Jak rodzilam Martinke – wspomnienie po czterech latach

Postów wyświetlanych: 14 - od 1 do 14 (wszystkich: 14)
  • Autor
    Wpisy
  • #100047

    jane

    Poniewaz opisu porodu Marti w odpowiednim czasie nie sporzadzilam, postanowilam nadrobic to zaniedbanie teraz, po czterech latach, korzystajac z okazji, ze wczoraj wlasnie miala urodziny 🙂 To taki moj maly prezent dla niej. Opis do rodzinnego zeszytu wspomnien, ktorym postanowilam podzielic sie takze z Wami. Milego czytania 🙂

    O tym jak Martinke rodzilam

    Martinka urodzila sie 23 czerwca 2005 roku, w czwartek nad ranem, o godzinie 3.10.

    Historia porodu siega jednak poprzedzajacego go wtorku, kiedy to siostra Marti, Malgosia – osobniczka ponad dwuletnia – nie dala matce w nocy spac, bo krwawila z noska. Rano obudzila sie z temperatura, pojechalismy wiec do lekarza. Pani doktor, do ktorej wowczas uczeszczalismy, to przemila osoba, bardzo fachowa i z super podejsciem do dzieci. Niestety, przyjmowala daleko, tj jakies 20 minut jazdy samochodem bez korkow. Pomyslalam wtedy, ze z niemowlakiem nie bede przeciez do niej jezdzic i wymienilam ja na jednostke (o czym wtedy nie wiedzialam) o cechach dokladnie odwrotnych, no moze poza powierzchownym (oj, bardzo powierzchownym) milym obejsciem. Ale zbaczam z tematu.

    Lekarka nie stwierdzila u Malgosi wielkiej infekcji. Osluchowo bylo czysto, dostalismy wiec standardowy zestaw medykamentow. Poniewaz pogoda byla ladna, mimo stanu podgoraczkowego, postanowilam wyjsc z Malgosia na spacer. Poszlismy na plac zabaw, gdzie mala wcale nie chciala sie bawic. Zapalila mi sie czerwona lampka. Pomyslalam, ze to pewnie ze wzgledu na cieplo, przemiescilysmy sie wiec do pobliskiego parku, gdzie panowal przyjemny chlodek. Malgosia usiadla na lawce i oznajmila, ze dalej nie idzie. Oj, niedobrze. Przycupnelam obok i postanowilam przeczekac te chwile slabosci. Dotknelam jednak jej czolka i zrozumialam, ze nie ma na co czekac. Pomimo mojego ogromniastego brzucha, wzielam te 15 kg na plecy i zataszczylam do domu.

    Tam zmierzylam jej temperature – 38,5. Doswiadczona juz w tym zakresie wiedzialam, ze infekcja ta sama z siebie sobie nie pojdzie i czeka nas przynajmniej pare dni wylaczonych z normalnego funkcjonowania. Podalam paracetamol, puscilam bajke i zdalam sie na laske losu.

    Sergio byl w delegacji, jakies 3 godziny jazdy od Pragi. Noc spedzalam wiec samotnie. Oczywiscie prawie oka nie zmruzylam, bo goraczka Malgosce skakala jak po trampolinie i lezalam obok caly czas kontrolujac sytuacje. Jednakze chyba mi sie przysnelo nad ranem, bo o piatej poczulam pierwszy skurcz. Ocho! Wiedzialam juz, czym to sie je, porod – bo bylam pewna, ze to juz on – zaczynal sie identycznie jak za pierwszym razem.

    Powoli, bez paniki, wykrecilam numer mojego meza. Cisza. Przy piatym podejsciu nieco sie zdenerwowalam, zadzwonilam wiec do mamy, ktora o tak wczesnej porze z reguly zawsze jest juz na nogach i funkcjonuje lepiej niz np o dziewiatej wieczorem. Mama przejela sie bardzo: „Dziecko, jak ci moge pomoc?” dopytywala w kolko gotowa z marszu wsiadac w pociag. Jakby nie bylo to jednak 7 godzin drogi, wiec niepewnosc sytuacji (bo moze to faszywy sygnal) jeszcze ja powstrzymywala (nie chciala marnowac dni urlopowych).

