Jak przyszedl na swiat Adas… (dlugie)

Postów wyświetlanych: 15 - od 1 do 15 (wszystkich: 16)
  • Autor
    Wpisy
  • #59537

    kantalupa

    … a po krotce to po prostu szybko. To byla niedziela, 12.grudnia, dzien moich wlasnych urodzin, zatem tysiac powodow, zeby wylegiwac sie w lozku. Tak sobie leazalam i zastanawialam sie nad tym i owym, glownie nad data porodu (termin 29) i jak bardzo juz chcialabym miec Adasia ze soba. Dwa dni wczesniej mielismy pierwsze ktg, przez 30 minut trzy regularne, ale bardzo plyciutkie skurczybyki, wiec szanse na szybkie rozwiazanie zadne. Wiec tak lezalam i myslalam, maz w kuchni parzyl kawe i gotowal dla mnie kakao, kiedy nagle uslyszalam dziwne „pyk” dochodzace z okolic mojej miednicy. Rozne dziwne rzeczy juz sie dzialy wczesniej, bole krocza, miednicy, stawiajacy sie brzuszek, wiec za bardzo sie nie przejelam, choc przyszlo mi do glowy, ze kolezanka opowiadajac o swoim porodzie, wspominala takie wlasnie pyk i odejscie wod. No ale mnie w koncu nic nie odchodzilo…
    Z westchnieniem rozczarowania podnioslam swoje biedne ciezarne czlonki. Poczlapalam do meza, powiedzialam mu, ze byloby milo, gdyby Adas urodzil sie wlasnie dzisiaj, ale z drugiej strony wolalabym nie, bo tak obstawiala moja mama, a “ona ma zawsze racje” I to bylby kolejny na to dowod…
    A skoro juz wylazlam z lozeczka, udalam sie do lazienki na poranny ceremonial, gdzie pierwsza rzecza po spoczeciu na tronie byl… wodospad z Adasiowego domku. Bardzo mnie zadziwilo cisnienie owego wodospadu, a bedac chyba lekko oszolomiona, zaczelam zastanawiac sie wlsnie nad tym faktem. Usadzona na tronie, z mina myslicielki rozwazalam wszelkie mozliwosci… Juz, juz mialam dojsc do konstruktywnych wnioskow-cos o grawitacji chyba-kiedy z owego myslowego wedrowania wyrwala mnie druga fala odchodzacych wod… No, czas dzialac…
    Bez paniki, tak mi sie przynajmniej wydaje, przekazalam wiadomosc mezowi i nakazalam mu natychmiast dzwonic do naszej umowionej gin, ktora miala odebrac porod. Ja natomiast grzecznie wzielam prysznic, umylam wlosy, bo przeciez dziecko przestraszyloby sie takiej szczotki! i z regularnie ciurkajacymi wodami zaczelam pakowac torbe. Zrobilismy jeszcze tysiac zdjec mojego brzucha, rozpakowalam swoje prezenty urodzinowe i w koncu zebralismy sie do kupy i popelzlismy do szpitala.
    Ciut wstyd, bo pani doktor byla tam przed nami…
    Ktg wykazalo skurcze, choc wcale dla mnie nie bolesne, badanie pokazalo brak szyjki. Ale zadnego rozwarcia. A jako ze byla niedziela, pani doktor uznala, ze trzeba by najpierw zjesc obiad, po czym wyslala mojego meza do domku, mnie na lewatywke, sama zas rozplynela sie jak kamfora gdzies na terenie poteznego szpitala.
