Moja relacja z porodu

Postów wyświetlanych: 10 - od 1 do 10 (wszystkich: 10)
  • Autor
    Wpisy
  • #36215

    kra

    Termin miałam na 8 listopada. Pierwszy raz na KTG poszłam tydzień przed terminem. Potem chodziłam co dwa dni, ale urządzenie nie wykazywało żadnych śladów zbliżającego się porodu. Po paru razach wykazało wreszcie jakieś skurcze, ale ja niestety ich nie czułam. Po kilku kolejnych badaniach nauczyłam się je rozpoznawać. To znaczy dalej ich nie czułam, ale potrafiłam już wymacać ręką 😉 Potem nawet coś jakbym czuła, ale było to na tyle delikatne, że musiałam sprawdzać ręką, czy to aby skurcz. Na KTG byłam tyle razy, że w końcu nauczyłam się nawet „oszukiwać” aparaturę i udawać skurcze napinając odpowiednio mięśnie brzucha.
    Kiedy dowiedziałam się, że dziesięć dni po terminie kładą do szpitala na obserwację, postanowiłam, że gdyby ciągle nic się nie działo, to wypróbuję miksturę z olejem rycynowym i śliwkami. Dni mijały, a porodu nadal nic nie zapowiadało. Z każdym dniem coraz bardziej się niecierpliwiłam, ale też coraz więcej miałam wątpliwości, czy ta mikstura, to aby dobry pomysł. Zaczęłam szukać innych metod. Skurcze ciągle były ledwo odczuwalne i muszę przyznać, że całkiem przyjemne, bo nie bolały, a dawały nadzieję. Przez kilka dni powtarzały się średnio co 7 – 15 minut.
    Tydzień po terminie poszłam na basen. Przepłynęłam 700 metrów. Myślałam, że to przyspieszy początek akcji porodowej. Myliłam się. Może gdybym w ciąży nic nie robiłam, to by zadziałało, ale na basen chodziłam co najmniej raz na tydzień, więc dla mojego organizmu nie była to żadna nowość. Osiem dni po terminie nie wytrzymałam już i zaczęłam działać. Herbatka z liści malin i sex (tego ostatniego próbowałam już wcześniej, ale bezskutecznie). Około godziny 22 zaczęłam wyraźniej odczuwać skurcze, ale częstotliwość nie zmieniała się. O północy położyłam się spać. Dwie godziny później obudził mnie ból. Wreszcie porządny skurcz! Czekałam na następny z zegarkiem w ręku. Powtarzały się już częściej, ale nadal nieregularnie, średnio co 4 – 7 minut. Długo myślałam, ale uznałam, że skoro nie są regularne, to jeszcze nie trzeba jechać do szpitala. Chciałam też, żeby mój mąż miał szansę się wyspać przed tym wielkim wydarzeniem, więc profilaktycznie nawet na chwilę go nie zbudziłam. Mnie jednak nie udało się już zasnąć. Czas szybciej mija, kiedy jest podzielony na kilkuminutowe odcinki. Leżałam tak z zegarkiem w ręku i mierzyłam odstępy. Nic się nie zmieniało. Może trochę mocniej bolało. Jak tylko zaczynałam usypiać, natychmiast znowu budził mnie ból. Zrezygnowałam ze snu. Czekałam do rana. Ale sytuacja ciągle nie zmieniała się. Rano ustaliliśmy z mężem, że on pójdzie jednak do pracy, a gdyby coś się przyspieszyło, natychmiast po mnie przyjedzie. Czekałam. Bolało coraz bardziej. Byłam śpiąca i głodna, bo jakoś nie mogłam nic zjeść. Wieczorem mieliśmy iść na kolejne KTG. Skurcze były już na tyle bolesne, że w czasie ich trwania nie mogłam stać ani mówić, ale nie był to jeszcze ból nie do wytrzymania. Byłam pewna, że tym razem już mnie zatrzymają w szpitalu, więc jadąc na badanie zabrałam wszystkie rzeczy. Zwłaszcza, że za kilka godzin już zaczynała się ta nieszczęsna dziesiąta doba po terminie.
