Jak rodziłam Anię w Toruniu – b.długie

Postów wyświetlanych: 15 - od 1 do 15 (wszystkich: 23)
  • Autor
    Wpisy
  • #53392

    shibaa

    1 września po powrocie od fryzjera jakoś słabo się poczułam, mdliło mnie i głowa bolała więc zmierzyłam ciśnienie. Okazało się że mam 150/100 … nie spadało. Poszłam jeszcze do pracy i stamtąd próbowałam dodzwonić się do mojego lekarza – dodzwoniłam się po 15tej bo wcześniej operował – kazał natychmiast zgłosić się do szpitala. To był 38t3d ciąży.
    Pojechaliśmy do szpitala w Toruniu z torbą „porodową” w bagażniku.
    Na izbie przyjęć bardzo miła pani zmierzyła mi ciśnienie i stwierdziła że kwalifikuje się na przyjęcie na oddział patologii – wypełniła masę papierów, później zostałam zbadana – okazało się, że mam już małe rozwarcie „na opuszek”, położyli mnie na sali przedporodowej bo na patologii chwilowo nie było miejsca – dali kroplówkę z magnezu i Dopegyt. Ciśnienie trochę spadło. Od razu postawiono diagnozę – gestoza – zatrucie ciążowe).
    W nocy przetransportowali mnie na patologię bo zwolniło się lóżko.
    I tak zaczął się mój pobyt w szpitalu 🙂
    Na patologii przebadali mnie wzdłuż i wszerz – krew, mocz, dobowa zbiórka (profil kreatyniny), badanie dna oka, ciśnienie 4 razy dziennie, codziennie KTG, USG, doppler, no i co 2 godziny „trąbka” czyli osłuchiwanie brzucha przedmiotem przypominającym trąbkę właśnie 🙂 To miał cały oddział taką właśnie atrakcję 🙂 W nocy też!
    Na oddziale były właściwie same młode dziewczyny przeważnie w wysokiej ciąży, wszystkie interesowały się sobą nawzajem, dopytywały o objawy, położnych niewiele na zmianę, więc atmosfera była naprawdę „rodzinna”. Szczerze powiedziawszy czułam się tam jak na koloniach letnich czy czymś w tym stylu 🙂 Warunki niezłe, jedzenie znośne …
    Poznałam zwyczaje szpitalne, położne, tajne przejścia i kody do otwierania drzwi i inne tajemnice 😉
    Tylko w nocy dolatywały nas często wrzaski z porodówki bo oddzielały nas od niej jedne szklane wrota – nie wiem co tym dziewczynom tam robili bo darły się czasem jakby je ze skóry obdzierano 😉
    Z 6/7 września znowu zaczęło mi skakać ciśnienie więc na porannym obchodzie zadecydowano, że trzeba u mnie przyspieszyć poród bo to ciśnienie może być niebezpieczne dla dziecka.
    O 9.30 założono mi żel do szyjki zawierający prostaglandyny – miał zadziałać lub nie – w zależności od stopnia przygotowania mojego organizmu do porodu.
    Zadziałał – po 10 minutach zaczęły się naprawdę porządne regularne skurcze.
    Ponieważ jedna z dziewczyn z sali powiedziała mi, że u niej po założeniu żelu za dwie godziny był poród – zadzwoniłam po męża, że ma się zbierać i przyjeżdżać. Kiedy przyjechał pospacerowaliśmy razem na zewnątrz, posiedział ze mną, poczekał na wynik KTG które robili mi kontrolnie, na badanie przez lekarza … i okazało się że po kilku już godzinach boleści „akcja nie postępuje – brak rozwarcia”. Powiedziałam więc do Janusza żeby jechał do domu skoro to może jeszcze długo trwać to zadzwonię do niego jak już będą jakieś konkrety. Zostałam sama i przynajmniej nie musiałam się denerwować że on tam biedny siedzi i czeka bez sensu.
    Skurcze nasilały się. W końcu stały się nie do zniesienia. Były dosłownie co chwilę ale dość krótkie czyli niedobre bo nie dające rozwarcia. Na to wszystko zaczęłam wymiotować. Położne kazały dużo pić (podobno podczas skurczy trzeba), a ja nie mogłam bo wszystko wychodziło z powrotem. Dostałam gorączki – najpierw 37,5 … po niedługim czasie było już 38,0 … leżałam tak w łóżku bo chodzić już nie miałam siły w tych coraz to silniejszych skurczach – gorączka, poty sprawiały że pomiędzy bólami dosłownie traciłam kontakt z otoczeniem – nawet nie wiem jak to się stało że zrobiła się godzina 18ta chyba (w międzyczasie ktoś do mnie dzwonił, z kimś rozmawiałam – nawet nie wiem z kim), położne wzięły mnie na kolejne KTG, no i wpadły na genialny pomysł żeby nawodnić mnie dożylnie – bo ta gorączka podobno była od utraty płynów.
    Kiedy tam leżałam zadzwonił Janusz że jedzie do mnie, żeby mnie ratować. Chyba musiałam wyglądać źle bo nawet wpuszczono go do mnie do sali KTG (mimo że dyżur miała akurat jedyna wredna położna). Kiedy przyszedł to nie wiem czy z powodu uzupełnienia płynów czy dodali coś do tej kroplówki, skurcze na wykresie zaczęły rysować się z taką siłą, że wyłaziły ponad skalę. Przyszedł lekarz żeby mnie zbadać – myślałam w duchu – jeśli powie że nadal nie ma rozwarcia to chyba umrę … ale machnął ręką i usłyszałam wyczekiwane słowa „na salę porodową – 8 cm albo i lepiej”.
