Mój poród – długie

08.09.2004

Tego dnia po raz pierwszy znalazłam się na porodówce. A było to tak:
Dzień wcześniej poszłam do mojej pani doktor na wizytę kontrolną. A ponieważ praca sprawiał mi jednak coraz więcej trudności – no może nie tyle sama praco co koncentracja na niej, znalezienie odpowiedniego stroju no i problem podstawowy – włożenie butów na moje opuchnięte stopy – postanowiłam wziąć zwolnienie na te ostatnie 2 tygodni przed porodem. Wszystko było w porządku, tylko pojawił się mały problem: w tym dniu moja gin. Wystawiła już kilka zwolnień i nie chciała wystawić kolejnego. Kazała mi zgłosić się następnego dnia rano.
Jednak następnego dnia rano wizyta w toalecie sprawiła, że lekko się przestraszyłam. Okazało się bowiem, że pojawił się jeden z objawów zbliżającego się porodu – zaczął odchodzić mi czop. Jednak ja – uczestniczka szkoły rodzenia zdawałam sobie sprawę z tego, że od tego momentu może minąć jeszcze kilka dni. Dlatego też tym bardziej zdziwiłam się, gdy gon kazała zgłosić mi się na porodówkę w szpitalu. No cóż – ona chyba wiedziała lepiej.
I tak właśnie znalazłam się na porodówce. I zaczęła się szopka. Położne z wielkim zdziwieniem zapytały po co ja tu przyjechałam – gdy wyjaśniłam im sytuację – kiwnęły głową i zaczęły normalną procedurę przyjęcia. Zostałam zbadana, okazało się, że mam już centymetr rozwarcia, zrobiono mi KTG, które jednak niczego nie wykazało. I tak po kilu godzinach na łóżku porodowym i sali porodów rodzinnych wylądowałam na patologii.
Tam spędziłam noc – przy obchodzie widząc miny lekarzy zastanawiających się – dlaczego właściwie zajmuję to łóżko – i następnego dnia około południa wróciłam do domu.

09.09.2004

Dzień poprzedni spędziłam na najwyższych obrotach. Przygotowałam obiad, posprzątałam – zrobiłam kilometry biegając po schodach – i nic się nie wydarzyło.
Natomiast rano zauważyłam dziwną wilgoć – pomyślałam, że chyba jednak coś się zaczyna dziać i odchodzą mi wody. Gdy powiedziałam o tym Sebkowi –postanowił, że musimy jechać do szpitala.
Nie bardzo uśmiechało mi się to – biorąc pod uwagę, że właśnie wróciłam ze szpitala i jeszcze pamiętałam miny lekarzy – a ja nawet nie byłam pewna czy to na pewno są wody. Ale zostałam przegłosowana. Chwyciłam się jeszcze ostatniej szansy i zadzwoniłam do położnej – ta powiedziała jednak – żeby lepiej przyjechać. No i pojechaliśmy. Jednak tym razem chciałam być chytrzejsza – poszliśmy na porodówkę żeby ktoś mnie „sprawdził” i potwierdził, czy są to wody – czy kolejny fałszywy alarm. Jednak niestety, znowu zostałam połozona na porodówkę i dopiero po rejestracji zaczęło się badanie.
No i kolejny falstart.
Kolejna noc na porodówce, antybiotyk dożylnie, badanie krwi. I znowu ten wzrok lekarzy – co ona tu robi.

10.09.2004

I znowu rano po obchodzie wylądowałam na patologii. A tam następująca sytuacja:
na 8 łóżek :
– 4kobiety na podtrzymaniu ciąży – 6-7 miesiąc
– 1 dziewczyna w 5 miesiacu z wymiotami – również z zagrożoną ciążą
– 2dziewczyny po poronieniu –straciły swoje maleństwa
– i ja – jedna z nieokreślonymi objawami zbliżającego się porodu
Czułam się tam okropnie – aż głupio mi się było odzywać – dlaczego tu jesteś – bo chyba będę rodzić – tylko jeszcze nie wiem kiedy.
W czasie obchodu próbowałam znowu namówić lekarza, żeby mnie zwolnił do domu, jednak tym razem to był piątek, lekarz stwierdził, że w sobotę nie wypuszczają a jak nic nie będzie się działo to wyjdę do domu w poniedziałek. To już mnie załamało. Cały weekend w szpitalu, na patologii, wśród kobiet, które albo robią wszystko, żeby poród odwlec, albo opłakują utracone dziecko. No cóż….

