Forum: Pamiętniki

Moja droga do macierzyństwa – cz. I

O dziecku myślałam już od kilku lat, ale najpierw chciałam skończyć studia, zdobyć stabilną pracę, urządzić się jakoś w życiu…
Kiedy zaczynał się zeszły rok wiedziałam, że będzie wyjątkowy…nie wiem skąd, ale po prostu wiedziałam…Moje marzenia zaczeły się spełniać kiedy w lutym obroniłam piątkowo magistra.
Od stycznia 2003, po kilku latach, przestałam brać tabletki antykoncepcyjne…chciałam dać sobie kilka miesięcy na przygotowanie organizmu do ciąży (starania mieliśmy zacząć mniej więcej od września na wakacjach . Wcześniej lekarz zdiagnozował u mnie PCO, więc zdawałam sobie sprawę, że moja droga do macierzyństwa będzie długa.
Pierwszy okres po odstawieniu tabletek pojawił się po 45 dniach. Drugi już się nie pojawił…czułam, że to jest TO. Kupiłam test…wcześniej też kupowałam kiedy okresu nie było zbyt długo i zawsze był negatywny. Tym razem nie zdążyłam go położyć na półce, żeby odleżał swoje parę minut a tu widzę dwie grube krechy!! byłam w szoku, nie spałam całą noc…Następnego dnia poszłam do lekarza (już chyba tylko po potwierdzenie). Okazało się, że to 7 tydzień. Wracając do domu płakałam…chciałam dziecka, ale nie w tej chwili, nie teraz…nie byłam do tego przygotowana fizycznie i psychicznie. Mój jeszcze wtedy “nie-mąż” domyślił się, że będziemy mieć nasz mały cud i tylko mnie przytulił a ja znów się rozpłakałam.
Byliśmy razem od 3 lat. Nasi rodzice od dłuższego czasu nalegali na ślub – my zawsze znaleźliśmy jakieś wytłumaczenie…a teraz nagle mówimy im, że organizujemy ich spotkanie. I to czym prędzej…Oświadczyliśmy im, że chcemy się pobrać…oni na to kiedy? a my – w czerwcu…następnego roku?? nie tego…Spotkanie nie było już tak miłe, bo rodzice mieli inna koncepcję ślubu i wesela niż my. Miało być hucznie, na 200 osób, takie prawdziwe weselicho…a my chcieliśmy kameralnie, bez tańców i hulanek…Spotkanie skończyło się kłótnią. Ja nie wyobrażałam sobie siebie tańczącej, bawiącej gości kiedy mdliło mnie od rana do nocy a poza tym sama świadomość bycia w ciąży była dla mnie szokiem. Wystarczyło mi już emicji…
Po kilku kłótniach, moim płaczu itd. staneło na tym, że wszystko załatwialiśmy sami. Dobijał mnie tylko ten pośpiech, latanie za kiecką, fotografem itd. a, że był to czerwiec wszystkie terminu były zajęte. I dalej uważam, że Opatrzność nad nami czuwała, bo wszystko udało nam się zapiąć na ostatni guzik. Nawet mdłości minęły mi na dwa dni przed ślubem.
To było 14 czerwca 2003.

