Jak trudno czekać kiedy strach kradnie radość oczekiwań

Postów wyświetlanych: 15 - od 1 do 15 (wszystkich: 49)
  • Autor
    Wpisy
  • #100879

    lilavati

    Oczekiwanie na nasze drugie dziecko nie było spokojne , słodkie, radosne, beztroskie.
    Mimo, że dni ciąży się strasznie dłużyły to tak samo szybko uciekały i dzień porodu mimo mego przerażenia i strachu zbliżał się wielkimi krokami.
    Bałam się dnia narodzin strasznie ale nie był to taki zwykły strach jaki towarzyszy wielu ciężarnym – strach przed bólem bo z tej strony poród był już mi znany. Bałam się porodu nie wiedząc co sie stanie, bałam się tego co nas czeka, bałam się zderzyć z czymś przed czym przez ostatnie kilka miesięcy uciekałam, z czymś co spać w nocy nie dawało. Dziwne uczucia mi towarzyszyły podczas tych oczekiwań – bałam się pokochać malucha bo bałam się, ze mogę go stracić, z drugiej strony pragnęłam dać mu tej miłości w czasie ciąży jak najwięcej bo nie wiedziałam ile będziemy razem.
    I dręczące mnie przez większość nocy pytanie: czy przytulę kiedykolwiek moje drugie dzieciątko?
    Ale może wszystko od początku

    Decyzja o drugim dziecku nie była tak łatwa jak za pierwszym razem. Strach czy damy radę, wątpliwości czy to odpowiedni moment.
    Decyzja zapadła
    10 luty 2006 wieczór -26dc i piękne dwie kreseczki na teście – i choć o takim wyniku marzyliśmy, choć takiego wynik byłam pewna po dziwnych zapachu który od siebie poczułam jak podbiegłam dwa dni szybciej do autobusu, i choć tego dnia po raz pierwszy poczułam mdłości których nie da się z niczym innym pomylić jak ujrzałam dwie krechy serce mocniej zabiło a w oczach pojawiły się łzy. Uczucie przeogromnego szczęścia przeplatało się z dziwnym i niczym nie uzasadnionym strachem i niepokojem.

    Nasza euforia bardzo szybko zniknęła, 10tc pierwsza wizyta u gina, – wita mnie z wielką radością , gratuluje ciąży.
    USG …i cisza…i długa cisza …
    pytam -Panie doktorze co się dzieje?
    dalej kująca w uszy cisza…gin reguluje coś pokrętłami monitora…
    pytam jeszcze głośniej…-Czy serduszko mego dziecka bije?…i słyszę jak moje własne serce w tym czasie łomoce…
    -Tak bije odpowiada dziwnie i zupełnie nie w swoi stylu lekarz.
    -to proszę powiedzieć mi co się dzieje
    znowu dźwięcząca pustką cisza a za chwilę ciche słowa…-to wymaga dalszej diagnostyki…
    -Ale co się dzieje?…gin zaprasza mnie na fotel a sam przygląda sie zdjęciu które wydrukował…
    w pokoju obok rozbieram się , wczłapuję się na fotel i dopiero wtedy spostrzegam, ze w majtkach zostałam, wracam do pokoju obok , powrotem na fotel ?
    -Tutaj wszystko jest ok – prosze jeszcze raz na USG – i zaczyna się
    - nie mam niestety dobrych wiadomości zaczyna- Pani spojrzy na USG wyraźnie widać obrzęk płodu , główka obrzęknięta, fałd karkowy 4mm, obrzęknięty brzuszek.
    -Ale co to oznacza?
    -Sprawa wymaga wyjaśnienia. Zachowuję zimną krew do końca wizyty, pytam o możliwe przyczyny, lekarz zbyt wiele nie chce mówić, sugeruje możliwy konflikt serologiczny, zleca powtórne badania na toxo, cytomegalię i masę innych odsyła do centrum diagnostyki prenatalnej. Mówi coś jeszcze ale ja choć fizycznie obecna myślami jestem już za gabinetem. Jedyne co mi utkwiło, to ciepła dłoń na mych plecach jak wychodziłam z gabinetu i słowa które do dzisiaj pamiętam
    -Rokowania są poważne. Ale proszę nie przekreślać jeszcze tej ciąży, dopóki bije serduszko jest nadzieja”.