12.09.2004

Niedziela rano.
Całkiem już zniechęcona i nastawiona na kolejny nudny dzień w szpitalu przeglądałam porzyczoną gazetę. Wsłuchując się w między czasie w ruchy mojego maleństwa. W pewnym momencie usłyszałam delikatne „puk” i poczułam w tym samym momencie kopnięcie. Gdzieś w głębi podświadomości pomyślałam, że to nie było zwykłe pukniecie. I szybko się o tym przekonałam, ponieważ jakieś 30sekund puźniej poczułam, że mam mokro. Wizyta w toalecie utwierdziła mnie już całkowicie w przekonaniu że to nareszcie, w końcu, bez żadnych wątpliwości pękł pęcherz płodowy i zaczęły odchodzić mi wody.
Udałam się więc do pokoju pielęgniarek, żeby obwieścić im tę „radosną nowinę”
– siostro, odeszły mi wody płodowe 
– na pewno – zapytała położna z niepewnością w głosie i wzrokiem mówiącym – czy oby to na pewno nie kolejny fałszywy alarm!?!?!
Jednak tym razem to było na pewno to,o czym świadczyło już prawie wiadro wody, które ze mnie wypłynęło.
Została podjęta decyzja – przenosimy panią na porodówkę, do Sali Porodów Rodzinnych. Proszę się pakować. No tak – ale jeszcze jedna ważna rzecz – trzeba przecież zadzwonić po męża.
 Kochanie śpisz?
 Już nie, a co?
 Wody mi odeszły!!!
 Naprawdę, ale fajnie, zaraz u ciebie będę
 Nie spiesz się, zjedz coś, dobudź się, to jeszcze trochę potrwa.
 OK., zjem śniadanie, pójdę do kościoła i potem przyjedziemy, a teraz idę powiedzieć rodzince. Pa

Godzina 8.30
Jestem już na sali Porodów Rodzinnych. Zrobiono mi KTG. Przyszedł lekarz i po obejrzeniu zapisu stwierdził, że jeżeli w ciągu najbliższych godzin nic nie zacznie się dziać zostanie mi podana oxytocyna.

Godzina 9.00
Zaczynam czuć delikatne skurcze, woda nadal ze mnie leci litrami – skąd się jej tyle bierze ?!?!?!
Ale ja myślę tylko o jednym – JEŚĆ. Nie zdążyłam zjeść śniadania, a ilość cukru w mojej krwi gwałtownie spada. Położna zabroniła mi kategorycznie jeść czegokolwiek, ale przecież moim ostatnim posiłkiem była wczorajsza kolacja.

Godzina 10.00
Przyjechał Sebek. Skurcze co 10-15 minut. Przyniósł moją torbę z patologii. Tam była czekolada – zjadłam kawałek – chwilowo mroczki sprzed oczu i osłabienie minęło – ciekawe na jak długo. Idziemy pogadać z rodzinką. Wszyscy pytają jak się czuję a ja odpowiadam jedno – jestem strasznie głodna i osłabiona, a poza tym trochę bolą mnie plecy.

Godzina 11.00
Wracamy na salę. Skurcze prawie regularnie co 5-10 minut. Położna stwierdza 1 cm rozwarcia, czyli tyle samo co we wtorek. W takim tempie to zajmie 3 dni albo i tygodnie. A ja jestem głodna.

Godzina 12.00
Bawimy się dobrze. Sebek tak jak obiecywał rozśmiesza mnie. Pilnuje tętna dziecka. Skurcze robią się coraz silniejsze. Ja nadal jestem głodna.

Godzina 13.00

Skurcze są coraz mniej przyjemne i coraz bardziej regularne. Sebek już nie jest w stanie mnie rozśmieszyć. Przypominam obie lekcje ze szkoły rodzenia. Oddychamy przeponowo pomaga. Teraz tylko znaleźć odpowiednią pozycję.

Godzina 14.00
Ale jazda. Jeszcze można wytrzymać – skurcze co 3 minuty. Rozwarcie 4 cm. No tak, trochę się ruszyło, to może urodzę we wtorek. Nadal nie mogę znaleźć odpowiedniej pozycji.Woda nadal ze mnie płynie, jestem senna i głodna.

Godzina 15.00
Ja chcę do wanny – to podobno zmniejsza ból. Nie można –dlaczego??? Położna poszła do drugiego porodu?!?!?
Ja chcę znieczulenie – ja już nie mogę,
Zapytać lekarza??? Gdzie jest lekarz??? Nie ma anestezjologa??? Do jasnej cholery jak to nie ma???
Oddychać przeponą – ja nie mam przepony.
Myślę tylko o tym, żeby przeszedł kolejny skurcz.
Sebuś co ile skurcze???
Jak długie??
A tu jeden skurcz bez przerwy.
Choć sprawdzimy tętno dziecka –po tym skurczu, już się skończył, ale nie idzie następny.
Kolejne badanie przez położną, proszę się położyć, zrobimy zapis KTG –co położyć się w czasie skurczu – ja nie dam rady. Sebuś ratuj.
Słyszę głos Sebka – Kotek, ale ty oddychaj, obudź się, dziecku potrzebny jest tlen. Następny skurcz, miażdżę mu dłonie.