Wioletta i Tomek 24.11.03

2 odpowiedzi na pytanie: Moja droga do macierzyństwa – cz. I

nena75 Dodane ponad rok temu,

Re: Moja droga do macierzyństwa – cz. II

Po ślubie mieliśmy chwilę oddechu, pojechaliśmy nad morze a wcześniej jeszcze znaleźliśmy dla naszej rodzinki mieszkanko. Brzuszek był już coraz bardziej widoczny a ja wreszcie poczułam mojego wiercipiętkę [uśmiech].
Ciążę znosiłam wzorowo, żadnych zwolnień z pracy itd. Kiedy skończyłam 21 tydzień pojechaliśmy na USG połówkowe. Wszystko było w porządku. Na koniec lekarz spytał się nas czy wiemy co będzie? My na to, że nie…a lekarz: no dziecko nie odebrało Pani urody (miło z jego strony – będzie chłopiec. Widziałam jak mąż napuszył się jak kogucik z dumy . Od razu obdzwoniliśmy wszystkie babcie i dziadków, byliśmy przeszczęśliwi…Synek rósł, nasze mieszkanko też się budowało…Idylla trwała. W 33 tygodniu czekało nas kolejne USG. Tyle się naczytałam o nowej technologii 3D, że zapragnęliśmy zobaczyć jak nasz dzidziuś wygląda. Zapisaliśmy się do dr Roszkowskiego (W-wa), wizyta zaczeła się niezbyt mile, ale taki ten doktor już jest…warto jednak było znieść jego humorki dla zobaczenia buzi mojego synka…był taki cudny i taki …prawdziwy. Wróciliśmy do domu i od razu wysłaliśmy mailem zdjęcia do teściów (moi rodzice są „na bakier” z techniką). Teściowa się rozpłakała ze wzruszenia, że widzi swojego wnuka…
Następnego dnia rano poszłam do łazienki na siusiu. Zobaczyłam krew…obudziłam męża, że dzieje się coś złego. Pojechaliśmy do lekarza, dostałam od razu skierowanie do szpitala. Pojechaliśmy do IMiDz. Nie wiedzieliśmy jak się połapać w tych wszystkich blokach szpitalnych, więc zostawiliśmy za daleko samochód i zrobiłam sobie jeszcze niezły spacerek. Na izbie przyjęć podłączono mnie do KTG…miałam regularne skurcze co 2-3 minuty (mimo, że ich wogóle nie czułam!!). Diagnoza – zagrożenie porodem przedwczesnym. Kazano mi się przebrać i zaprowadzono na porodówkę. Cały czas myślałam Boże na mnie jeszcze nie czas, ja tu nie chcę leżeć, to jakiś zły sen, ja jeszcze NIE MOGĘ urodzić!! ryczałam…Dostałam sterydy na rozwój płuc. Leżałam samiuteńka od 11 do 16 w fioletowej, psychodelicznej sali. W tym czasie słyszałam krzyki rodzących z sali obok co jeszcze bardziej mnie dobijało. Przed wieczorem skurcze ustały…przewieziono mnie na patologię. Dostałam końską dawkę fenoterolu w kroplówce…nie spałam w nocy…
Następnego dnia dowiedziałam się, że poleżę jakiś tydzień, może dwa. Wiem, że może to się wydać śmieszne lub dziwne, ale ja wpadłam jakąś depresję szpitalną. Dobijały mnie te ciągłe badania: 6 rano mierzenie temperatury, zaraz KTG na przedwojennym sprzęcie który się non-stop psuł, potem śniadanie, krzyżówki, rozmowa z dziewczynami (miałam nakaz leżenia, więc spacerowałam tylko do łazienki, ale i to nie było łatwe, bo musiałam zabierać ze sobą kroplówkę), potem obiad i zaraz potem KTG (aparatów było za mało, więc zaczynaliśmy o 14:00). Potem drzemka, kolacja i obchód. Po dwóch dniach odłączono mi kroplówkę i przeszłam na tabletki. Codziennie zmniejszano mi dawkę aż 6 dnia zjadałam tylko magnez. Przez kolejne cztery dni czekałam jak na zbawienie na każdy poranny obchód, żeby lekarze mi powiedzieli, że mogę iść do domu (krwawienie ustało, skurczy brak). A oni z dnia na dzień zmieniali zdanie (miałam podwyższoną ilość białych krwinek). Lekarze mówili, że mogę iść, ale ordynator nie pozwalała na wypis. Zaczełam powoli histeryzować, 10 dnia nie wytrzymałam i wypisałam się na własne żadanie. Nawet nie wiecie jak mi dobrze zrobił ten powiem świeżego powietrza – mąż odbierał mnie o 19:00 wieczorem a ja byłam przeszczęśliwa. Wróciliśmy do domu, byłam pod stałą kontrolą swojej ginekolog. Mimo, że bardzo dużo leżałam, od czasu do czasu pozwalałam sobie na spacerki po ulicy. I tak nic nie robiąc dotrwałam do 37 tygodnia.