    Wyszłam z gabinetu, pytam położnej ile za wizytę i wtedy zmiękłam rozryczałam się jak małe dziecko -kobieta zupełnie nie wiedząc o co chodzi pociesza ”To się zdarza”.
    Wychodzę w amoku, dzwonię do M ale nic nie jestem w stanie mu powiedzieć. Niewiele i w domu się odemnie dowiedział, sam dzwoni do lekarza, rozmowa ta jest długa , bardzo długa, podczas niej M. słyszy ”Diagnostyka jest trudna i często nie udaje się ustalić przyczyny, w zależności od przyczyny przeżycia płodów waha się w granicach 10-60% oprócz tego masę pocieszenia, wsparcia. Najważniejsza w tej chwili konsultacja z najlepszymi w tej dziedzinie

    Na kolejne USG ponoć do najlepszych w tej dziedzinie czekam koszmarne dla nas 8 dni, 8 dni płaczu dlaczego ja, co teraz będzie?.Jak zmieni się nasze życie? Jak zmieni się życie mojego dwulatka. Jak my sobie poradzimy z marnej pensji asystenckiej Masa pytań, wątpliwości, czy my podołamy z chorym dzieckiem i najtrudniejsze pytanie jak nasza decyzja wpłynie na dzieciństwo i życie starszego brata. Przerażenie, ze mam w domu starsze dziecko które potrzebuje nas rodziców, nie mogę go zostawić samego i całe dnie spędzać w szpitalach czy na turnusach rehabilitacyjnych . Decyzja którą podejmiemy to nie tylko my to także życie starszaka. 8 dni wyciętych z życiorysu dla mnie i dla M, 8 dni stresu dla naszych rodziców.

    Wyczekane USG – kobieta na wstępie prosi o płytkę DVD bo chce nagrać badanie, wahamy się czy dać, boimy się usłyszeć najgorsze, nie wiemy czy maluch jeszcze żyje, kobieta namawia bez względu na wszystko- nagram ale jak państwo nie bedą chcieli płytka zostanie u mnie. Z trudem panuję nad emocjami , kobieta przykłada głowicę, No i proszę mamy serducho- bije jak dzwon…- obrzęk się cofa, jest dużo mniejszy niż tydzień temu, fałd karkowy w górnej granicy normy odpowiadającej długości malucha, kość nosowa obecna, wszystko inne prawidłowe. Jesteśmy jak w amoku bo niby jest już dobrze ale wcale dobrze byc nie musi- to dobry znak , ze obrzęk ustępuje, to nidobry znak, ze obrzęk był. Wśród możliwych przyczyn które trzeba będzie sprawdzać to wady serca ?ale to najszybciej za 10 tygodni, pod kontrolą musimy mieć funkcję nerek i wątroby, zaburzenia w produkcji i funkcji erytrocytów, zaburzenia układu limfatycznego, diagnostyka w kierunku infekcji ?cytomegalia?, toxoplazmoza?, różyczka?, parawiroza? Na uwadze musimy mieć też te najpoważniejsze przyczyny- zaburzenia chromosomalne. Na aminio jeszcze za wcześnie zróbmy przed test podwójny.

