszyłam !!!!. Mam nadzieję, że niedługo będzie z wami w domku życzę wam tego z całego serca. Trzymajcie się mocno.

    Gosia mama dwójki rozrabiaków

    #171249

    dorotka1

    Re: Jak Kubuś się rodził:-))

    Marta,
    Pieknie to opisalas. Czuje sie Twoja dojrzalosc i milosc do Kuby. Zycze Ci duzo odpornosci, wytrwalosci i nadziei. A my bedziemy trzymac kciuki i sie modlic.

    Dorotka i Chłopczyk (2.03.2003)

    #171250

    dorota27

    Re: Jak Kubuś się rodził:-))

    trzymam za was kciuki i sie modle…….wszystko bedzie dobrze…musi……
    pozd



    #171251

    renia

    Re: Jak Kubuś się rodził:-))

    Gratulacje dla dzielnej mamusi. Duzo przeszlas, mam nadzieje, ze teraz bedzie tylko lepiej.


    Renia
    mama Asi (3 latka) i Ani (roczek i miesiac)

    #171252

    zula

    Re: Jak Kubuś się rodził:-))

    marta, dziękuję Ci za tak piękną relację… pod koniec płakałam jak bóbr… jestem jednak dobrej myśli i wierzę, że po tych wszystkich przejściach wasz synek będzie najszczęśliwszym i najcudowniejszym dzieciaczkiem na świecie…. trzymam za to mocno kciuki!!!

    Ania i Wiktorek (termin 25 grudzień 2002)



    #171253

    smoki

    Martus!

    Dawidek też się podobnie urodził.
    Był zdrowiutkim dzieckiem ale konowały przy porodzie dały mu się przydusić bo KTG sie popsuło…..
    Miał 5 punktów a w 7 i 10 minucie 7 punktów
    Nie płakał… był siny….
    Mnie niestety nie dali maleństwa przytulić ani nawet dotknąć….. Następnego dnia dostał drgawek i został przewieziony na neonatologię………
    Tam lekarze wprowadzili go w stan śpiączki żeby mózg mogł się regenerowac a ja po raz pierwszy (3 dnia) mogłam dotknąć moje dziecko…. Przez 6 dni Dawidek karmiony był kroplówką a ja patrzyłam na kolejne wkłucia (raczka, nóżka, główka…….) Cieszyliśmy się jak po raz pierwszy otworzył oczka …….. Niestety po tygodniu przyplątała się gorączka. Gronkowiec w płynie mózgowo-rdzeniowym. Dostał się tam prawdopodobnie przy jakiejś nie fachowej punkcji……
    Mijał dzień za dniem aż wreszcie 23 dnia wypisano Dawidka do domu!!! Nie był spokojnym dzieckiem i nie jest do teraz. Wyjące monitory, alarmy i ostre światło oddziału zrobiły swoje…
    Ma a wysokie napięcie mięśniowe i lekarze co wizyta straszą nas czymś nowym. Ale walczymy o niego. Rehabilitujemy go i jest dobrze. Facet rozwija sie swietnie i mam nadzieję, że z Kubusiem będzie tak samo.

    Jezeli mogę Ci jakoś pomóc. Masz jakieś pytania to napisz na priv.

    Pozdrowienia
    smoki i Dawidek
    (3 miesiące i 1/4!)

    #171254

    kiuik

    Re: Jak Kubuś się rodził:-))

    martus – trzymam za was kciuki b mocno, trzeba wierzyc ze bedzie dobrze..
    a tak wogole – madra, dobra i wrazliwa kobietka z ciebie…
    buziaki

    pozdrawiamy serdecznie
    kasia i 29-tyg chlopaczek

    #171255

    helga

    Re: Jak Kubuś się rodził:-))

    Na sto tysięcy stów wszystko będzie dobrze! Jesteś strasznie dzielna i ja bbardzo mocno trzymam za Was kciuki. Jestem pewna, że jak tylko Kuba wróci do domu to od razu zacznie lepiej funkcjonować. Trzymajcie się! Pozdrawiam i gratuluję!

Postów wyświetlanych: 15 - od 1 do 15 (wszystkich: 16)


Forum ‘Wszystko o porodzie’ jest zamknięte dla nowych tematów i odpowiedzi.

Close