Moj porod w WSZ w Czestochowie

Postów wyświetlanych: 5 - od 1 do 5 (wszystkich: 5)
  • Autor
    Wpisy
  • #73770

    gutek

    Mój poród w WSZ w Częstochowie.

    Jak pisałam wcześniej, rozwiązanie miało odbyć się u mnie przez cesarskie cięcie. Moja okulistka dała mi wolną rękę w wyborze metody porodu ze względu na wadę wzroku. Długo nie mogłam się zdecydować czy rodzić naturalnie z zzo czy przez cc. W końcu cesarka wygrała – mniej stresu, bólu, męki… Dostałam więc zaświadczonko, które chroniłam jak najdroższy skarb .
    Na początku byłam zdecydowana na poród w szpitalu na Mickiewicza – moja ginka tam pracuje – nawet już byłyśmy umówione, że 7-12 mam się zgłosić do szpitala i będziemy czekać na akcję porodową – bo podobno lepiej robić cc gdy poród się zaczął (ale moim zdaniem to przez brak koperty – siostra mojego kumpla dała 1000 zł i od razu znała dzień i godzinę cc – ten sam szpital). Zrobiłam jeszcze dodatkowe badania wymagane na Mickiewicza i czekałam, Bo nic innego w sumie mi nie pozostało. Bałam się tylko ,że przenoszę dość znacznie (wszyscy mi mówili, że raczej nie urodzę za szybko bo mi brzuch za bardzo nie opadł i ,że nie puchnę itd., itp…), bo nienawidzę szpitali. Co innego leżeć z dzidziusiem, a co innego w oczekiwaniu na niego, skoro wszystko jest ok. – bez sensu.
    I tak z dnia na dzień szukałam sposobów przyspieszających poród . Był ananas, herbatka z liści malin (fuj), i… no wiecie co . I właśnie to ‘wiecie co’ poskutkowało, a przynajmniej tak mi się wydaje.
    Był poniedziałek (5-12) , a właściwie to już wtorek (6-12) bo godzina 00:30. Właśnie skończyliśmy ‘wiecie co’ , wstałam aby wleźć pod prysznic. I wtedy poczułam takie dziwne szarpnięcio-ukłucie w brzuszku , a na nogach dziwne ciepło. Spojrzałam w dół i ujrzałam wielką mokrą plamę na dywanie. Wiedziałam już że się zaczęło. Mąż wpadł w panikę, a ja na spokojnie zaczęłam dopakowywać torbę. Uspokajałam go, że na pewno nie urodzę w 15 minut i żeby się tak nie śpieszył. Sama byłam uosobieniem spokoju – no bo po co mam się denerwować skoro pojadę do szpitala, a tam mnie znieczulą, przetną i po krzyku . Mąż zadzwonił jeszcze do teściowej i pojechaliśmy. Nawet nie wiem jak to się stało, że trafiłam na Parkitkę zamiast na Mickiewicza … Podobno się pytali gdzie chcę jechać (Chyba jednak byłam troszkę zdenerwowana . )
    O 1:00 byliśmy na izbie przyjęć – tu zabawa w ‘kto zada więcej razy to samo pytanie ‘. Zeszło nam prawie 30 minut… W końcu przyszedł lekarz –dr.M. trochę głupio mi było bo miałam do niego pójść, a tak to się wszystko poukładało, że w końcu zapomniałam..
    O 1:30 zaprowadzili mnie na porodówkę – wielkie stare łóżka porodowe, jakaś panienka krzycząca na jednym z nich – zgroza. No ale jako ,że miałam mieć cc nie przejęłam się za bardzo tym widokiem. Kazali położyć się na stanowisku nr 2. Przyszła położna – trochę wredna – zbadała – 3 cm. Lekarz w tym momencie przeglądał dokumenty – skierowanie na cc mu się nie spodobało i postanowił skonsultować się z okulistką. Powiedział mi jeszcze, że w takich przypadkach jak mój raczej nie robi się cięć… Załamałam się. W duchu modliłam się żeby okulistka okazała się człowiekiem i wysłuchała mych próśb – okazało się niestety inaczej. Może rodzić! – krzyknęło do lekarza wredne babsko. A mi pociekły łzy – nie byłam przygotowana finansowo na zzo, bo byłam przekonana że będzie cięcie. Wpadłam w panikę gdy dotarło do mnie że rodzę naturalnie i to bez znieczulenia – a dla mnie sama wizyta dentysty to już koszmar. No i tak to się zaczęło…