Godzina 16.00

Kasiu, przechodzimy na salę porodową. Jeszcze 2 skurcze i rodzimy.
Hurra, najgorsze mam już za sobą.
Wlazłam na fotel, rozwarcie na 10cm. Przemy. Nabierz powietrza i przyj.
Kotuś, już niedługo, dasz radę.
Widać główkę. Teraz przyj mocno – jeszcze raz, skończył się skurcz – położna krzyczy – przyj, druga leży na moim brzuchu – jeszcze raz!!!!

Godzina 16.00
JEST!!!!!!!
Moja mała kruszynka jest już na tym świecie. Leży na moich piersiach, taka malutka, że można go zmieścić w zamkniętych dłoniach.

Sebastian przecina pępowinę. Jest szczęśliwy. Już koniec.
– Kotek, ale ja już wyjdę na korytarz.
Machnęło nim tuż przy drzwiach. Był bardzo dzielny, bardzo mi pomógł. Bez niego nie dałabym sobie rady.

Jeszcze tylko łożysko. Ale co to – znowu zamieszanie. Lekarz, kroplówka, krew, antybiotyk – co się dzieje. Ja chcę spać, jestem już taka zmęczona, zimno mi. Dajcie mi już spokój. Kolejny welflon – z krwią – dajcie ja komuś innemu. Boli, nie ciśnijcie mnie już po brzuchu. Skończcie te szycie, ja chcę spać i jeść. Ja chcę gorącą herbatę
Nareszcie przewieziono mnie na salę po porodową. Okryto mnie 2 kołdrami a ja nadal się trzęsłam.
Okazało się że dostałam krwotoku, macica nie chciała się obkurczać. Tylko szybka interwencja lekarza i personelu sprawił, że nie doszło do niczego złego.
Ale już po wszystkim.

Godzina 18.00
Leżę sobie na łóżku. Kroplówki w obie ręce. Teściowa poi mnie gorącą herbatą. Sebastian karmi – w końcu coś do jedzenia.
Przywieźli mojego małego Krzysia. Jaki on malutki – i jaki śliczny.
A ja nawet nie mogę go przytulić.

13.09.2004

Nareszcie zabrali wszystkie kroplówki. Przywieźli mi moje maleństwo. Mogę go przytulić, nakarmić. Przewinąć.
Żeby każde cierpienie kończyło się takim szczęściem.
Jednak pojawił się następny problem. Brak pokarmu. Kruszynek jest głodny, a ja nie mogę go nakarmić. Trzeba dokarmić sztucznie. Ale czy przez to ja nie stracę szansy na karmienie go piersią. Boję się tego. Wszyscy mnie pocieszają, że będzie dobrze. Ale czy może być dobrze, jeżeli nie mogę karmić??

Krzyś wrześniowy

5 odpowiedzi na pytanie: Mój poród – długie

mala1032005-03-01 13:13:05

Re: Mój poród – długie

NO TO MIAŁAŚ ŁADNY PORÓD I Z PRZYGODAMI NIECH MALUTKI KRZYŚ CHOWA SIĘ DOBRZE I ZDROWO POZDRAWIAM.

Ania i Alicja(26.02.03)

johanna2005-03-01 15:15:13

Re: Mój poród – długie

jej ale sie poplakalam.ja mam jeszcze 19 dni do porodu,ale juz nie moge sie doczekac.przynajmniej przeczytalam twoja historie jak ty to przezylas,wiec dochodze do wniosku ,ze tez przezyje.
pozdrowienia.joanna i vivien.

efcia20042005-03-01 16:17:26

Re: Mój poród – długie

Podniosłaś mnie na duchu! Też uwierzyłam że dam radę choćby nie wiem co!!
Pozdrowienia dla Ciebie i maleństwa

Ewcia i Natalka

aneci2005-03-02 02:50:56

Re: Mój poród – długie

Super to opisalaś.
Przechodziłam skrajne emocje, od płaczu aż po wybuchy śmiechu. Wierzę, że i ja sobie poradzę, byle szybko – hihihi.

Pozdrawiam serdecznie Ciebie, synusia i męża.
Aneta + marcowy Igor

miciumpa2005-03-02 06:07:25

Re: Mój poród – długie

Mam nadzieję, ze pomogłam. Ja też wchodziłam na te podforum, żeby poczytać doświadczenia innych dziewczymn – i naprawdę pomogło.
Pozdrawiam

Krzyś wrześniowy

Znasz odpowiedź na pytanie: Mój poród – długie?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Dla starających się
???
W zeszłym tygodniu "odkryłam" u siebie wysoką prolaktynę. Dziś mam 30 dc i @ ani widu ani słychu. Czyżby PRL tak nagle zadziałała. Dodam, że nigdy!!! nie miałam żadnych
Czytaj dalej
Polecam
Polecam Allegrowiczke- swietne ciuszki.
Dziewczyny chcialam Wam polecic oferty ciuszkow na allegro. Kupilam tam podkoszulke i jestem bardzo zadowolona. Pozdrawiam. [url]http://www.allegro.pl/show_user_auctions.php?uid=2881096[/url] Malgosia i 1,5 roczny Maksio.
Czytaj dalej