Krzyś przychodzi na świat

Postów wyświetlanych: 12 - od 1 do 12 (wszystkich: 12)
  • Autor
    Wpisy
  • #19077

    Anonim

    Przyszła pora na opis narodzin mojego synka Krzysia…z góry przepraszam za ewentualny chaos, ale to nasz drugi dzień w domku i wprawdzie mój mały mężczyzna teraz śpi to kto wie czy za chwilkę nie będę musiała zrobić przerwy w pisaniu

    Więc jak pisałam na „oczekując…” do szpitala pojechałam w nocy 27/28 czerwca z regularnymi skurczami…czekałam jak długo mogłam, bo sądziłam,ze mogą się rozejsc ale po kilku godzinach zdecydowałam, ze nie ma co czekać i obudziłam męża… trwało to troszkę zanim się ocknął i kiedy dotarło do niego co się dzieje był naprawdę przerażony…zrobiłam mu melisę…wykąpałam się i zadzwoniłam po taxi…noc była ciepła..a może to ja byłam pod takim wrażeniem, że nawet nie poczułam chłodu…tuż przed koncem trasy przed drogę przebiegł nam czarny kot…hmm…czyżby to był znak (?)…tak czy inaczej w końcu znalazłam się na izbie przyjęć…zaspana pielęgniarka otworzyła drzwi i mimo widocznego zmęczenia zajęła się mną całkiem miło..po chwili przyszedł lekarz…zrobiono mi zapis ktg..potem badanie na koziołku i stwierdzone rozwarcie na palec…głowka nisko ale jeszczze nie dość…skurcze regularne…dostałam szlafrok i koszulę szpitalną i razem z pielęgniarką i mężem udaliśmy się na porodówkę…przed drzwiami pożegnalismy się … na porodówce ponowne badania i ktg…dostałam czopki i próbowałam troszkę pospać…. rano miała zapaść decyzja, bo mimo wszystko do terminu pozostało jeszcze sporo czasu… rano lekarze zdecydowali, że nie będą popędzać akcji i jeśli sama się rozwinie to urodzę a jesli to jedynie zapowiedz porodu to poczekamy…niestety skurcze rozwiały się i w piątek wylądowałam na patologii ciąży gdzie miałam czekać do porodu… nie muszę chyba mówić jaki to był dla mnie stres..oczekiwanie porodu a potem wielkie nic…w dodatku słowo „patologia” nie budziło mojego entuzjazmu i dwa kolejne dni były dla mnie bardzo ciężkie…w końcu oswoiłam się z wizją wyczekiwania porodu w szpitalu… dni wyglądały jednakowo…badanie tętna płodu…ktg… to ostatnie było pod sam koniec ogromnym stresem…mój dzidziuś naprawdę niewiele się poruszał…zapisy ktg były zawężone i nawet potrząsanie moim brzuchem przez położne (niezbyt przyjemne uczucie ..szczególnie na skurczu)nie zawsze dawało efekt… skurcze były…ale zbyt nieregularne by interweniować….a któregoś dnia tętno dzieciaczka spadlo na b. długo do 70…o mało zawału nie dostałam słysząc jak zwalnia…przybiegły pielęgniarki i próbowały ratować sytuację…nie wiem co się działo wokół mnie ..myślałam tylko o tym zeby tętno przyspieszyło… na szczescie malec zebrał sie w sobie i podgonił do 115… potem już takich sensacji nie było…ale strach już mnie nie opuscił do samego końca… w niedzielę siódmego czerwca oprócz skurczy (których mimo zaleceń położnych już nie liczyłam, bo ile można- dwa tygodnie to troche dużo) wieczorem rozbolał mnie krzyż… wmawiałam sobie, że to jeszcze nie to..bałam sie kolejnego rozczarowania….starałam sie nie zwracać na to uwagi, ale po północy już nie mogłam wytrzymać…poszłam do pielęegniarek i poinformowałam co się dzieje… natychmiast zostałam podłączona do ktg i okazało sie ze skurcze są regularne co 2-3 minuty..troszkę słabe ale to już na 99% poród…przeszłam znowu na porodówkę…ta sama położna co dwa tygodnie wczesniej mnie przyjmowała na blok porodowy teraz też się mną zajęła… zbadała…szyjka na lużny palec prawie cała zgładzona…znowu czopki…zapis ktg…położna byla wspaniała..uspokajała..i prosiła,zeby przespać sie odrobinę bo jutro z pewnością będę rodzić…uśmiechnęłam się z nadzieją, ze to prorocze słowa…i zgodnie z zaleceniem zasnęłam…rano ponownie podłączyła mi zapis ….i zjawił się lekarz….miałam go okazję poznac wczesniej…nieprzeciętny gbur…(to nie tylko moje zdanie…reszta personelu chyba podobnie o nim mysli) spojrzał na ktg (dopiero się zaczeło pisać) i stwierdził ze nic sie nie dzieje i dzis jeszcze wroce na patologię… na pytanie położnej o lewatywe powiedział to samo – on nie widzi potrzeby robienia wlewu..wrrrrrr…w dodatku spojrzał na termin wyliczony z OM który był na 11-go i stwierdził, ze mam jeszcze czas!!!!!!!!!!!!! (hmmm…dwa dni)…po chwili okazało sie ze na oddziale jest już szef … pielęgniarka pocieszała mnie ze nie mam sie przejmowac…poprostu poczekam na kolejną zmianę i wtedy zrobią lewatywę i podadzą oksytocynę… miała rację… przyszedł „szef” zbadał mnie i okazało się, ze rozwarcie jest na 4 cm, główka nisko… spytał czy miałam lewatywe…położna która z nim była powiedziała,ze poprzednik nie zgodził sie na wlew… komentarz „szefa” był następujący ” achaaaa..no tak