Narodziny Tusi. Cesarskie cięcie w Toruniu.

Ta noc zapowiadała się całkiem zwyczajnie. Położyłam się ok. 23 i zasnęłam natychmiast. Nie wiem, ile spałam, ale w pewnym momencie obudziło mnie całkiem głupie uczucie : jeszcze jakby w półśnie przypomniałam sobie, że nie włożyłam ceratki pod prześcieradło.
„Kurcze – myślę sobie – jakby mi wody w nocy odeszły to zaleję całe łóżko”. I w tym momencie poczułam – i to już całkiem realnie – jak robi mi się mokro. Nigdy… do końca życia nie zapomnę tego momentu. Dziwne, ale ta właśnie chwila, kiedy uświadomiłam sobie, że to już dziś, była najbardziej ekscytującym momentem mojego porodu. Struchlałam. Naciągnęłam kołdrę na głowę, żeby uciszyć szczękanie zębami. No dosłownie, serce waliło mi jak młot. Leżałam tak dłuższą chwilę jak osłupiała, jakby nie bardzo do mnie docierało, co sie dzieje. Chciałam tę chwilę zatrzymać jak najdłużej. Chciałam, żeby trwała. Bałam się ją spłoszyć Czułam, że ten moment zapamiętam do końca życia. Poczułam, znów leci. Myślę sobie, “Jezu, to dziś. Tusia, dzisiaj się zobaczymy”. Myśle dalej ( z głową pod kołdrą i walącym sercem ) : “Który dzisiaj jest… 12… aha, 12 października 2004, tego dnia urodzi się moja córka… Boże, to dzisiaj… Nie, to, niemożliwe” . W pewnym momencie ogarnął mnie przypływ świadomości : ” A jak nie zdąże do szpitala???” Wyskoczyłam z łózka, patrzę na zegarek, 3.10, no ładnie, w nocy, a tak chciałam, żeby to sie stało w dzień. Idę do łazienki. Myję zęby, zakładam soczewki do oczu, biorę prysznic. Ide do kuchni sparzyć mamie kawę. Z tą kawą ide do pokoju, do mamy, budzę ją delikatnie, ona półprzytomna nie wie, co sie dzieje. “Zrobiłam ci kawę” – mówię najspokojniej w świecie. “A co, już rano? Zaspałam?” – śmiać mi się chce, bo nie wiem, jak wydusić z siebie, że rodzę. Po pierwsze było mi jej żal, że spanikuje, a po drugie czułam satysfakcję i niesamowite podniecenie, że mogę tę wiadomość zachować jak najdłużej dla siebie…. że to takie moje… takie tylko moje… “Wody mi płyną” – wydusiłam w końcu. “Tylko sie nie denerwuj, zostań, sama pojadę, ty przyjedziesz potem, jest noc i tak szybko nie urodze, będziemy w kontakcie” – gadam, chociaż sama w ten kontakt nie wierzę, bo wiem, co mnie czeka. Pamiętam tylko, że mam mieć cesarkę i nie wolno mi nic pić, nawet wody. Ubieram się, wkładam podpaskę, chociaż wiem, że i tak nic nie da. Nie chciałabym tylko zalać taksówki, bo jakoś głupio, ale trudno, nic nie poradzę. Powoli, bez paniki, pakuję dokumenty, pieniądze… i nagle czuję straszny ucisk w dole brzucha. Jakbym miała zaraz dostać okres, tylko dużo silniejszy. Myślę sobie, “Jezu, a jak rzeczywiście nie zdążę???” Zamawiam taksówkę, schodzę, wsiadam, w drodze gawędzę z kierowcą o dzieciach i porodach. Nic nie popłynęło, ufff. Wchodzę na izbę przyjęć. Pusto, przygaszone światło, zaspana położna “Co sie dzieje ?” A ja : “Wody mi płyną” . “Aha, proszę sie przebierać, ja bede wypełniać dokumenty”. W tym momencie reszta wody na podłogę, położna sie śmieje, “niech sie pani nie przejmuje, tak zawsze jest…” Już mi lepiej, ale dziwnie, kiedy leci i nie da się tego powstrzymać. Przywożą wózek, “proszę siadać, jedziemy”. “A może ja jednak pójdę pieszo?” – chyba śmiesznie brzmi moje pytanie, bo gromią mnie wzrokiem i już jesteśmy w windzie. Nikt mnie nigdy nie wiózł na wózku, idiotyczne wrażenie. Wjeżdżamy na blok porodowy, do gabinetu lekarskiego, tam już czekają dwie położne, szybki wywiad, papiery, wskazanie do cięcia, jakaś mnie powala na kozetkę, jakaś niesie maszynkę jednorazową, żeby mnie podgolić. Nawet tego nie zauważyłam. Położne bardzo miłe. Potem wtaszcza sie pani doktor, zaspana, w wymiętych ciuchach na lewą stronę. Kiedyś miałam z nią do czynienia i modliłam sie tylko, żeby już nigdy na nią nie trafić, a tu masz… i to w takim momencie. No więc wlazła jakby mnie chciała w drzwiach zabić, że jej noc przerywam, coś pomruczała, położna pomaga mi sie przedostać na fotel, tamta mnie bada, że aż wszystkie gwiazdki z bólu widzę. Nie