    No to robimy ten test, właściwie to nie wiem po co go robiłam, wynik żadnej pewnej informacji nam nie dostarcza za to czas na jego oczekiwanie to pasmo nerwów, stresu i dylematu.
    Mijają dwa tygodnie 10 rano -dzwoni telefon na który czekałam – -Witam Panią, można zgłosić się po wynik
    -Czy nie może mi Pani podać go telefonicznie- wyciskam przez gardło
    -Niestety nie, tylko osobiście , tylko Pani to dokument ściśle tajny, spokojnie mamy do późna otwarte
    -Bardzo proszę – nie ma szans bym miała w tej niepewności wytrzymać jeszcze kilka godzin, czuję, że jak nie poznam wyniku na zawał odejdę
    -Niestety nie mogę pani pomóc
    Odkładam bezpłciowo słuchawkę, najgorsze myśli chodzą mi po głowie, przecież gdyby wynik był dobry dała by do zrozumienia aby się nie martwić, nie myśląc wiele, jak w transie wychodzę bez słowa z pracy, nie wytrzymam w tej niewiedzy do 16, pędzę do sąsiedniego miasta, pierwszy raz w życiu przejechałam taką liczbę czerwonych świateł, 20 minut później z wywieszonym językiem, z sercem rozsadzającym mą klatkę piersiową podaję dowód, dostaję zaklejoną kopertę, nie mam odwagi otworzyć jej w przychodni. Dzwonię do M. i w trakcie rozmowy wyjmuję sprawozdanie z badania- prawdopodobieństwo ocenionych chorób genetycznych zdecydowanie niższe niż prawdopodobieństwo wynikające jedynie z mego wieku było w tej chwili balsamem na nasze serca. Ale co z tego, przecież tak naprawdę dalej nic nie wiemy. Tak naprawdę dalej nie mamy żadnych konkretów.
    Konsultujemy wyniki z lekarzami, proszą by zrobić teraz test potrójny a za kilka tygodni aminopunkcja. Przeładowana emocjami, przygnieciona zaleceniami zmieniam front o 180 stopni. Nie na to liczyłam, łudziłam się, ze po w sumie dobrym wyniku w końcu mnie ktoś pocieszy, w końcu ktoś powie, ze wszystko będzie dobrze, a tu chyba nikt tak naprawdę nie wierzył, ze me dziecko jest zdrowe. Kolejne zalecenie odebrałam jako szukanie czegoś co potwierdzi, ze me dziecko jest chore. Miałam dość lekarzy, miałam dość diagnostyki stwierdziłam -dosyć żadnego testu który guzik wyjaśni nie robię, nie mam sił znowu czekać na wynik który i tak nic mądrego mi nie powie.

    Kolejne USG i kolejne, ogrom stresu przed każdym z badań , przed każdym nastawiam się, ze mogę usłyszeć coś złego, przed każdym przyłożeniem głowicy nie do opisania strach czy usłyszę bicie serca. USG wychodzą prawidłowe. Nie chce amniopunkcji, cała masa wątpliwości, rozpatrywania wszystkich za i przeciw nie zgadzam się na to badanie ? zbyt duże ryzyko ? nie wybaczyła bym sobie gdyby dziecku coś się stało.

    Decyzja którą podjęliśmy wcale nie kończy naszego stresu, co dnia budzę się z myślą, ze może jednak powinnam posłuchać lekarzy, co dnia pojawia się przebłysk z nadzieją na cud, myśli ze lekarze się mylili, że ten cholerny obrzęk to jakiś koszmarny sen przecież maluch jest zdrowy. Same chore dzieci dostrzegam na ulicy, w sklepach, na placach zabaw – koszmar.
    Usg za usg, skurcze i rozwarcie od 16 tc, złość, rozpacz, zwątpienie ale i pocieszenia lekarza prowadzącego – teraz jest dobrze trzymajmy się tej wersji
    Pojawia się strach przed porodem. Koszmarny strach , codzienne licznie dni i – choć od półmetka USG wychodzą prawidłowo obsesyjny strach czy maluch przeżyje narodziny mnie nie opuszcza.
    Bałam się , ze teraz żyję złudzeniami, przygotowywałam wszystko dla zdrowego dziecka ale jaki rzeczywiście będzie finał wiedział tylko ten którego co dnia prosiłam aby dał siły memu dziecku.