    Zapakowali mnie na lóżko na kółkach i zawieźli biegiem na porodówkę.
    A tam młyn nad młyny – 3 porody już w trakcie – umieścili mnie na łóżku porodowym, za chwilę zjawił się Janusz w zielonym ubranku a moim oczom ukazała się WIELKA KOBIETA (miała chyba ze 180 cm wzrostu) – położna. W tle przemieszczał się znudzony lekarz wsuwający kanapkę 🙂 Zaczęli coś tam przygotowywać, rozkładać serwety, podłączać kroplówkę a w międzyczasie o coś pytać – nie wiem o co – jedyne co zapamiętałam to to że chyba z 8 razy pytała który raz będę rodzić i jej niezadowoloną minę na wieść ze pierwszy raz … Zbadała mnie i krzyczy do kogoś „tu już rodzimy od razu” – bo te pozostałe porody obok były jeszcze daleko w polu – zatarła wielkie łapska i wzięła się do roboty. W końcu pozwolili mi przeć. Po kilku razach położyli nogi na podpórki, Janusz dociskał głowę do klatki – on i dwie położne motywowali do wysiłku – zresztą nie trzeba mnie było motywować bo kiedy mogłam już w końcu coś z tym bólem robić czyli skupić się w trakcie na parciu to ból prawie że przestał istnieć. A wielka kobieta która mnie tak przeraziła na początku okazała się najwspanialszym wsparciem – zaraz po Januszu oczywiście 🙂
    „Widać już coś?” spytałam miedzy parciami położnej – „A widać, widać – włosy widać” – odpowiada ona. „A czy aby nie rude?” – dopytuję się …. Na to pytanie położna wybucha śmiechem i tak już mają na porodówce ubaw do samego końca :)))
    Prę jak szalona – już nawet bez chwilowych obecności położnych, które zaglądały do sąsiednich boksów, Janusz pomaga. Nagle słyszę od położnej – „no dobra – to kończymy”, w jednym skurczu znieczuliła mnie, w drugim nacięła, a po chwili słyszę podekscytowany głos Janusza „wychodzi – widzę główkę!”…
    I nagle wszystko się skończyło – ból, skurcze, mdłości, tylko zza ścianki dochodziły lamenty, a na moim brzuchu leżało śliskie, zakrwawione, rozkrzyczane ciałko mojej córeczki (była godzina 21.45) – chwyciłam ją za raczki bo bałam się że spadnie 🙂 – pierwsze co zobaczyłam to dłuuuugie (po mnie) paluchy u stópek!!! i mówię do Janusza „zdjęcia rób” – twierdzi, że gdybym mu nie przypomniała to by zapomniał 🙂
    W jednej chwili zapomniałam o bólu, o tych godzinach spędzonych w cierpieniu …
    Położna zawiadomiła mnie, że nie ruda, że córka i że 10 punktów 🙂 poklepała po nodze i bardzo pochwaliła 🙂 Wszystko trwało z pół godzinki …
    Tatuś przeciął pępowinę …
    Urodziło się łożysko – nawet nie wiem kiedy …
    Zabrali z Januszem malutką do ważenia a do mnie przyszedł lekarz na szycie.
    Trochę pobolało ale taki ból to kaszka z mleczkiem.
    Trochę z nim pożartowałam żeby mi nie zaszywał tam całkiem tylko żeby jakąś dziurkę zostawił :), dopytałam się jakimi nićmi mnie szyje (w końcu musiałam wiedzieć taką ważną rzecz :))) i no i ochrzaniłam bo to był ten sam co mnie w ciągu dnia badał bo kazało się że przy pierwszym badaniu mnie oszukał bo było już rozwarcie na 2 cm. On stwierdził że specjalnie tak powiedział zeby mnie zmotywować 🙂
    Za chwilę przyszedł dumny tatuś z tobołkiem na rękach z którego wyłaniały się przerażone ciemne ślepka rozglądające się dookoła.
    Za chwilę pojechaliśmy na salę poporodową gdzie spędziliśmy razem prawie dwie godzinki, podczas których Tatuś nie wypuszczał z ręki komórki 🙂 – w międzyczasie poprosiłam Janusza żeby wyskoczył do jakiegoś sklepu kupić coś do jedzenia bo byłam okropnie głodna – od rana przecież nic nie jadłam.
    Przystawiliśmy z położną Małą do cyca.
    Później przewieziono mnie na oddział położniczy, zainstalowano w łóżku, przyniesiono dzban herbaty z nakazem picia, co godzinę mierzono ciśnienie, podłączono kroplówkę z magnezem bo ciśnienie skoczyło do 170/110. Jeszcze w nocy poszłam się wykąpać, przebrałam no i z wrażenia nie mogłam oczywiście zasnąć.
    Na sali były 3 łóżka, dzieci razem z nami w łóżeczkach, obsługa zaskakująco sprawna, co chwilę ktoś przychodził – a to pościel zmienić, a to śmieci zabrać, a to położne do dzieci zaglądały – wszystkie panie bardzo zabiegane ale naprawdę chętne do pomocy. Dzieci zabierano co chwilę na jakieś badania – a to serce, a to słuch, a to coś jeszcze.
    I tak spędziliśmy sobie na oddziale 3 dni w ciągu których naprawdę wypoczęłyśmy z Anią wyśmienicie, a z całego pobytu jesteśmy naprawdę zadowolone bo czułyśmy się otoczone doskonałą opieką.
    Szczerze polecam toruński szpital!!!
    I najważniejsze – dziewczyny – nie bójcie się porodu!!! naprawdę nie ma czego!