    Po badaniu okazało się, że skurcze są, chociaż nieregularne (tyle to i ja wiedziałam) i rozwarcie na 2 cm. Lekarz powiedział, że jak chcę to mogę pojechać do domu, ale on przewiduje, że za parę godzin wrócę i urodzę. Zostałam. Była 20. Po osiemnastu godzinach skurczy byłam już nieźle zmęczona. Ustaliliśmy z mężem, że on pójdzie się przespać, a jak rozwarcie dojdzie do 5 cm, zadzwonię, żeby przyjechał. Miałam nadzieje, że to nastąpi niedługo bo na następny dzień planowany był strajk taksówkarzy i straszne blokady od wczesnych godzin rannych. Bałam się, że rano może nie zdążyć przyjechać na czas.
    Zostałam sama. Na Sali porodowej było więcej rodzących, niż miejsc, więc dostawiono mi jakieś łóżeczko. Czekałam. O 23:15 kolejne badanie rozwarcia. Jak ja tych badań nie lubię. To chyba najgorsze z całego porodu. 3 cm. Ktoś uznał, że postępy są na tyle małe, że nie muszę tu leżeć i zaprowadzili mnie do jakiejś Sali, ale jednocześnie kazano chodzić. Lekarz powiedział, że urodzę najwcześniej o 4 – 5 rano. Łaziłam jak głupiało korytarzu w tą i z powrotem. Było gorąco i duszno, a ilekroć wychodziłam na klatkę schodową, żeby pooddychać świeżym powietrzem, wybiegała za mną jakaś położna krzycząc, że się przeziębię i mam wracać na oddział. O 2:30 już nie wytrzymałam i zadzwoniłam do męża, żeby przyjechał, bo mnie bardzo boli. Po czterdziestu minutach był ze mną. Minęła już doba odkąd (według mnie) zaczęłam rodzić i byłam już naprawdę zniecierpliwiona. Około trzeciej stwierdzono rozwarcie na 5 cm. Od tej pory badano mnie bardzo często. Nie wiem, czy co godzinę, czy co pół, a może jeszcze częściej… I ciągle 5 cm. Podczas badań prężyłam się i krzyczałam, że nie chcę, że to boli, a lekarze się irytowali, że główka dziecka jest przecież większa, niż ich pięść. Moje argumenty, że główka przechodzi w drugą stronę nie działały. O 11:00 rozwarcie doszło już do 6 cm. Dostałam oxytocynę i jakiś zastrzyk, który miał przyspieszyć rozwieranie. Nic. Masaż szyjki też wiele nie pomógł. Czekaliśmy dalej. Około 3 po południu było 7 – 8 cm. Przyszedł lekarz z dziwnym długim przyrządem i przekłuł pęcherz płodowy. Poczułam, jak wypływa ze mnie ciepła ciecz. Powiedzieli, że teraz już pójdzie szybko. Skurcze były już bardzo często, ale nadal nieregularnie. Czasem co minutę, czasem co trzy. Po odejściu wód każdy ruch dziecka koszmarnie bolał a żeby było gorzej, ruchy powodowały skurcze i odwrotnie. Dodatkowo przeraźliwie bolał mnie odbyt. Myślałam, że oszaleję. Chciało mi się przeć – nie pozwalali. Rozwarcie na 8 cm, więc jeszcze nie mogę – mam czekać. Co chwila wysyłano mnie pod prysznic, ale ja ledwie byłam w stanie przejść parę kroków i musiałam siadać. Idąc siadałam na podłodze, wiłam się po niej. Było mi już kompletnie obojętne, jak to wygląda i co sobie ktoś pomyśli. Wszystko miałam mokre od wód płodowych i krwi. Było mi zimno i gorąco na przemian. Przyjechała moja mam i przywiozła mi szlafrok na zmianę. Trochę lepiej. Nie miałam już siły krzyczeć. Lekarze – moi śmiertelni wrogowie (tak mi się wydawało) nie pozwalali mi leżeć. Jak nie kąpiel, to skakanie na piłce. Nikt nie rozumiał, że jestem głodna (jeść nie wolno i koniec), że chce mi się spać, bo prawie nie spałam już ponad dwie doby. Krzyczeli, że źle oddycham. Pewnie, że źle, bo najchętniej w ogóle bym nie oddychała w czasie skurczu, bo oddychanie też boli. A kiedy już wykazywałam chęci i chciałam oddychać, to każdy mówił mi co innego i w końcu sama już nie wiedziałam, jak to robić. Szkoła rodzenia nie pomogła. Miałam już halucynacje. Wydawało mi się, że widzę papieża i, że