    Tak mijały kolejne tygodnie, pełne pytań i dylematów, mijały potwornie wolno i równocześnie mijały cholernie szybko.
    Spakowana oczekiwałam na maciupka. Cieszyłam się z każdego kopniaczka które rzadko czułam, z w coraz większą nadzieją na cud wracałam z kolejnej wizyty u lekarza. Za to do łez doprowadzały mnie komentarze znajomych w stylu ?oj jaka szkoda, ze drugi synek? i tylko jedna z tych osób gdy zobaczyła w odpowiedzi łzy zapytała mnie co się dzieje naprawdę, dlaczego nie cieszy mnie ta ciąża.
    Początek 37tc do terminu 27dni, kontrolne KTG szpital miejski
    -Musimy odwieźć Panią karetką do najbliższego szpitala z oddziałem położniczym Pani rodzi
    -O nie tym razem tak nie może być- tym razem rodzę w weekend razem z M. w wybranym przez nas szpitalu- odmawiam
    - Jest pani autobusem czy własnym środkiem transportu?
    - jestem samochodem, o tym, ze jestem kierowcą wolę już nie wspominać? piszę pisemne oświadczenie, że opuszczam izbę przyjęć na własne żądanie z prośbą lekarza by niezwłocznie jechać na wybraną porodówkę.
    Zamiast na porodówkę jadę do szpitala w którym pracuje mój gin, tam ponowne ktg, skurcze są ale nie to niepokoi lekarza, teraz stres bo tętno dziecka zbyt długo stałe, szamotanie brzucha, budzenie malucha jest, obudził się KTG wraca do normy. Zalecenie Gina większa dawka fenoterolu, umawiamy się na kontrolną wizytę w piątek -wyniki odstawienie fenka, w dwupaku mam wytrzymać do następnej soboty.
    Mój dwulatek jedzie do babci, wróci w sobotę. Leże te ostatnie dni sama w chacie i świruję na maksa, stres mnie zżera, gdyby w domu był starszak nie miała bym tyle czasu na rozmyślanie.

    Piątek rano jadę do laboratorium zrobić wyniki, dosłownie pod drzwiami przychodni łapię koszmarnego kapcia, szrama w oponie kilku centymetrowa, powietrze schodzi błyskawicznie a ja ubrana na biało z wielkim brzuchem stoję bezradnie , po godzinie nadciąga teść, instruowany przez ze mnie zmienia po raz pierwszy w życiu koło samochodowe. Jadę na spotkanie z ginem, uzgadniamy strategię porodu , gin pewny, ze już poród lada dzień .
    Proszę wytrzymać do jutra-zaleca na wychodne.

    W drodze powrotnej coś mi dziwnie znajomo w plecach łupnęło ? śmieję się do M. że jakoś tak podobnie się czułam podczas porodu dwa lata temu. Wieczór grzecznie spędzam leżąc przed kompem dyskutując do północy z bliskimi mi październikowymi mamami. Asia nie czuje ruchów Filipka – namawiam na konsultacje na IP, do później nocy przed TV – Władca pierścieni leci. Północ ostatni fenoterol w tej ciąży- od jutra mam nie brać leków rozkurczowych, boję się, ze poród będzie za kilka dni, z drugiej strony cieszę się, ze od jutra mam pozwolenie na chodzenie po chałupie no i mój dzieć przyjeżdża ? stęskniłam się za nim strasznie, nie widziałam go już 10 dni ? pora spać.