    Agata + Ania 13.IX

    #683865

    heksa

    Re: Jak rodziłam Anię w Toruniu – b.długie

    Ogromne gratulacje!!! To wspaniale, ze porod byl dla Ciebie tak milym przezyciem. Ciesze sie, ze juz masz swoja coreczke przy sobie bo od dawna sledzilam Wasze dzieje na oczekujacych i sama nie moglam sie doczekac Twojego rozwiazania.

    Luiza i Sophie (15 m-cy)



    #683866

    alya

    Re: Jak rodziłam Anię w Toruniu – b.długie

    Czytałam z zapartym tchem..
    Gratuluję Ci Ani,i życzę wam dużo zdrowia i szczęśliwych dni!!!
    Pozdrówka
    Ania&Adnan(11.11.04)

    #683867

    olamini

    Re: Jak rodziłam Anię w Toruniu – b.długie

    Gratuluje córeczki, jest śliczna
    Fajnie że mile wspominasz poród…ja na samą myśl o bolu mam gęsią skore..ale jestem dobrej myśli, jeden przezyłam to i drugi przezyje
    Mam jeszcze pytanko do Ciebie Shibaa-czy waga dziecka jaką podawał ci lekarz na USG byla zbliżona do wagi po porodzie?
    Martwie sie moim malym brzuszkiem (w 37 tygodniu waga +/- 2.500 g)a pamietam ze twoj tez był nie za duzy…
    Pozdrawiam

    Ola,Paulina(05.05.2002) + wrzesniowa kruszynka

    #683868

    amber

    Re: Jak rodziłam Anię w Toruniu – b.długie

    Serdeczne gratulacje
    Czytając Twój opis przypomniałam sobie swój poród…też leżałam parę dni przed w szpitalu…i też mam miłe wspomnienia…
    Wszystkiego najlepszego życzymy

    Beata i

    #683869

    Anonim

    Re: Jak rodziłam Anię w Toruniu – b.długie

    Gratuluję
    Gdybym mojemu mężowi nie przypomniała o aparacie to też byśmy chyba nie miały zdjęć

    Agnieszka i Oleńka (01.09.03.)

    http://www.ola.wichlacz.prv.pl



    #683870

    shibaa

    Re: Jak rodziłam Anię w Toruniu – b.długie

    Waga była bardzo zbliżona – już w szpitalu miałam USG na 4 dni przed porodem i wyszła waga 3040 gram, a Mała ważyła 3140 – te 100 gram spokojnie mogła przez te 4 dni przybrać, więc waga na USG okreslona była idealnie.