    W koncu dodzwonilam sie do meza, zdalam relacje z placu boju, a ten olal delegacje, wsiadl w samochod i o dziewiatej byl juz w domu. Cale szczescie, bo rozpalona Malgoska wymagala kolejnej wizyty lekarskiej, a ja ze skurczami mialam stracha z nia gdziekolwiek jechac. Kolejna diagnoza nie byla jednak jednoznaczna: obserwowac, zbijac goraczke, odpoczywac. Dobre sobie.

    Tymczasem moje skurcze jak na sinusoidzie raz sobie skakaly, raz opadaly i w sumie nie bylo jasne, czy urodze dzis, jutro, czy moze za tydzien. Tej ostatniej mozliwosci nie dopuszczalam do wiadomosci (choc w sumie nie wiem dlaczego, do terminu mialam tydzien wlasnie) i spokoju nie dawala mi natretna mysl, ze musze zdazyc do szpitala przynajmniej na pare godzin przed porodem, zeby mi podano antybiotyk na streptokoka, ktory moze zaszkodzic dziecku, jesli sie go w pore nie znokautuje. Ta wlasnie moja obawa sprawila, ze o siodmej wieczorem, ze srednio regularnymi skurczami, stawilismy sie w szpitalu. Tam, rzecz jasna, skurcze ustapily jak reka odjal. Postanowilam jednak dac sie zbadac, pomna obecnosci owej parszywej bakterii. Rozwarcie na pol palca. Niezle. I znow analogia do sytuacji sprzed dwoch lat: trafilam akurat na „zmiane warty”, czyli zbadal mnie i ten lekarz, ktory konczyl dyzur i ten, ktory zaczynal. Ten ostatni postanowil, ze mnie tu zostawi (meza odeslal do domu) i mialam zajac lozko w pokoju, ktory po czesku nosil nazwe „przedpokoj” czyli cos w rodzaju poczekalni. Lezala tam juz jedna babeczka, sympatyczna dosc, ktorej do konca bylo mi zal, bo tydzien po terminie nie miala zadnego rozwarcia, za to skurcze i owszem. W poczekalni spedzila ladnych pare dni.

    Tymczasem ja, po milej wymianie zdan, zaleglam na lozu i blogo mi sie zrobilo. Podano mi relanium (dokladnie jak dwa lata wczesniej), ktore mialo badz to zlagodzic i wyciszyc ewentualne skurcze, badz tez przyspieszyc akce porodowa. Dziwne dzialanie, w sumie wykluczajace sie, ale nie chcialo mi sie o tym myslec i pragnelam tylko, by moim udzialem stal sie ten pierwszy wariant, by moc sie wreszcie wyspac! Niestety, nie dane mi bylo. Mniej wiecej o jedenastej z milego letargu wyrwal mnie porzadny skurcz. Zwleklam sie wiec z lozka i poczlapalam z informacja do poloznej na dyzurze. Od razu zostalam tez podlaczona do ktg i tym samym unieruchomiona. Mimo, ze mnie zabolalo, polozna nie stwierdzila rewelacji, ale podlaczyla mi kroplowke z antybiotykiem. Poniewaz ow skurcz, ktory mnie wyrwal z niebytu niewatpliwie byl pierwszym z serii srednio bolesnych, zwijalam sie pod ta kroplowka jak pijawka. Kiedy nastapil koniec podawania lekarstwa, zostalam zaproszona znow na ktg, po czym na badanie, ktore wypadlo widocznie zadowalajaco, bo zaraz po nim zaczeto mnie golic i podano lewatywe, po czym nastapil najgorszy dla mnie okres porodu – zostalam zamknieta w lazience z zapowiedzia, ze mam tu spedzic najblizsza godzine. W lazience znajdowala sie pilka do skakania, przedmiot tortur, wielce przeze mnie znienawidzony i niemilo sie kojarzacy od czasu pierwszego porodu. „Pani ulzy sobie skaczac na pilce podczas skurczy” – poinformowano mnie. Matko Boska! W pierwszym odruchu chcialam uciec, potem zaczelam domagac sie obecnosci meza. „Meza?” – zdziwila sie niemile polozna – „w toalecie???”… No meza, glupia babo, w koncu za pierwszym razem skakalismy razem i moze nie dostalabym teraz takiej klaustrofobi…