on też rodzi na łóżku obok 😉 Po paru godzinach mój synek zaczął mnie kopać nawet podczas skurczów, widocznie też miał już dosyć tego gniecenia. Dla mnie to już było nie do wytrzymania. Ciągle 8 cm. Pytałam, dlaczego po tylu godzinach ciągle tu jestem, może zrobili by mi cesarkę, albo cokolwiek, ja już dłużej nie chcę. Chcę do domu. Lekarze najwyraźniej mieli mnie już dosyć. Niechętnie ze mną rozmawiali, a niektórzy wręcz omijali mnie szerokim łukiem. Nie do zniesienia było to, że przez cały mój pobyt na porodówce co parę godzin rodziły się dzieci. Kobiety przychodziły, trochę pokrzyczały i rodziły, a ja ciągle tam leżałam. Sama nie wiem, czy skurcze naprawdę były z każdą godziną coraz silniejsze, czy to po prostu mój zmęczony organizm tak to odbierał. Zaczęłam się domagać znieczulenia. Chciałam rodzić bez niego, ale w tym momencie było mi już obojętne. Liczyłam na to, że po znieczuleniu będę mogła się przespać. O 21:30 przyszła pani anestezjolog. Po pół godzinie już nic nie bolało. Zamiast pójść spać, nagle poczułam przypływ adrenaliny i dobrego humoru. Zaczęłam gadać jak najęta. Mój dzielny mąż, chociaż słaniał się na nogach, ciągle był przy mnie. Była też moja mama, chociaż nie wiem, kiedy przyszła. Do tej pory na przemian masowali mi krzyż, ale odkąd dostałam znieczulenie nie musieli już tego robić. Mogli wreszcie odpocząć. Okazało się, że to był dobry wybór. Znieczulenie przyspieszyło rozwieranie szyjki. Po półtorej godzinie było już okrągłe 10 cm i zaczęłam przeć.
    Skurczy partych nie czułam, to znaczy czułam, że skurcz się zaczyna, ale nie czułam bólu. Parłam i parłam. Wydawało mi się, że to trwało chwilę, po chwili lekarka położyła mi się na brzuchu i leżała tak parę minut „podskakując” na nim w czasie skurczu. To też nie bolało (znieczulenie), ale bardzo ciężko było wtedy oddychać. I wreszcie po chwili (to była tylko chwila, chociaż jak się później okazało trwała ona półtorej godziny) wycisnęli ze mnie dzidziusia. Była 1:05. Jedenasta doba po terminie. Wody były już zielone, a dziecko fioletowe. Położyli je na mnie tylko na chwilę, na czas przecięcia pępowiny i zaraz zabrali. Nie zdążyłam nawet zobaczyć jego buzi. Potem przynieśli jeszcze na chwilę, pokazali i znowu zabrali. Dostał 9 punktów Apgar. Nieźle, zważywszy na okoliczności. Sala nagle opustoszała. Zostałam tylko ja, lekarz i położna. Wcześniej był tłum, bo jeszcze mój mąż, kilku innych lekarzy, ze dwie położne, pediatrzy i osoby obsługujące urządzenie do odsysania noworodków.
    Łożysko nie chciało się odkleić. Wycisnęli/wyrwali je ze mnie. Potem leżałam półprzytomna i widziałam, jak wyciskają ze mnie krew. Dużo krwi. Przez chwilę przyszło mi do głowy, że może umieram, bo tu tyle krwi, a nic nie boli… To nawet nie była smutna myśl. Byłam chyba zbyt zmęczona, żeby się martwić. Zszywanie trwało 40 minut. Potem zasnęłam. Próbowali mnie budzić. Za każdym razem znowu zasypiałam. Było mi zimno. Tak zimno, jak nigdy dotąd. Leżałam tam jeszcze kilka godzin, bo ilekroć próbowali mnie podnieść i przewieźć na salę, natychmiast mdlałam.
    Synka przynieśli mi dopiero około 9 rano. Wcześniej parę razy próbowałam pójść i go poszukać, ale zanim wstałam, już z powrotem leżałam, a przed oczami miałam czarno. Co za straszna bezsilność.
    Wiktorek był piękny. Leżał spokojnie. Chyba spał – nie pamiętam. Dopiero wtedy uwierzyłam, że to wszystko zdarzyło się naprawdę, że to nie sen.