rozumiem jaka była sytacja, ale wlew od razu robimy i rodzimy”… kiedy usłyszałam te słowa o mało sie nie popłakałam ze szczęscia…jeszcze nigdy nie schodziłam z koziołka taka uradowana…po lewatywie przeszłam na salę porodową….zrobiono zapis ktg..oczywiscie maluszek nadal był ospały i zapis był zawęzony w granicach 120… dostałam oksytocynę i po krótkiej chwili poczułam ze skurcze są silniejsze… częstość bez zmian co 2 minuty…nie bolało mnie to…aż się dziwiłam… po jakimś czasie odłaczono zapis i pozwolono mi spacerować.. gdybym już nie mogła wytrzymać chodząc miałam to zgłosić….chodziłam długo…zadzwoniłam do męża…. znowu był przejęty…uspokajałam go przez telefon ze ma sie nie spieszyc…ze zdąży…po krótkiej chwili pomyslałam, ze jednak mógłby sie pospieszyc…bo przydało by mi sie miec go obok…nie powiedziałam mu jednak o tym i czekałam aż przyjedzie… kiedy skurcze były już bolesne…położna usadowiła mnie na worku sako i znowu podłączyła zapis…skurcze były już silne..co minutę i trwały też niewiele mniej…nie wiem kidy odłączono kroplówkę z oksytocyną…pamietam, zezapis nie był zbyt dobry i kazano mi się położyć do badania… przyjechał mąż…przejęty ogromnie ale szybko się opanował i już do końca był dla mnie prawdziwą ostoją….położna w badaniu stwierdziła 6 cm rozwarcia …i usłyszłam jeszcze ze szyjka zamiast sie zrozluzniac i otwierać na skurczu zaciska sie zbyt mocno… dostałam leki przeciwbólowe…. poczułam jak główka zaczyna przeć na dół…a było za wczesnie… na skurczach tętno spadało a moje serce wołało zeby wyłączyli głosnik w ktg bo inaczej pęknie z zalu i srachu…. podano mi tlen…glukozę, zeby dzidziuś doszedł do siebie….ja czułam ze drętwieją mi dłonie i twarz…zaczeły się drgawki których nie mogłam opanować…. jedyne do do mnie docierało do słowa męża „oddychaj kochanie…wdech wydech…..” gdyby nie on chyba wpadłabym w panikę….był wspaniały…trzymał mnie za rękę i głaskał …. w między czasie odeszły wody…. ciepłe…zrobiło mi się w tym momencie dziwnie błogo…jakbym wcale nie rodziła …. zmierzono mi cisnienie i okazało sie ze jest bardzo wysokie… tętno dziecka nadal spadało…i po czterech chyba godzinach porodu zdecydowano o cesarce….ledwie byłam w stanie podpisać zgodę na cc….pojawił się anestezjolog…obcokrajowiec o sniadej cerze i dziwnym akcencie…miał wspaniały ciepły głos…mówił spokojnie..jak do dziecka… spytał o choroby…i o to jakie chce znieczulenie…powiedziałam ,zeby on zdecydował….przewieziono mnie na sale operacyjną….mąż zoastał na zewnątrz…nie chciałam zeby był przy tym….na sali usłyszałam znowu ciepły pełen spokoju głos anestezjologa…tłumaczył co będzie robić…a ja tylko odpowiadałam „dobrze”…byłam dziwnie spokojna..nie wiem na ile to zasługa anestezjologa a na ile swiadomosci ze teraz dziecko jest bezpieczniejsze niz wczesniej…. zrobiono wkłucie do kręgosłupa -znieczulenie pp- i poczułam miłe ciepło….kiedy anestezjolog był pewien ze wszytko gra…zaczela sie operacja….dostałam zegarek do ręki…i nakaz anestezjologa by patrzec która godzina…pomyslałam, ze pewnie chce odwrócic moją uwagę od tego co sie wokół działo…byłam spokojna ale zeby zrobic mu przyjemnosc patrzałam na wskazówki…. po chwili usłyszałam pytanie „czy wiedzą panstwo co ma sie urodzic?” odpowiedziałam, ze podobno chłopiec… poczułam lekkie szarpnięcie i dotrały do mnie słowa „faktycznie jest chłopiec”…i pytanie anestezjologa „która godzina”..była 14:48…a ja wciaż nie wierzyłam ze dziecko jest na swiecie…nie słsyzałam płaczu… pielegniarka zabrała go do innego pokoju….a ja czekałam na koniec operacji… w oddali słyszałam płacz dziecka…dopiero po dłuższej chwili dotarło do mnie ze to moj syn…zapytałam anestezjologa…on potwierdził…. łezka zakręciła mi się w oku….nie zdążyłam zbyt długo sie zastanwiac kiedy usłyszałam „proszę niech pan wejdzie z dzieckiem i pokaze żonie syna”….zobaczyłam męża …w rękach trzymał zielone zawiniątko….wystawała tylko główka….maż miał łzy w oczach…anestezjolog spytał czy chcę maluszka na pierś…i już po chwili poczułam jego cieplutkie ciałko… nadal był owinięty a mimo to czułam ciepło…spoglądałam na twarzyczkę….oczka miał zamknięte…a buzia wyglądała jak trzy fałdki….czółko…policzki…i bródka….nie mogłam uwierzyć, ze już po wszystkim…ze maluszek jest cały i zdrowy…tak bardzo się bałam o niego….po wszystkim znalazłam sie na sali poporodowej…razem z małym i mężem…Krzyś leżal spokojnie obok mnie…położna pomagała przystawić go do piersi …nie tyle po to by coś zjadł (nie miałam jeszcze pokarmu) ale zeby nauczył sie ssać…protestował, ale w koncu zaczął ssać… mąż w tym czasie dzwonił do rodziny z radosną nowiną….został ze mną no końca dnia…a następnego pojawił sie już rano…