    Sobota, 4.50 rano, zrywam się na łóżku, budzę M ?Kochanie wstawaj wody mi odchodzą ?
    M. zerwał się na równe nogi- Wody? Przecież sucho wszędzie jest.
    Macam faktycznie, idę do toalety i nagle chlup ? nie ma wątpliwości.
    Ocena sytuacji, skurcze słabe i nieregularne ale co 2-5 minut.
    Szybka poranna toaleta, na tyłek dziecięcy pampers bo w domu nie uświadczysz podpaski, pobudka sąsiada ?kierowcy (M. mi nie pozwolił samej prowadzić) i o 5.45 już jestem na Izbie przyjęć w szpitalu 30km dalej.
    Miłe przyjęcie, zostaję w szpitalu- M dzwoni do moich rodziców ? nie przywoźcie dzisiaj Mata, jesteśmy w szpitalu. Buuuu a tak na to spotkanie liczyłam
    Najgorsze , że cholerne skurcze w drodze do szpitala wyciszyły się i nie wiedomo jak się sprawa potoczy ? jeśli samo się nie rozkręci wywoływanie ale dopiero za dwa dni w poniedziałek- jak to, przecież ja tym razem M nigdzie nie puszczę, już raz nie zdążył do tego całą drugą ciążę(tak jak i pierwszą) droczył się ze mną, że pępowiny nie przetnie co mnie bardzo złościło.
    Proszę aby został, zobaczymy jak się sytuacja rozwinie. Poranne Ktg w zapisie są skurcze ja je czuję symbolicznie, na oddziale cichy sobotni poranek. Po obchodzie wychodzę z oddziału i spaceruję po szpitalu z M, od 10 skurcze zaczynają mi doskwierać na tyle, że muszę się zatrzymać, na tyle, ze nie mogę rozmawiać przez telefon który jak na złość co chwilę dzwoni. Przez chwilę nie mogę się doczekać momentu kiedy mój malec będzie już po drugiej stronie, za chwilę beczę w ramiona M czy oby będzie cały i zdrowy.

    Ok. 12 skurcze zrobiły się na tyle silne , ze nie byłam w stanie już utrzymać się na nogach, wracam na salę gdzie wbrew sobie wydaję dzikie jęki, głupio mi z powodu współlokatorek.

    O 14 wołają mnie na badanie ? 5cm przenosimy się na porodówkę, szybka lewatywa, M przyodziewa się szpitalne ubranka a ja o własnych siłach nie mogę się na salę porodową doczłapać, co chwilę kucam, łapię się ścian, nie jestem w stanie zrobić kroku do przodu, wiozą mnie wózkiem. Z nowej Sali dobrze tylko pierwsze chwile kojarzę, sale piękna żółta, rewelacyjna i miła położna (nawet nie wiem kiedy się druga pojawiła), przegląda kartę ciąży pociesza, ze wszystko będzie dobrze, skurcze stają się nie do zniesienia, nie chcą odłączyć mnie od KTG, przy mnie siedzi lekarz który ślęczy nad jego zapisem. Jest 15 -wydaje mi się , ze dłużej nie wytrzymam, czuję się rozrywana od środka, jest mi potwornie zimno ?położna okrywa mnie pięknym białym pledem, M jest cały czas przy mnie. Położna próbuje zagadac na wszystkie możliwe sposoby, niestety ból nie pozwala mi na zrozumienie tego co mówi. Cholera dlaczego tak mnie to boli ? dwa lata temu zupełnie inny był kaliber bólu. Personel sadza mnie na krzesełku, ktg dalej podpięte ? słyszę tylko, że mam głębiej oddychać, rozmawiają między sobą jakimś magicznym językiem ? o pięknych skurczach ale i o niskim tętnie, jeden masaż szyjki, drugi, trzeci, ból sięga zenitu krzyczę przy skurczu, płonę ze wstydu ale obecni na Sali zachęcają do krzyku który ma mi niby pomóc urodzić. Nad krzykiem nie jestem w stanie zapanować, drę się jak szalona, M przestraszony wspiera mnie jak może-wyciera pot zwilża wacikiem usta, przytrzymuje glowę, masuje plecy.