    PODSUMOWANIE: poród trwał 47 godzin (licząc od momentu, kiedy skurcze uniemożliwiły mi normalne funkcjonowanie). Gdyby nie znieczulenie (podane w ostatniej chwili), zrobiliby mi cesarkę, bo postępy porodu zatrzymałyby się na dobre – to słowa lekarza. Moim zdaniem i nie tylko moim lekarze zrobili błąd, że tak długo czekali z cesarką, bo dziecko już było niedotlenione. Ale na szczęście wszystko się dobrze skończyło. Z perspektywy czasu cieszę się, że jednak cesarki uniknęłam, chociaż, gdyby sytuacja się miała powtórzyć, uparłabym się, żeby mi ją zrobili, bo to mogło zaważyć na zdrowiu dziecka. Całe doświadczenie nie było takie złe. Chcę mieć jeszcze (co najmniej) jedno dziecko i chcę je urodzić naturalnie, najlepiej bez znieczulenia, ale jeśli poród będzie przebiegał tak samo, to zdecyduję się na nie o wiele wcześniej.

    POCIESZENIE dla tych wszystkich, które ciągle czekają na poród: nie chciałam nikogo straszyć. Z opinii lekarzy i pacjentek szpitalu, w którym rodziłam wiem, że mój przypadek to wyjątek. Zwykle poród trwa o wiele krócej i nie jest tak straszny. Nie bójcie się, będzie dobrze!

    Kra i Wiktorek (19.11.2003)

    #473177

    orchidea22

    Re: Moja relacja z porodu

    Uuups, dobrze ze się skończyło pomyślnie. Zzieleniałam czytając, w kazdym razie, i Bogu dziękuję, że muszę mieć cesarkę :))) W kazdym razie gratuluje poczucia humoru, wstawka o papieżu rozbawiła mnie do łez!!

    orchidea22



    #473178

    magdzik

    Re: Moja relacja z porodu

    Oj biedaku, ale się nameczyłaś. Ale jesteś dzielna, a teraz możesz przytulać owoc całego znoju i wysiłku. ja także nie miałam łatwego porodu i ostatecznie parłam przy 8 cm, które i tak uzyskałam przez rozciaganie w ostatniej chwili szyjki

    Pozdrawiamy,

    Magda i Albercik ur. 8.09.03

    #473179

    ciku

    Re: Moja relacja z porodu

    Przylapalam sie na tym , ze jak to czytalam to mialam zacisniete rece i cala bylam spieta…..to jest wlasnie to czego najbardziej sie boje. Ze nie bedzie postepu…..bidulko ale mialas przejscia:( Dobrze ze to juz za Toba i ze nie masz urazu do rodzenia drugi raz. to bardzo wazne. Ucaluj Maluszka:))

    Ciku i Kacperek
    12 luty 2004

    #473180

    marta76

    Re: Moja relacja z porodu

    Dzielna z Ciebie dziewczyna. Twój mąż musi być z Ciebie bardzo dumny.
    Wszystkiego naj dla Ciebie i Wiktorka!
    Marta i Marysia 4/07/03