    Maz, poinformowany przeze mnie wczesniej przez telefon, byl w drodze. Ja w kazamatach cierpialam meki straszne. Wytrzymalam pol godziny, wyszlam z lazienki i z dzikim blyskiem w oku oznajmilam, ze tam nie wracam. Widac rzeczywiscie moj wyraz twarzy byl daleki byl od znoszenia jakiegokolwiek sprzeciwu, bo polozna – choc chciala cos powiedziec – to jednak zamiast tego zaprosila na ponowne badanie. W nastepnym etapie poszlysmy razem – ona prosto, ja krzywo i z przystankami – do „przedpokoju” po moje rzeczy. Po drodze zajrzalam na korytarz – maz tkwil juz na posterunku. Dostal zaproszenie i do sali porodowej weszlismy oboje. Skurcze mialam juz konkretne. Poniewaz wczesniej podpisalam odpowiedni cyrograf co do podania mi znieczulenia zewnatrzoponowego, zaczelam sie go domagac. Polozna podtrzymywala moje nadzieje na rychle uporanie sie z bolem co jakis czas oswiadczajac „za moment”, „za chwile przyjdzie lekarz”, „jeszcze nie czas”, itp. Cierpliwie czekalam i z perspektywy czasu musze stwierdzic, ze poprowadzila ona gre doskonala, bo ja, czekajac na rychla ulge, dzielnie walczylam z bolem i powtarzalam sama sobie, ze to juz niedlugo. W rezultacie czesc parta porodu rzeczywiscie byla dosc krotka, za krotka bym dostala znieczulenie. Ja tego jednak nie wiedzialam, a poniewaz nikt nie uwazal za stosowne mnie o tym poinformowac, regularnie domagalam sie swego. Regularnie tez mnie ignorowano i „spuszczano na drzewo”, jak to sie nieladnie slangowo mowi. Az do momentu gdy ryknelam poteznie i od razu wokol mnie zrobil sie ruch jak na targowisku. „Ida ze znieczuleniem” – ucieszylam sie w mysli zacierajac rece, a tymczasem oni kazali przec. Przec musialam, bo cialo sie domagalo, ale natretna mysl nie dawala spokoju. „Ja chce znieczulenie!” – wrzasnelam w koncu. „Nie potrzeba, widac juz glowke” – ucieszyl sie nie wiadomo z czego lekarz. No jak to?! Zostalam wrednie oszukana! – pomyslalam z rozgoryczeniem i z nastepnym skurczem wypchnelam Martinke na zewnatrz.

    Moje 3300 gram i 50 cm szczescia! Kuleczka, kluseczka, sliczna okraglutka i rozowa jak prosiaczek 🙂

    Zabrano mi ja i w przytomnosci umyslu kazano mezowi towarzyszyc malej w wazeniu i mierzeniu i przypomniano uprzejmie o koniecznosci zabrania aparatu. Cale szczescie, bo nie mielibysmy takich cudnych fotek 🙂 Dostalismy numer 78.