    W końcu odpinają z pasów, na siłę wyciągają mnie pod prysznic który jest na drugim końcu sali, nie czuję nóg jestem wspierana z jednej strony przez położną z drugiej strony przez M, Jezu jak boooooli, gdyby się nie usunęła ugryzła bym kobietę, Mroczki mam przed oczami, jestem dopiero metr od łóżka i nagle krzyczę mi się chce kupę. Pędem wracamy na łóżko 17.00 i słyszę rodzimy. Odlot mnie złapał, nie wiem co się dzieje widzę koło siebie M, lekarza i dwie położne, ciemność przed oczami przerywają mi głośne krzyki Oddychaj, Oddychaj, mocniej oddychaj?gdzieś z oddali dobiega tętno spada, trzeźwieję, ogarnia mnie panika, przyj oddychaj , mocno odychaj, jest już główka ? spoglądam w jej kierunku czy oby główka jest cała, czy są oczka, uszka , nosek, dotykam ręką ciepły i wilgotny łepek i nagle kolejny skurcz, choć sił wydaję się nie mieć wcale zapieram się nogami o pomagające mi babeczki i daję z siebie wszystko
    17.10 jest koniec, ulga ale tez i na Sali jest wielka cisza, gdzie moje dziecko krzyczę? M pokazuje mi W. w drugim rogu sali, dlaczego nie krzyczy panikuję? Co się dzieje?

    Coś mnie gin zagaduje, wszystko wydaje mi się wiecznością i nagle podchodzi do mnie babeczka z zawiniątkiem a w nim sine, zmarznięte ledwo kwilące bobo, prosi abym powiedziała jaka płeć , na sekundę dają malucha pocałować i zabierają na wcześniaki. Ogarnie mnie panika, boję się, ze dziecko zabrane bo urodziło się chore. Lekarz uspokaja ? mały dwukrotnie okręcony pępowiną, poddusił się trochę,nie oddychał sam ale jest już dobrze, zabrali go do inkubatora by odpoczął i ogrzał się po ciężkim porodzie.
    Lekarz mnie szyje a ja skruszona przepraszam za swoje wrzaski, na co on oznajmia ?Wokalnie była Pani całkiem niezła, lepiej wokalnie niż werbalnie?:Wstyd:- pociesza i gratuluje syna.
    Obolała, potwornie zmęczona bardzo bolesnym porodem, zaniepokojona brakiem dziecka nie potrafię się cieszyć, po głowie dalej kołaczą mi się kosmate myśli, wysyłam M na wcześniaki na zwiady co się z nowonarodzonym dzieje ? wraca z nagranym filmem gdzie mój W. w inkubatorze oddycha sam i jego skórka przybrała bardziej życiowe kolory!
    Wieczór spędzamy sami, czekając na młodego o którego dopominam się wielokrotnie, proszą bym odpoczęła to dadzą mi go rano, nie odpuszczam chcę me dziecko zobaczyć, niestety ból poporodowy tym razem nie pozwala mi się podnieść z łóżka, z uporem maniaka pytam o zdrowie, o obrzęk, czy nie widać żadnych oznak jakichkolwiek chorób. Chyba mnie mają dosyć bo późnym wieczorem przynoszą mi mój mały najsłodszy skarb, zapewniają, ze dzieciątko jest całe i ZDROWE, tylko wymordowane dzisiejszym dniem. M. zmordowany jak smok całuje nas i wraca bo do domu daleko, a ja przytulam me zawiniątko, oglądam jego mikre i zsiniałe paluszki, przytulam do siebie jego wychłodzone ciałko i nie mogąc uwierzyć w nasze szczęście zasypiam ? tak błogiego i spokojnego snu nie miałam od miesięcy.

