Jak na świat przyszedł Juliusz

Postów wyświetlanych: 2 - od 1 do 2 (wszystkich: 2)
  • Autor
    Wpisy
  • #21990

    pora

    Juliuszek usnął, teściowa gotuje obiad, mam chwilę aby opisać swój poród.

    13.07.2003 godz. ok. 17:30

    Od tygodnia miałam rozwarcie na ok. 3 cm i praktycznie każdego dnia myślałam, że to już dzisiaj, a tu nic się nie dzieje. Postanowiliśmy więc jechać na KTG do szpitala w Czeladzi w celach czysto kontrolnych. Niby niedzielne popołudnie (wiadomo jak to jest w niedzielę w szpitalach), a nas przyjęto z pełną życzliwością. Przesympatyczna położna stwierdziła, że zaraz sprawdzimy co słychać u malucha, a potem zbada mnie lekarz, by sprawdzić czy wszystko w porządku. Z zapisu wynikło, że z maluszkiem wszystko w porządku, ale skurczy nawet jak na lekarstwo. Trudno, pewnie przyjdzie mi jeszcze długo czekać. Jednak na badaniu lekarskim okazało się, że mam rozwarcie na 4 cm i główka jest już tak nisko położona, że widać pęcherz płodowy. Lekarz uparł się, że w tej sytuacji powinnam zostać w szpitalu, ale udało mi się wynegocjować jeszcze jedną noc w domu!

    14.07.2003 godz. 8:00

    No to wylądowałam w szpitalu. Na dzień dobry podpięli mnie do KTG, skurczy jak nie było tak niema. Na badaniu lekarskim okazało się, że główka się troszkę cofnęła i już nie widać pęcherza. Rozwarcie bez zmian szyjka zupełnie wygładzona. Zalecenie lekarzy to dużo chodzić i skakać sobie na piłce. Biegałam więc po szpitalnych schodach, a co dowcipniejsi pacjenci proponowali mi windę jako alternatywne i mniej męczące rozwiązanie.

    15.07.2003

    Bez zmian. Schody, schody, schody…
    Skurcze przybywajcie!
    Wieczorem mam robione USG, z którego wynika, że będzie chłopak (to wiedziałam) 4 kg żywej wagi, nie okręcony pępowiną i pływający w prawidłowej ilości wód płodowych.

    16.07.2003

    godz. 8:00
    Zapis KTG jakby się uparł i nie wykazywał wciąż skurczy.

    godz. 9:15
    Na badaniu lekarz stwierdził, że rozwarcie postępuje. Stan na dziś to 5 cm i wygładzona szyjka. Zapada decyzja – kroplówka.
    No to się zaczyna! Telefon do męża – słuchaj Kochanie będziemy rodzić, przyjeżdżaj!
    Potem lewatywa, kąpiel i na porodówkę.

    godz. 10:45
    No to z kroplówką w „garści” wylądowałam na łóżku porodowym, obok dzielnie stoi i czeka mój Szanowny Małżonek, a tu nic. KTG pokazuje kolejne skurcze, a ja nic nie czuję. Położna „podkręca” kroplówę, a ja w dalszym ciągu bez bólu znoszę kolejny mega skurcz.

    godz. 13:00
    Jak się okazuje, by były efekty musi boleć. Mnie nie bolało więc badanie nie wykazało żadnych zmian. Rozwarcie dalej na 5 cm. Pani doktor podjęła decyzję o odłączeniu kroplówki o 16:00 gdyby w dalszym ciągu nic się nie działo. No i nie działo się, aż….

    godz. 15:45
    Poznałam co to znaczy bolesny skurcz. I kolejny. Szanowny Małżonek wzruszył się moim cierpieniem.

    godz. 16:00
    Kontrolne badanie. I jest! Rozwarcie na 6 cm. Zmniejszamy dawkę oksytocyny. Będziemy się opierać na skurczach własnych. Na jakich skurczach własnych? Wraz ze zmniejszeniem siły rażenia kroplówki, zmniejszają się skurcze.

    godz. 18:00
    Decyzja o przerwaniu kroplówki. Myślałam, że wszystkich pogryzę. Jak to, to ja dziś nie urodzę? Jak można się tak pastwić nad człowiekiem cały dzień, a później taki numer? To dla Pani dobra. Jest pani bardzo zmęczona, a jeszcze musi pani urodzić dziecko. Proszę się przespać jutro zaczniemy od nowa. Niech to licho! Zwlekłam się z łóżka porodowego z bardzo nieszczęśliwą miną i bez najmniejszego skurczu.