    A bylo juz po 14.00…
    Lewatywka do przyjemnych nie nalezy, oczywiscie pozostawiono mi wybor, zgodzilam sie i wcale nie zaluje. Po niej poczulam sie jak nowonarodzona i lekka jak piorko!
    Okolo 15 zaczelo mnie troszke pobolewac, probowalam mierzyc regularnosc skuczybyczkow, ale jakos mi to nie wychodzilo. W kazdym razie byly juz na tyle bolesne, ze musialam zmieniac pozycje co jakis czas. Probowalam przy tym czytac ksiazke i rozmawiac z pania polozna (ani slowa po anielsku, wiec wiecej w tym bylo machania rekami i nogami, niz rozmowy, ale w koncu efekt sie liczy…), troszke przespacerowalam sie po porodowce, ale wciaz ciekly ze mnie wody, wiec nie oddalalam sie zbyt daleko od mojego krzeselka.
    Nagle w okolicach 16 pojawia sie pani doktor, moj maz i pierwsze naprawde bolesne skurcze—jakos tak wszystko na raz. Pewnie dostalam wczesniej jakas tabletke na rozluznienie, bo od tego momentu szczegoly mojego porodu jakos sie zamazuja… Pani doktor uznaje, ze mamy juz 4, krotko potem 6 cm rozwarcia. Odziewaja mnie w ubozuchna koszulinke szpitalna i wrzucaja na lozeczko… Dostaje kroploweczke z glukoza i pani doktor zarzadza podanie oksytocyny. KTG caly czas odmierza rytm Adasiowego serduszka, a ja wpatrzona w sile skurczybykow i cale wielkie Tatrzanskie szczyty jakie sie rysuja na wydruku probuje oddychac jak mi pokazuja i instruuje meza, gdzie ma stac, „nie ruszaj mi sie zza mojej glowy, rozumiesz?” Skurcze sa coraz czestsze, trwaja okolo minuty, pomiedzy nimi juz nie pamietam bolu, nawet przysypiam ze zmeczenia a moze z odurzenia srodkami, ktore sacza sie przez kroplowke…
    Poczatkowo w tle leci jakas muzyka, pani doktor na zmiane z polozna, o, rany, dwiema (skad u licha wziela sie ta druga), co chwile zagladaja mi w podwozie. Malzonek dzielnie masuje mi plecy, ale jakos mi sie ten masaz nie podoba, wiec przeciagam go na druga strone lozka i sciskam jego biedna reke… I paplam mu bez sensu”prosze, nie pozwol mi na uprawianie jakichs oper tutaj, ani nawet Celine Dion, zebym tylko nie jeczala…” Biedny maz, nie dosc, ze caly w stresie, jeszcze do tego obciazony moimi chorymi obawami o blamaz—bo ja przeciez taka dzielna, ze nie pisne…
    Nie pamietam, jak dlugo to trwa, z moich wyliczen wynika, ze okolo godziny. Te przyciemnione swiatla w Sali, muzyka gdzies zza mojej glowy, obraz poloznych i pani doktor, ktore stoja oparte o rzad szafek, moj maz, ktorego musze sila odciagac od zagladania “tam” i aparat ktg wprost przed moim nosem-stukajace serduszko synka slyszalne w calej sali…
    Czuje, ze musze przec…