    Tak zdążył się nasz cud ? po 7 miesiącach koszmarnego stresu, po początkowym całkowitym zwątpieniu i rozpaczy, przez nadzieję której jednak nie opuszczał strach na świat przyszedł mój młodszy syn
    Wojciech Jan 38tc 3560g 56cm 7pt/8pt/9pt apgar

    No i tak po raz drugi mój M. od przecięcia pępowiny się wymigał, za pierwszym razem się spóźnił, za drugim razem nie było czasu na sentymenty….ale za trzecim razem mu nie odpuszczę 😉

    #2726433

    pasiasta

    Dużo przeszliście – wszyscy, wspaniałych masz facetów w domu!

    Zamieszczone przez ania_st
    do łez doprowadzały mnie komentarze znajomych w stylu ?oj jaka szkoda, ze drugi synek?

    Słyszę podobne teksty i dzisiaj …Tak jakby płeć była najważniejsza…



    #2726434

    asik

    Ania mam gulę w gardle i normalnie nie wiem co napisać
    Dobrze, że wszystko sie dobrze skończyło, ale ile stresów musieliście przejść

    Ps.1 Czyżby kolejny dzidziolek był w planach?

    Ps.2 Lubię Twój styl pisania, strasznie się fajnie czyta Twoje historie

    #2726435

    kantalupa

    bardzo sie ciesze, ze wszystko sie dobrze skonczylo:)
    bardzo fajne masz dzieciaki:)

    #2726436

    nikeewa

    Wiele przeszliście, jak widać cuda się zdarzają. Do końca trzeba wierzyć i mieć nadzieję. Przecież ona umiera ostatnia. W Waszym przypadku nie umarła. Pięknie opowiedziana historia. Az oczy się pocą.

    #2726437

    swiki

    dobrze ze wszystko dobrze sie skonczylo 🙂
    Zdziwilo mnie tylkoe jedno – mi wyniki z badan krwi podali przez telefon (niepotrzebnie) zapytalam a ona jakgdyby nigdy nic – zalecenie – smnio – zle wyniki… A Tobie nie chcieli powidziec. Dziwne nie.
    No ale wazne ze masz super pieknego i zdrowego synka 🙂



    #2726438

    paszulka

    Siedzę w pracy i ryczę!! Oby jak najwięcej takich szczęśliwych zakończeń.
    Ładnie to wszystko napisałaś…. masz talent!! 🙂

    #2726439

    Anonim

    Oczywiście popłakałam się. Dzielna byłaś kochana!

    Mam nadzieję, że trzecia ciąża da Ci wreszcie cieszyć się spokojem, a w finale mężyk zrobi co powinien:Kciuki:

    #2726440

    goooosia

    chyba po raz pierwszy w zyciu poryczalam sie czytajac opis porodu…;)
    duzo przeszliscie, ale bardzo sie ciesze, ze skonczylo sie na strachu.

    #2726441

    bib

    Poplakalam sie, piekny opis. Wiele przeszliscie.
    A teraz twoj Wojtus zaczal przedszkole 🙂



    #2726442

    vinga

    Ania, chyba codziennie muszę sobie poczytać Twoje opowieści o porodach, bo wtedy czuję, że jednak czekam na to moje kolejne maleństwo :)…, że to prawdziwy kolejny cud… dołączasz się 😉

    #2726443

    olesia1

    Świetnie się czytalo- nie mogłam się oderwać od komputera.
    Dużo przeszliście ale jakie wspaniałe zakończenie 🙂 Super masz chłopakow!



    #2726444

    ja3

    Siedzę i wyję. Zawsze mnie wzruszają historie o porodach.
    Gratulacje.

    #2726445

    kata

    o ja pierniczę… aż zamarłam przy czytaniu…:Stres:

    #2726446

    jaga

    Fantastycznie opisana historia. Mam nadzieję, że piszesz nie tylko tu – za parę lat Twoje dzieci z zapartym tchem chętnie przeczytałyby swoje historie 🙂

Postów wyświetlanych: 15 - od 1 do 15 (wszystkich: 49)


Forum ‘Wszystko o porodzie’ jest zamknięte dla nowych tematów i odpowiedzi.

Close