    Potem dali mi zawiniatko, zostawili nas samych, przyciemnili swiatlo. Zmeczenie dalo o sobie znac. Kazalam jeszcze zadzwonic do mojej mamy, ktora cala noc koczowala przy telefonie i od razu wyskoczyla z tekstem „jaki to piekny prezent na dzien ojca”…

    Poniewaz Martinka jest moim drugim dzieckiem, nie robilam cyrkow z cudu narodzin i nie gralam chojraka chcac ja miec przy sobie i pochlaniac wzrokiem i bez problemow oddalam ja pielegniarkom, by moc sie wreszcie wyspac!!! Na kontemplowanie kazdego milimetru malego cialka mialam przeciez potem sporo czasu 🙂

    Dopiero pozniej, jak juz bylo po wszystkim dowiedzialam sie o sodomie i gomorze, jaka miala miejsce w domu. Przez czas, gdy bylam w szpitalu, zdazyl do Pragi dotrzec moj brat, ktory pomogl zajmowac sie Malgosia. W nocy, gdy rodzila sie Martinka, Malgos przechodzila apogeum swojej choroby z temperatura siegajaca 40 stopni. Maz, dzielny moj czlowiek, dwoil sie i troil – kapal ja w chlodnej wodzie, zawijal w mokre przescieradlo, oka nie zmruzyl. I jeszcze do mnie na porod przyjechal… Kochany moj… Brawa dla niego!
    Do historii anegdot rodzinnych przeszedl jego telefon na pogotowie, ktory wykonywal z Malgosia na reku. Tlumaczyl babeczce, w czym problem, a poniewaz Malgoska sie darla, babka go nie slyszala.
    – Moze pan oddac dziecko na chwile matce? – krzyknela po drugiej stronie linii.
    – Nie moge, matki nie ma. Rodzi! – odwrzasnal Sergio.
    – Aaaa… – zatkalo ja porzadnie…

    Tak to juz od czterech lat jest z nami nasza wyczekana Marti, nasz maly roztanczony promyczek, przy ktorego przyjsciu na swiat nie moglo zabraknac sensacji dostarczonych przez starsza siostre. I tak to sie kreci do dzis 🙂

    #2580326

    ewelkaxy

    takie historie dodają mi skrzydeł 🙂

    Dziękuję



    #2580327

    szkocik

    Super ! czytalam z zapartym tchem 🙂
    Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin dla Martinki :):Hura!:

    #2580328

    fresz

    Ślicznie to opisałaś !!!!

    #2580329

    snoopy

    świetnie to opsiałaś
    fajnie się czytało

    no i widzę zmiane w avatarze
    fajna foteczka 🙂

    #2580330

    asik

    Zamieszczone przez alina24
    świetnie to opsiałaś
    fajnie się czytało

    no i widzę zmiane w avatarze
    fajna foteczka 🙂

    Pozwól, że się podpiszę 😀



    #2580331

    aruga

    Jane super się czytało 🙂

    Sto lat dla Marti 😀

    #2580332

    leusek

    Jane pięknie opisane , świetnie się czytało 🙂

    #2580333

    jane

    Dziekuje Wam bardzo 🙂

    Tak jakos weny dostalam, bo mi sie szkoda zrobilo, ze Malgosia wspomnienie ma, a Marti nie. Jeszcze czeka mnie praca tworcza dla Amai 🙂

    #2580334

    jane

    Zamieszczone przez alina24

    no i widzę zmiane w avatarze
    fajna foteczka 🙂

    dziekuje 🙂 Na „zdjeciach” zamiescilam oryginal i pare jeszcze.



    #2580335

    olesia1

    Ale fajny opis!!!!!Super się czytało :Hura!:

    Ja Alki poód opisywałam kiedyś już…dawno…pomyślę o pamiątce dla Nelki 😉

    #2580336

    ivoonna

    Sto lat dla Martinki :):Róża:



    #2580337

    Anonim

    pieeeeekne:))

    #2580338

    ahimsa

    Fajny opis!:)))
    Teraz bardzo poproszę o opis jak się rodziła 3 córa!!!!:))))

Postów wyświetlanych: 14 - od 1 do 14 (wszystkich: 14)


Forum ‘Wszystko o porodzie’ jest zamknięte dla nowych tematów i odpowiedzi.

Close