Wioletta i Tomek 24.11.03

nena75 Dodane ponad rok temu,

Re: Moja droga do macierzyństwa – cz. III

Pod koniec 36 tygodnia już ledwo chodziłam, ciężko mi było się przewracać na bok w nocy, ciężko wstawać. Powiedziałam do męża, że już bym chciała urodzić (torba dla mnie i dla Tomka stała pod drzwiami). On na to, że chyba nie mówię poważnie, przecież jeszcze mam do terminu 3 tygodnie, że jeszcze nic nie jest gotowe: nie mieliśmy łóżeczka, ubranek (tylko 2 kaftaniki na pierwsze dni w szpitalu).. A ja się uparłam, że od 24 listopada biorę się za mycie okien, podłóg, pranie dywanów itd., żeby tylko już urodzić. Nie przed 24, bo wtedy byłby Skorpion a my chcieliśmy Strzelca (taka fanaberia . 24 listopada miałam wizytę kontrolną u lekarki. Standardowo ważenie i mierzenie ciśnienia. Pielęgniarka powtórzyła dwa razy: 160/110 i duży przyrost wagi w ciągu ostatniego tygodnia. Dostałam od razu skierowanie do szpitala. Pojechałam znów do IMiDz, ale nie panikowałam już tak jak za pierwszym razem, bo wiedziałam co mnie czeka. Maksymalnie tydzień na patologii a potem wywołanie porodu, bo dziecko jest już dojrzałe do samodzielnego życia, więc nie ma co zwlekać. Ta sama procedura na izbie przyjęć, na KTG skurczy brak, tętno dziecka prawidłowe, ale ciśnienie 160/120. Podejrzenie gestozy. I znów zawleczono mnie na porodówkę. Tym razem trafiła mi się sala różowa (łaskawcy…). Podłączono KTG, ciśnieniomierz i kroplówkę z lekiem na obniżenie ciśnienia. Tak sobie leżałam i leżałam, znów za ścianą rodziły kobiety, kroplówka sobie płynęła, ciśnienie spadało, aż osiągnęło 120/75. I wszystko byłoby pięknie gdyby nie to, że zauważyłam zaniki tętna mojego synka. A tam gdzie się pojawiało widać było spadek ze 140-150 na 120, 110,..90. Zawołałam lekarza, zrobił się szum wokół mnie, decyzja: musimy zakończyć ciążę cesarskim cięciem. Ledwo zdążyłam zadzwonić do męża, że CHYBA będę miała cesarskie cięcie. On: jak to? Ja mówię nie wiem, sama jestem w szoku, przyjeżdżaj. W ciągu minuty postawiono przede mną łóżko operacyjne i kazano się przebrać w szpitalną koszulkę.
Położono mnie pod jaskrawymi lampami, wszędzie pełno ludzi, pokrzykiwania: szybciej, nie ma czasu. Zakładanie cewnika –krzyknęłam, że boli…Wysmarowano mi brzuch jodyną, w oczach miałam łzy, tak bardzo się bałam…Paradoksalnie wszyscy ratowali życie mnie i mojemu dziecku a ja myślałam, że umieram. Przyszło dwóch chirurgów, staneli nade mną ze skalpelami i czekali na znak anestezjologa kiedy mogą zacząć ciąć. A ja się tak bardzo bałam, że zrobią to za wcześnie i, że będę wszystko czuła. Spytałam się tylko czy będzie mnie bolało…Miła pani anestezjolog pogłaskała mnie tylko po głowie i powiedziała proszę być spokojna. I zapadła ciemność…Był 24 listopada 2003 godz. 15:55.
Wydawało mi się, że mineło pół minuty kiedy kazali mi się obudzić. Próbowałam usiąść, ach jak bolało…brakowało mi oddechu, miałam poranioną krtań, bo byłam zaintubowana. Przewieziono mnie na salę pooperacyjną, tam dostałam dreszczy po narkozie i miałam odruchy wymiotne, ale na szczęście tego dnia prawie nic nie jadłam. Do tego kaszel z podrażnionej krtani. Te skurcze brzucha powodowały rozdzierający ból świeżej rany. Kiedy położna położyła mi rękę na brzuchu sprawdzając gdzie jest macica, zawyłam z bólu, bo myślałam, że dociska z całej siły a ona tylko lekko dotkneła brzucha.
Pozwolili zobaczyć się ze mną mojemu mężowi. Wszedł trupioblady. Powiedział, że widział jak jeszcze leżałam na stole, wokół było pełno krwi, nie wytrzymał, nogi się pod nim ugięły i musiał wyjść na korytarz. Ale to on pierwszy zobaczył Tomka. Nasze kochane 2590g i 52 cm. Powiedział wtedy, że mały urodził się z objawami niedotlenienia. W pierwszej minucie dostał 5 pkt Agar, w 5 – 7. Bardzo szybko się wychładzał. Dlatego poleżał przez noc w cieplarce. Dostał też tlen.
Tak bardzo chciałam go zobaczyć…po ok. dwóch godzinach przyszła pielęgniarka z małym zawiniątkiem. Wiedziałam, że to mój syn. Spał sobie smacznie, a ja tylko powiedziałam jaki on podobny do taty [uśmiech]. Powiedziano mi, że dziecko samo oddycha, samo je, że wszystko jest w porządku i rano będę go mogła zabrać na oddział. O 2 w nocy położna zakomunikowała mi, że do 6 rano muszę sama wstać, bo o tej godzinie mają kolejną operację i potrzebne jest miejsce a ja idę na oddział położniczy. Myślałam, że to niemożliwe, bo w nocy nawet nie było mowy, żebym przewróciła się na bok a co dopiero mówić o wstawaniu…ale udało się. O 6 rano zaczełam wysyłać do wszystkich sms-y. Zadzwoniłam do mamy – już nie spała. Powiedziała tylko, że zawsze wiedziała, że jestem dzielna. Kochana Mama [uśmiech]. Za kwadrans, zgięta w pół poczłapałam za pielęgniarką na salę…Przed wejściem czekał na mnie mój mąż. Nieogolony, niedospany…Po chwili przyjechał „wózeczek” z naszym Tomkiem. Oboje wpatrywaliśmy się w niego jak zahipnotyzowani.
Pierwszy dzień był spokojny. Mały jadł i spał, był wymęczony. Za to w nocy dał popis „arii” na zmianę z innymi dziećmi. Nosiłam go właściwie całą noc na rękach. Zapomniałam nawet, że po cc nie wolno nic dźwigać, nawet własnego dziecka, ale co tam, tak bardzo chciałam go tulić, całować te malutki łapki. Przez kilka pierwszych dni Tomek miał dwa sine koniuszki paluszków (pozostałość po kilkakrotnym pobieraniu krwi), dlatego tym bardziej byłam przekonana do imienia Tomasz – taki był z niego „Tomcio-paluszek”.
W szpitalu spędziliśmy prawie 4 doby. W piątek na porannym obchodzie – lekarka robiła chyba „hurtowe” wypisy. Spytałam się czy my też możemy iść do domu. Obejrzała szew, goił się bardzo ładnie. Dała zielone światło do wypisu pod warunkiem, że pediatra się zgodzi na wypis Tomka. Tak bałam się, żeby Tomek nie stracił na wadze, bo z wypisu nici. Bałam się, że zatrzymają nas, bo Tomek miał żółtaczkę fizjologiczną i wydawało mi się, że jest najbardziej żółtym dzieciaczkiem z wszystkich na sali a tu się okazało, że to my wychodzimy do domu. HURRRA!! Zadzwoniłam do męża, żeby po nas przyjeżdżał a on jak to? Przecież jeszcze nic nie gotowe, dopiero pościel uprałem. To nie było istotne. Tak bardzo chciałam już być w domku. Wychodząc ze szpitala ja niosłam Tomka, bo mąż bał się, że go upuści. Nie pamiętam czy wogóle wziął go na ręce w szpitalu. Taka to była kruszynka, że bał się, że mu zrobi krzywdę. Głuptas…Zapis w książeczce zdrowia, że Tomek urodził się z niedotlenieniem „ciągnie się” za nami do tej pory. 3 krotne USG głowy, neurolog, rehabilitant (podejrzenie o nierównomierne napięcie mięśniowe).