    O godzinie 2:00 wenflon, pobieranie krwi, lewatywka(całkiem fajnie), KTG, golenie i następne badanko – 3,5 – 4 cm. Na szczęście przyszła inna położna- kobieta anioł- nie wiem jak się nazywa – miała blond włosy do ramion- była ze mną już do końca.
    Do 3:00 było znośnie. Potem zaczęły się te nieszczęsne bóle krzyżowe. Chodziłam po korytarzu z mężem i teściową i miałam ochotę wgryźć się w barierkę . O 3:30 dziewczyna ze stanowiska 1 urodziła córeczkę – wcześniaka – zrobił się lekki harmider bo mała nie oddychała – ale po minutce już wrzeszczała. Tak bardzo zazdrościłam jej wtedy że już ma poród za sobą.
    Gdzieś przed 4:00 nie pozwolili mi już opuszczać porodówki. Przyszedł czas na badanie – 6-7 cm!!! Po badaniu poczułam dziwne parcie, jakby na kupkę. Zaczęło mnie mdlić przy każdym skurczu, ból stawał się nie do zniesienia. Okazało się że to już skurcze parte… Kazali powstrzymywać i oddychać – a to nie takie łatwe. Poprosiłam o coś na znieczulenie. Dostałam dolargan – wielkie g…..!!! Wcale nie poczułam się lepiej – a miałam przez jakiś czas przysypiać, a skurcze miały być mniej bolesne. Skończyło się na tym że czułam się jak na haju, język mi się plątał i trudniej mi się oddychało – także nie polecam!!!
    Pół godzinki później kolejne badanie – 8 cm i szyjka wisi z jednej strony. Musiałam leżeć na prawym boku z nogą w górze, ale nie pomagało, więc położna zafundowała mi masaż szyjki – auuuuuuuuuuuaaaaa!!!!
    Pozwolili mi wstać – na każdym Skórczu latałam po porodówce jak odrzutowiec – niezły mięli ze mnie ubaw!!! Na szczęście byłam jedyną rodzącą, więc nie mogłam robić wszystko co przynosiło mi ulgę, nie martwiąc się , że komuś przeszkadzam.
    O 5:00 miałam już pełne rozwarcie, tylko z tą szyjką było coś nie tak, więc musiałam się nadal męczyć, żeby nie przeć. Ale kwadrans później położna się zlitowała, rozłożyła (złożyła?) łoże i się zaczęło. Mąż z teściową przyciskali mi mocno nogi do brzucha a ja parłam ile wlezie, ale coś mi nie wychodziło, bo udało mi się tylko siusiu zrobić . I znowu mięli ze mnie ubaw.
    Zostałam w końcu poinstruowana, żeby ‘robić kupkę’ i jakoś szło. Parcie to naprawdę sama przyjemność. Pamiętam tylko jak się przeraziłam gdy ujrzałam położną z takimi wielkimi nożycami do cięcia krocza. Zbliżała się do mnie a ja umierałam ze strachu. Zamknęłam oczy i… nawet nie wiem kiedy mnie ciachnęła. Nacięcie naprawdę nic nie boli. (Potem dowiedziałam się, że pękła mi też pochwa – cała po długości – a ja nic a nic nie czułam!!!!) Nigdy nie zapomnę gdy ujrzałam główkę maleństwa między nogami – multum czarnych, długich włosków – piękny widok!!! Jednak najbardziej się ucieszyłam gdy usłyszałam, że jeszcze jedno parcie i kończymy. I tak o 5:33 usłyszałam króciutkie łeeeeeeeeeeee, i na moim brzuszku wylądował taki cieplutki mały człowieczek. Mój synek… Wtedy już nic innego nie miało znaczenia. Pamiętam że był taki purpurowo siny – następstwo okręcenia pępowiną wokół szyjki. Dostał za to 9 punktów, ale w 5 minucie było już 10 .
    Po narodzinach zabrali małego na badania, a ja urodziłam łożysko, poddałam się łyżeczkowaniu (wg mnie to było łopatowanie), czyszczeniu i szyciu. I chyba to było najgorsze. Ciągłe polewanie jodyną, ból pomimo znieczulenia (chyba bardziej urojony niż prawdziwy)… Po fakcie(buuuuuuuu) dowiedziałam się że na życzenie usypiają do czyszczenia i szycia….
    Po wszystkim przynieśli mi maluszka i tak leżeliśmy sobie i próbowaliśmy się karmić przez 2 godzinki. A mały zamiast ssać tylko wpatrywał się we mnie tymi swoimi granatowymi oczętami…
    Potem odwieźli nas na oddział. O 8:00 poszłam już pod prysznic. Najgorsze są pierwsze 2-3 dni. Teraz jestem 11 dni po porodzie i czuję się jakbym w ogóle nie rodziła.