    #473181

    kra

    Re: Moja relacja z porodu

    Oj jak bardzo ja chciałam już urodzić przy tych 8 cm. Ale teraz się cieszę, że mi nie pozwolili… Współczuję Ci. Bardzo „źle” się to dla Ciebie skończyło? Mam na myśli pęknięcia i inne takie.
    A swoją drogą zastanawiam się, czy kłopoty z rozwieraniem są cechą osobniczą (czy jak to nazwać). To znaczy, czy następnym razem też tak będzie?
    Pozdrawiam

    Kra i Wiktorek (19.11.2003)



    #473182

    kra

    Re: Moja relacja z porodu

    Oj jak bardzo ja chciałam już urodzić przy tych 8 cm. Ale teraz się cieszę, że mi nie pozwolili… Współczuję Ci. Bardzo „źle” się to dla Ciebie skończyło? Mam na myśli pęknięcia i inne takie. A dlaczego nie zrobili Ci cesarki?
    A swoją drogą zastanawiam się, czy kłopoty z rozwieraniem są cechą osobniczą (czy jak to nazwać). To znaczy, czy następnym razem też tak będzie?
    Pozdrawiam

    Kra i Wiktorek (19.11.2003)

    #473183

    magdzik

    Re: Moja relacja z porodu

    Ja miałam wogóle bardzo długą szyjkę i w 24 tc wybosiła ona 5 cm, a w 36tc 3,5 cm. Szyjka więc niewiele mi zmalała do samego porodu. Miałam już skurcze porodowe, a szyjka się jeszcze skracała, nie mówiąc o rozwieraniu. Ogłonie kacja porodowa przebiegała bardzo wolno. Troszeczkę za to winą obardzam lekarzy i położne, które nie miały czasu odpowiednio się mną zając… może bym się mniej nacierpiała… bo tego dnia miały istny wysyp porodów, a ich było za mało. Skurcze parte zaczeły mi sie godzinę przed urodzeniem, a rodziłam bez zzo więc każdy skurcz bolał i to bardzo. Kazano mi powstrzymywać parcie, ale ja wycieńczona kilkunastą godziną bolesnych skurczy już nie miałam siły. Około 16-tej stwierdzono, że mam 6 cm rozwarcia w skurczu i mam czekać… mąż wywalczył o salę porodową dla mnie. Na sali przez rozciągnięcie w trakcie skurczu uzyskano 8 cm, a chwilę potem, może jakieś 10 minut, zaczełam już przeć, bo nie byłam już w stanie całego procesu zatrzymać. Po 10 minutach parcia wyskoczył, dosłownie, Albercik.
    Owszem, bardzo popękałam… pamiętam jak widziałam całe zakrwawione krocze w drzwiach szklanych pokoju porodowego.. wyglądało strasznie, ale ja już czułam się lepiej, bo nie cierpiałam. Zszywanie trwało ze 40 minut – ile szwów nie wiem. Przy porodzie także mnie bardzo nacieli.
    Było ostro, ale co tam, mam to już za sobą. Ból jaki wówczas miałam wydaje mi się jakby był nie moim…. o wszystkim już prawie zapomniałam. To oczywiście za sprawą Alberta.

    Pozdrawiamy,

    Magda i Albercik ur. 8.09.03

    #473184

    mamma

    Re: Moja relacja z porodu

    ZUCH MAMUSIA !!!
    Wieeelkie gratulacje…

    Aga-mama Dominiki (5.12.2001)

    #473185

    erika26

    Re: Moja relacja z porodu

    Bylas baaaardzo dzielna! a lekarze to troche konowaly zamiast zrobic cesarke.. woleli ryzykowac niedotlenienie dziecka.. ehh !!! Mam nadzieje ze moj porod bedzie troszke szybszy!
    Pozdrawaim cie.. i twojego rownie dzielnego synka

    Erika26
    +Paulisia-15 marzec

Postów wyświetlanych: 10 - od 1 do 10 (wszystkich: 10)


Forum ‘Wszystko o porodzie’ jest zamknięte dla nowych tematów i odpowiedzi.

Close