    Nagle widze ruch w okolicach Adasiowego wyjscia na swiat, pani gin przewraca mnie wprawnie na plecy, zapalaja sie swiatla nad samym lozkiem, “o, rany,” mysle, “moje krocze jak piosenkarz na scenie oswietlone punktowym swiatlem…” I dostrzegam takze, ze moj ciekawski maz zaglada razem z personelem, ale nawet nie mam sily protestowac, jakos mi sie nie chce…
    Slysze, ze widza juz glowke i pre jak wariatka. Pani gin przygina moje nogi do brzucha i dyryguje parciem. “Nie bede cie nacinala,” mowi, “nie widze potrzeby.” A ja mysle sobie—“teraz” i nadludzka sila pre dalej.
    Kiedy czuje nagla ulge, zaczynam sie zastanawiac, co sie dzieje, czy wszystko w porzadku z Adasiem. Podnosze glowe I widze maly zwiniety toboleczek pomiedzy moimi nogami. Toboleczek lezy przez ulamek sekundy spokojnie, potem zaczyna rozprostowywac malenkie nozki i raczki… Moj maz stoi jak urzeczony nad tym zjawiskiem i widze, ze nie pojmuje tego, co sie wlasnie stalo… Dostaje Adaska na brzuch, sama zdziwona pytam, “I co, to wszystko???” czym wprawiam w oslupienie pania doktor i polozne.
    Nie slysze odpowiedzi, zamiast tego pani doktor dyktuje czas narodzin-18.26… moment przeciecia pepowiny…
    Za chwile Adas zniknie w objeciach poloznej, poloza go na stole na przeciwko, umyja, zmierza, zwaza. Czuje sie troche opuszczona, maz asystuje przy myciu i od tej pory bede widziala juz tylko jego plecy pochylone nad Adamem. “50 centymetrow, 2600g, 8 punktow w pierwszej minucie, 9 w drugiej.” “Malenstwo” mysle sobie… Tymaczasem pani gin pomaga przy urodzeniu lozyska i zaklada dwa skromne szwy. Polozne zmieniaja mi koszule, kaza wstac natychmiast i sprobowac zrobic siusiu. Czuje sie troche glupio, bo stosuja metody mojej mamy, czyli odkrecaja kran, cieknaca woda kojarzyla mi sie z dziecinstwem, kiedy mama w srodku nocy sadzala mnie na nocniku… od wtedy juz chyba bede miala inne skojarzenia… Wracam do sali, klade sie na lozku, dostaje do rak Adasia-maly tlumoczek caly zawiniety w pieluszki, maz robi zdjecia, ale w podnieceniu nie zastanawiamy sie nad jakoscia swiatla, wiec wiekszosc zdjec jest niewyraznych…
    Moze to i lepiej, pamiec zachowuje zawsze te najpiekniejsze fotografie…
    Czekajac przez dwie godziny, jakos tak w mysl tutejszych przepisow, obdzwaniamy rodzine i znajomych…
    Mama “moje sie zawsze sprawdza” triumfuje… I placze do sluchawki… Sama nie wiem czemu, w koncu to jej trzeci wnuk.
    Po dwoch godzinach zawoza nas na oddzial poporodowy, mnie kaza spac, meza posylaja do domu, a Adaska przejmuja siostry. Nie spie przez cala noc, wstaje co chwila, zagladam do Adaska. Krece sie jak opetana, bolu jakos nie czuje, caly czas dotykam tego, co mi pozostalo po brzuszku.
    I tak do samego rana, kiedy pierwszy raz przynosza Malego do karmienia…