    sporo tego napisałam… a starałam sie być zwięzła….bardzo dłużył mi się pobyt w szpitalu… po cesarce tak naprawdę wstałam dopiero w środę…we wtorek byłam w stanie tylko posiedziec chwile na łóżku…dziecko było ze mną cały czas..przystawiano mi go do piersi…a ja niewiele kontaktowałam….srodki przeciwbolowe sprawiały ze spałam cały czas z przerwą zeby sie napic… z dnia na dzien bylo coraz lepiej…w trzeciej dobie po porodzie Krzyś zaczął miec kłopoty z kolką i bardzo cierpiał…teraz wygląda,ze troszke przeszło…zobaczymy co dalej….jestem szczesliwa…ze mam synka już przy sobie…ze mogę coraz wiecej przy nim zrobic sama…że dobrze je i przybiera ładnie na wadze…ze mąż był ze mną i nie zawiódł mnie w tym trudnym dla mnie dniu… smutki też się zdarzają….nie raz łza zakręciła mi się w oku…ale po takim przeżyciu trzeba w jakiś sposób odreagować….mam nadzieję, ze już niedługo smutki pójdą precz… najważniejsze ze jestemy w trójkę

    Weronka z Krzysiaczkiem urodzonym 09.06.03

    #267398

    effcia

    Re: Krzyś przychodzi na świat

    dzielna mama!
    a ja sie znowu poryczalam…

    Effcia+sierpniowy CHŁOPACZEK (11.08.03)