    Agata + Ania 13.IX

    #683871

    dagi

    Re: Jak rodziłam Anię w Toruniu – b.długie

    Ciesze sie, ze juz po wszystkim. Ania to piekna dziewczynka!!!! Przeogromne gratulacje!!!!!!

    #683872

    bramka

    Re: Jak rodziłam Anię w Toruniu – b.długie

    No Shiba! Przede wszystkim GRATULACJE, a poza tym dzieki, ze sie z nami podzielilas przezyciem, bo sama pewnie wiesz jak potrzebne nam (tj tym ktore sa PRZED) sa slowa otuchy i optymistyczne zapewnienia, ze wszystko pojdzie dobrze. Obejrzalam zdjecia, corcia wyglada przeslodko, oby zdrowo rosla i nie dawala wam za bardzo w kosc 🙂

    Pozdrawiam serdecznie
    Bramka

    #683873

    beasia

    Re: Jak rodziłam Anię w Toruniu – b.długie

    Agatko!
    Serdeczne gratulacje!!! Ania jest śliczna!!!
    Jak czytałam opis Twojego porodu, to od razu przypomniałam sobie jak 3 miesiące wcześniej (dokładnie 8 czerwca) rodziłam moją kochaną Anulkę i naprawdę się wzruszyłam.
    Anie to kochane dziewczynki, niech Wam rośnie zdrowo!

    Pozdrawiam gorąco!

    Basia i Anulka



    #683874

    blueanna

    Re: Jak rodziłam Anię w Toruniu – b.długie

    jej 🙂 Piekne gratulacje i wielkie dzieki!!!
    po zakonczeniu czytania pomyslalam sobie – dokladnie tak wyobrazam sobie moj porod :)tzn przynajmniej takich wspomnien sobie zycze 🙂
    a co do An – to ponoc faktycznie sa kochanymi coreczkami 🙂 moja mama ciagle do mnie tak mowi 🙂 choc ja to sie pozniej jednak rozbrykalam strasznie 🙂
    wszystkiego dobrego !!!!

    #683875

    jade

    Re: Jak rodziłam Anię w Toruniu – b.długie

    Wspaniale to opisałaś – bardzo się wzruszyłam 🙂 Ja już też nie mogę się doczekać swojego maluszka, a tu jeszcze 10 tygodni zostało.

    Pozdrawiam,

    Jade & Adaś



    #683876

    yoasia26

    Re: Jak rodziłam Anię w Toruniu – b.długie

    No to gratuluje jeszcze raz!!!!
    Buziaki i dla Ciebie i dla Ani!!!!!

    Asia i listopadowe Malenstwo

    #683877

    emy

    Re: Jak rodziłam Anię w Toruniu – b.długie

    Shiba, powiedz, czy trzeba mieć w szpitalu własne ciuszki dla dziecka, a jeśli tak, to jakie i ile ? Bo ja też urodzę w Toruniu na Bielanach, już za niecały miesiąc, no i nie wiem co zabrać, a przecież co szpital to inne zwyczaje. No i powiedz co w ogóle miałaś ze sobą i co ci się przydało, a co było zbędne, bo ja sie pakuję i kurde już mi ręce opadają.
    Będę czekać na odpowiedź i dzięki z góry za info, bo już jestem cała głupia przy tym pakowaniu i domyślaniu sie, co musze mieć, a czego nie.
    Pozdrówka.
    emy i córcia w brzuszku

    #683878

    agentka03

    Re: Jak rodziłam Anię w Toruniu – b.długie

    agatko- gratulujemy gorąco :)) nie ruda, a taka piekna 🙂 super się spisałyscie obie :))

    cmoki w oki 🙂

    olka i gabi

Postów wyświetlanych: 15 - od 1 do 15 (wszystkich: 23)


Forum ‘Wszystko o porodzie’ jest zamknięte dla nowych tematów i odpowiedzi.

Close