    W szpitalu musielismy zostac az 9 dni. Adas byl malenki, wiec slabiutki. Nie radzil sobie z cycaniem, dostawal kroplowki na wzmocnienie. Potem przypaletala sie zoltaczka, wiec przeniesli nas na pediatrie. Po jakims czasie waga ustabilizowala sie I w poniedzialkowy poranek, 20 grudnia, pani doktor pozwolila nam pojsc do domu…

    Kiedy patrze teraz na moje ponad trzytygodniowe szczescie, zastanawiam sie, dlaczego nikt nie potrafil mi powiedziec, jak bardzo bede go kochac… Kochalam go, kiedy byl jeszcze we mnie, — teraz, kiedy nie jest juz abstrakcja tylko w pelni uksztaltowanym czlowieczkiem, kocham go zupelnie inaczej, bezwarunkowo i do konca…

    “Skad sie wziales? To proste—jestes caly z milosci.”

    Magda i Adam 12.12.04

    #760510

    daga25

    Re: Jak przyszedl na swiat Adas… (dlugie)

    Madzia, wprost uwielbiam cie czytac :))) Takie mysli za mna chodzily od twojego pierwszego posta na grudniowkach. Po prostu podswiadomie przepadam za toba 🙂

    A opis porodu Adasiowego przeczytalam jednym tchem. Niewiarygodne, jak kilka chwil zmienia czlowieka…

    Usciski dla rowiesnika Kubutka :)))

    Zuza 20 m i Kubuś 3 tyg



    #760511

    agae

    Re: Jak przyszedl na swiat Adas… (dlugie)

    Kurcze….. się popłakałam….! I ja też juz chcę!!! GRATULUJĘ Wam synka z całego serca.
    Pozdrawiam.


    Aga

    #760512

    k8-77

    Re: Jak przyszedl na swiat Adas… (dlugie)

    super to opisalas! GRATULACJE dla ciebie i Twojego Syneczka (jest imiennikiem mojego;), zyczymy mu duzo, duzo zdrowka i szczescia po tej stronie brzuszka!

    k8 i Adaś 30.04.04

    #760513

    agentka03

    Re: Jak przyszedl na swiat Adas… (dlugie)

    Madziu 🙂 cudnie opisałas swoj poród 🙂 widze, ze nie było ciezko i dosc szybko-podobnie jak u mnie 🙂 dzielna mama i dzielny synuś 🙂 niech wam zdrowo rosnie 🙂 imie ma piekne- jak mój brat 🙂

    buzki

    ola i gabunia- 7 mscy

    #760514

    sophie28

    Re: Jak przyszedl na swiat Adas… (dlugie)

    Bardzo ciekawie opisałaś swój poród, no i przy okazji dodałaś nam, przyszłym mamom trochę optymizmu, że można to jakoś przetrwać-dzięki za to:-)
    pozdrowienia dla Ciebie i synka-niech się chowa zdrowo
    Sophie28



    #760515

    izus

    Re: Jak przyszedl na swiat Adas… (dlugie)

    Cześć Adaś !!!
    Gratulacje dla mamy !!!
    Trochę mnie pocieszyłaś, że dopiero (?) teraz udało Ci się wysłać opis. My już po wszystkim od 20 grudnia i jakoś się zebrać nie mogę…

    Iza + Gusia (3.02.2003) + Sebuś (20.12.2004)

    #760516

    Anonim

    Re: Jak przyszedl na swiat Adas… (dlugie)

    Witaj:))

    Popłakałam sie i juz… Gratuluje. Zdrowka dla Was.

    Ola i Adaś junior 12.04.05? „M&M”

    #760517

    kantalupa

    Piec tygodni po…

    …moje dziecko usmiechnelo sie do mnie po raz pierwszy.
    Dziekuje Adasiu!
    A Wam dziekuje za cieple slowa.
    Magda

    Adas12.12.04

    #760518

    kantalupa

    przepraszam, musialam
    kopiowalam rozne kawalki forum do wlasnego archiwum i jakos na to trafilam
    ponad szesc lat temu…

    eh… 🙂



    #760519

    Anonim

    Zamieszczone przez kantalupa
    przepraszam, musialam
    kopiowalam rozne kawalki forum do wlasnego archiwum i jakos na to trafilam
    ponad szesc lat temu…

    eh… 🙂

    ehhh pieknie napisane jak to kanta potrafi:Wow!:

    #760520

    ahimsa

    Pięknie…….super się to czyta!



    #760521

    kantalupa

    nie moglam sie powstrzymac! a teraz to ja mam osmioletnie dziecko!!! jak ten czas smiga!

    #760522

    bib

    Zamieszczone przez kantalupa
    nie moglam sie powstrzymac! a teraz to ja mam osmioletnie dziecko!!! jak ten czas smiga!

    Wszystkiego najlepszego dla WAS :Róża::Róża:

    #760523

    mama80

    kanta uściskaj Adaśka!!! Toż to Kawaler:Wow!:

Postów wyświetlanych: 15 - od 1 do 15 (wszystkich: 16)


Forum ‘Wszystko o porodzie’ jest zamknięte dla nowych tematów i odpowiedzi.

Close