I tak powstała nasza rodzina. Tego samego dnia rano kiedy urodził się Tomek, mąż pojechał na odbiór techniczny naszego mieszkania dlatego do tej pory śmieje się, że tego samego dnia odbierał dwa prezenty od losu.
Dziś Tomek ma 9,5 m-ca. I kiedy piszę o tym wszystkim mam łzy w oczach, bo mimo, że moje macierzyństwo nie było planowane, jest największym cudem i szczęściem jakie mnie w życiu spotkało.

Wioletta i Tomek 24.11.03

Znasz odpowiedź na pytanie: Moja droga do macierzyństwa – cz. I?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Dla starających się
Kiedy mierzyć temerature?
Cześć dziewczyny, od 5 cykli mierzę temperaturę, ostatnio zanim wstanę rano budzę się conajmniej 2 lub 3 razy nad ranem mniej więcej ok.3 godz rano, a potem o 5, zastanawiałam
Czytaj dalej
Jedno- i dwulatki
Jakie i kiedy pierwsze buciki?
Witajcie, Anusia nie ma jeszcze roczku, ale wiem że jesteście bardziej doświadczone i może odpowiecie na moje pytanie, jakie i kiedy kupić dziecku pierwsze buciki? napiszcie o swoich doświadczeniach? Dzięki:) Gosia i
Czytaj dalej