    17.07.2003

    godz. około 2:00
    Budzą mnie skurcze. Gdy tak leżałam i zastanawiałam się czy to oksytocyna sprawiła, czy też nie, zaczęłam zauważać w nich pewną regularność.

    godz. 3:12
    Zaczynam monitorować częstotliwość skurczy, są dokładnie co 7 minut.

    godz. 4:00
    Budzę położną. Na KTG w końcu widać skurcze. Trochę straciły na regularności, ale są i to moje własne! Zalecenie: kąpiel i jeszcze trochę odpoczynku.

    godz. 5:30
    Położna przyszła po mnie na zapis KTG. Skurcze wciąż co 7 minut zaczynają być coraz bardziej bolesne. Prysznic i spacery przynoszą ulgę.

    godz. 7:15
    Przyjeżdża Szanowny Małżonek i już niedługo Szczęśliwy Tata. Idziemy pokiwać się trochę na piłce.

    godz. 8:00
    Położna ulokowała mnie na łóżku porodowym i zabrała się do badania. W końcu stwierdziła – no to co rodzimy? Ano rodzimy! No to proszę mnie zawołać jak będzie skurcz.

    godz. 8:10
    Siostro skurcz! Położna coś pomajstrowała i „pękł” pęcherz płodowy. No to teraz zaczęła się prawdziwa akcja. Skurcze początkowo bardzo bolesne później zaczęły zanikać. Pojawiły się skurcze parte. Przyszła Pani doktor(mimo, że skończył jej się już dyżur), która dzień wcześniej zarządziła odłączenie kroplówki i pomagała mi przeć przyciskając moją nogę do brzucha. Położna też pomagała jak mogła. Szanowny Małżonek miał za zadanie przyciskać moją głowę do piersi podczas parcia. Czułam, że wszystkim zależy bym jak najszybciej urodziła mojego szkraba. Nagle porodówka wypełniła się lekarzami (właśnie był obchód), a ja po trzeciej serii parcia o 9:15 wypchnęłam na świat mojego wspaniałego synka! Ten kawał chłopa – 3900 wagi i 57 cm długi został mi po chwili położony na brzuchu. Takie maleństwo niewiarygodne, od razu wiedział co się robi z cycem. Po kilku minutach zabrano dzieciaczka do badania, a świeżo upieczony tatuś podreptał pilnować swojego skarbu.
    Ja już tylko bezboleśnie urodziłam całe łożysko, a Pani doktor zabrała się za szycie. To był mało przyjemny zabieg, tym bardziej, że miałam dość duże nacięcie i mało tego okazało się, że maluszek zahaczył mnie barkiem (ogromny chłop główka 36 cm i potężne barki) i dodatkowo trochę rozerwał. Później dostałam Juliuszka na dłużej i tak sobie byliśmy na tej porodówce wszyscy w trójkę bardzo szczęśliwi!

    To tyle opisu porodu.
    Potem było trochę kłopotów z Julkową żółtaczką. Przez ponad tydzień byłam mamą na ćwierć etatu, bo przywozili mi go tylko do karmienia.
    Na szczęście jesteśmy już w domku i przed nami tylko same radosne chwile.

    Byłam w szpitalu dokładnie dwa tygodnie i miałam okazję poznać wszystkie położne i pielęgniarki noworodkowe. Cudowne kobiety, cały czas służyły radą i pomocą. Dziękuję im za to z całego serca.

    Ada i Juliuszek 17.07.2003

    #301259

    Anonim

    Re: Jak na świat przyszedł Juliusz

    Gratuluję SYnka:)

    A Twój opis czyta się jak dziennik z podróży:) bo to była najcudowniejsza podróż w życiu Juliuszka:)

    Aba i prawdopodobnie Jaś 🙂 (27.10.03)

Postów wyświetlanych: 2 - od 1 do 2 (wszystkich: 2)


Forum ‘Wszystko o porodzie’ jest zamknięte dla nowych tematów i odpowiedzi.

Close