    A jeżeli chodzi o sam szpital – opieka dobra. Położne w większości miłe, pomocne. Przychodziły nawet przewijać małego, bo na początku nie dawałam sobie rady. Opieka lekarska bardzo dobra (nie dałam ani złotówki).
    Szwy zakładają standardowo rozpuszczalne – trochę kłuje gdy się zaczynają rozpuszczać, ale do przejścia. Do domku wyszliśmy w czwartek, w 3 dobie po porodzie. Aha, o przebytą szkołę rodzenia nikt mnie nie spytał ( podobno trzeba mieć zaliczone 6 godzin do porodu rodzinnego na parkitce).

    Muszę się przyznać że nie sądziłam że dam radę urodzić naturalnie i to bez znieczulenia. A szczerze mówiąc wcale nie było tak okropnie jak to sobie wyobrażałam!!! Naprawdę nie ma się czego bać. Ja tylko niemiło wspominam pierwszą fazę porodu – skurcze były strasznie bolesne – ale u mnie trwała tylko 4 i pół godzinki, z czego te najgorsze bóle to może godzinke więc nie mam powodu do narzekań.

    Naprawdę, życzę Wam wszystkim tak łatwych i szybciutkich porodów jak mój!!!!

    Pozdrawiam Was wszystkie serdecznie!!!! Agata i Danielek

    #966685

    zupa

    Re: Moj porod w WSZ w Czestochowie

    Strasznie gratuluję. Jak dla mnie jesteś wielka! A jeszcze po wszystkim mówisz,ze to dla Ciebie było małe piwo 😉
    Jeszcze raz gratuluję syna, niech się zdrowo chowa.
    Ale wybacz, jedna rzecz muszę napisać.
    To, że lekarz odrzucił Twoje skierowanie na cesarkę, to chamsto, świństwo i sku…stwo. Ja bym poszła z tym do sądu. Conajmniej.
    „””Po fakcie(buuuuuuuu) dowiedziałam się że na życzenie usypiają do czyszczenia i szycia…. „””
    A to, to po prostu nie mieści mi sie w głowie. Jak można, zwierzęta!
    Jaka ja jestem losowi wdzięczna, że nie rodziłam w Polsce…
    Ale to nie do ciebie Agatek, to tak moje wewnętrzne uffff.
    Jeszcze raz gratulacje. Ślicznego masz synka 🙂

    Zupa i Gabi (20.10.2003)



    #966686

    mamasylwka

    Re: Moj porod w WSZ w Czestochowie

    Fajny poród z zaskoczenia… Gartuluję synusia.
    Pozdrawiam

    Kasia, Sylwek 15.09.2003 i Ola 29.09.2005

    #966687

    Anonim

    Re: Moj porod w WSZ w Czestochowie

    GRATULACJE

    Natalka 19.05.05

    #966688

    bib

    Re: Moj porod w WSZ w Czestochowie

    O widze, ze zaliczylam ta sama porodowke, tylko ze ja podwojnie. A w nocy to sie cudownie rodzi, cisza, spokoj, nikt nie przeszkadza ;))) A co do szkoly rodzenia, moj gin powiedzial do meza tak:
    – Ma Pan nie przeszkadzac personelowi i pomagac zonie jak sie bedzie dalo. Szkola rodzenia zaliczona.
    I wbil pieczatke w karcie ciazy ze szkole rodzenia zaliczylismy :))
    A mozesz mi na priwa napisac z jakim lekarzem rodzilas. Tak tylko jestem ciekawa :))
    I GRATULUJE SYNKA !!!!

    Monika, Adaś (18.09.03) i Izunia (9.08.05)

Postów wyświetlanych: 5 - od 1 do 5 (wszystkich: 5)


Forum ‘Wszystko o porodzie’ jest zamknięte dla nowych tematów i odpowiedzi.

Close