    #267399

    sroczka

    Re: Krzyś przychodzi na świat

    No, no, no!!! Gratulacje, fajnie Ci że już masz wszystko za sobą, ale czas szybko leci i mam nadzieję, że my mamy oczekujące tez niedługo bedziemy tulić nasze dzidzie w ramionach.
    Pozdrawiam serdecznie.
    Ela i Maluszek <03.08.2003>

    #267400

    monikavi

    Re: Krzyś przychodzi na świat

    Jeszcze raz gratuluję, aż mi się łezka zakręciła w oku. Ale Ci zazdroszczę że masz już Krzysia przy sobie i wiesz że jest zdrowiutki. Ja muszę jeszcze troszkę zaczekać, choć już w niedzielę idę do szpitala to jeszcze do mnie nie dociera, że ta chwila jest tuz tuż. Boję się cesarki i o zdrowie małego. Pozdrawiam całą Waszą trójkę.

    Monika (29.06.2003)

    #267401

    kruszyna

    Re: Krzyś przychodzi na świat

    szybka jesteś. Nie spodziewałam się ze już dziś przeczytam jak Krzyś przychodzil na świat, a tu taka niespodzianka. Oczywiście łezka zakręciła mi się w oku. Ale cóż, im bliżej mojego porodu tym bardziej będę reagować na takie opisy. Strasznie się cieszę ze wszystko jest ok i już jesteście razem w domu. Pozdrawiam całą trójkę i zyczę wam wszystkiego naj, naj, najlepszego.

    Ania i Maleństwo (10.08.03) 🙂

    #267402

    lea

    Re: Krzyś przychodzi na świat

    weronko, gratulacje!
    od razu powinno chyba byc cc… to tetno… ale bylas dzielna…
    tylko do szpitala chyba nie jechalas 28 czerwca hihi….

    Lea i Mateuszek (14.03.03)



    #267403

    usianka

    Re: Krzyś przychodzi na świat

    Bardzo mi sie podoba Twój opis porodu. Serdecznie gratuluję szczęścia 🙂 pozdrawiam 🙂

    Usianka i Bąbelek (9.XI.2003)

    #267404

    Anonim

    Re: Krzyś przychodzi na świat

    ojoj…faktycznie pomyliłam miesiące..hihi…

    Weronka z Krzysiaczkiem urodzonym 09.06.03

    #267405

    iwi

    Re: Krzyś przychodzi na świat

    Wreszcie mogę Ci pogratulować!!!
    A martwiłaś się że za wcześnie urodzisz, a jakoś Krzysiowi wcale się nie pośpieszyło na ten świat. Szkoda tylko, że musiałaś sie namęczyć, a i tak w końcu zdecydowali o cesarce. Mam nadzieję, że teraz już wszystko w porządku. To cudowne uczucie mieć już swoje dzieciątko przy sobie. Ja moją Laurusię z każdym dniem kocham coraz bardziej, ona w sobotę skończy już 8 tygodni. Jak ten czas leci!
    Chciałabym, żebyśmy się spotkały ze swoimi dzieciątkami na spacerku w takim gronie jak w Katowicach, jak już wszystkie urodzą i dojdą do siebie. Co sądzisz o tym pomyśle?
    Pozdrowionka dla Ciebie i całuski dla Krzysiaczka


    Iwcia i Laurusia

    #267406

    Anonim

    Re: Krzyś przychodzi na świat

    Witaj Iwciu

    To doskonały pomysł na spotkanie ..tym razem zamiast się toczyć jak kuleczki potoczymy przed sobą wózeczki z naszmi skarbami… mój synek dziś będzie miał inauguracyjny spacerek z tatusiem i ciocią…ja niestety nadal w domku…ale to już niedługo…

    Pozdrawiamy

    Weronka z Krzysiaczkiem 9.6.03



    #267407

    kruszyna

    Re: Krzyś przychodzi na świat

    jak się dziś doczłapię na dolinę, to pewnie będę zaglądać do wszystkich wózków i kto wie, może rozpoznam w którymś twojego skarba?

    Ania i Maleńka być może Asieńka (10.08.03) 🙂

    #267408

    rita25

    Re: Krzyś przychodzi na świat

    Ale się nacierpiałaś.Byłaś bardzo dzielna.Gratuluję synka no i meża oczywiście.Wszystkiego dobrego dla całej Waszej trójki!
    rita25(14.07.2003)

Postów wyświetlanych: 12 - od 1 do 12 (wszystkich: 12)


Forum ‘Wszystko o porodzie’ jest zamknięte dla nowych tematów i odpowiedzi.

Close