wiem, czy jest rozwarcie, bo coś mruknęła i poszła. Potem zawożą mnie na salę przedporodową, podłączają ktg, pobierają krew… gaszą światło i mówią , że mogę sobie pospać Dobre sobie, spać, w takim momencie. Jest 5.30 rano. Otuchy dodaje mi tylko fakt, że już rano i że zaraz przyjdą normalni lekarze, a tamta skończy o 7 swój nocny dyżur. W końcu mogłam mieć pecha i trafić tu poprzedniego dnia wieczorem… nie daj Boże… wtedy byłabym zdana tylko na nią. Ok 6 czuję pierwszy skurcz. “Nic to, myślę sobie, tak szybko sie przecież nie rodzi. Przez cały czas zagląda do mnie inny lekarz, który ma dyżur. Do ósmej skurcze mam już co 20 minut, dostaję kilka kroplówek pod rząd, po obchodzie już wiadomo, że robimy cięcie jak tylko pojawi sie anestezjolog, który ma w tej chwili planowe zabiegi na chirurgii. Więc czekam. Ktoś przychodzi co chwile i pyta, co ile mam skurcze, ja zgodnie z prawdą, że co 15… potem 10… potem 8 minut. A oni, że muszę wytrzymać. No to czekam, chociaż ból już mi przesłania świadomość i zaczynam nie zauważać, gdzie jestem i co tu robię. Pamiętam tylko, że mam oddychać, bo przy takim bólu odruchowo wstrzymuje się oddech, a ja przecież wiem, że mam myśleć i oddychać za dwoje. Ok 11 skurcze mam już co 3 minuty. Boli mnie krzyż, jakby mi kto kręgosłup rozłupywał, nie mogę leżeć, a o chodzeniu mowy nie ma bo kroplówka. Ok 11.30 wpadają na salę 3 położne z wielkim łóżkiem, a ja nawet nie zauważam, że to dla mnie. Coś gadają jedna przez drugą, zdzierają ze mnie koszule, przerzucają na to łóżko, jedna mi wciska cewnik w pęcherz, paskudne uczucie, brr. Skurcz łapie mnie w nogę, krzyż mi pęka, brzuch mi rozsadza od środka, Tusia sie wyraźnie pcha na świat, a ja chyba jęczę, bo ktoś coś słodko do mnie mówi jak do dziecka. Chyba żałośnie wyglądałam. Przykrywają mnie kołdrą i jazda po korytarzach w tempie imponującym bo lampy mi migają dość szybko. Wjazd na salę. Ktoś mnie przerzuca na łóżko, a raczej wąski niewygodny stół. Nie moge uleżeć na tym czymś, bo co chwile mam taki skurcz, że mam ochotę krzyczeć. Pełno ludzi wokół, a mnie kompletnie wisi to, że jestem całkiem naga. Zresztą każdy robi swoje, ja też, bo liczę żarówki w lampie na górze, co świeci mi prosto w oczy. Cały ten hałas jest jakby poza mną, dociera do mnie, ale jakby przez szybę. Ktoś coś gada o prześcieradłach, ktoś mi wyciąga rękę, zakłada kroplówkę, aparat do mierzenia ciśnienia, klips na palec, ktoś mi nad głową gada, że nazywa się tak i tak i że bedzie mnie znieczulał, ktoś mnie o coś pyta, ale nie dotarło do mnie kto i o co. Potem ten anestezjolog każe mi się podnieść, żeby wkłuć igłę ze znieczuleniem w kręgosłup i prosi, żebym się bardziej zgięła w pół, a jak tu z dzieckiem w brzuchu się zgiąć i jeszcze kolana pod brodę wcisnąć ? Tylko wrzasnęłam mu, że nie teraz, bo teraz mam skurcz i musi się wkłuć między skurczami, bo nie usiedzę nieruchomo. A on, że mam sie bardziej zgiąć… Myśle sobie “Idioto, wsadź se piłke w gacie i spróbuj sie zgiąć”. Wreszcie się wkłuł. Znów leże. Ktoś mnie przykrył prześcieradłem, przed nos parawanik, weszło jakichś dwóch lekarzy. Znieczulenie zadziałało natychmiast, od piersi w dół nie byłam już sobą. Czuję cięcie, ale nie boli. Nad głową migają mi narzędzia, krew, sączki, gaziki, fuj. Nie mogę uwierzyć, że to moja krew, że to moja krew kapie z tych gazików na podłogę…. Nagle czuję szarpnięcie w brzuchu. Takie szarpnięcie, jakby mi się kto uwiesił na żebrach i tak szarpnął jakby chciał połamać. A sekundę potem, słyszę “miau miau”, jakby kotek był na sali. To była moja Tusia. Teraz to takie wzruszające, ale wtedy nie umiałam płakać. Byłam w szoku, że to moje dziecko… że właśnie mnie to spotkało… że to już… Ktoś pokazał mi ją zawiniętą w prześcieradło. Nie płakała, tylko kwiliła. Po paru minutach słyszę z tyłu : “Córka, 3350, 10 pkt !!” “Która godzina ?” – pytam położną. 12.15. Tzn, że urodziła sie o 12.10. Zszywanie trwało jeszcze 40 minut. Ktoś ze mnie zdziera prześcieradło, ktoś mnie przenosi na łózko, i znów jazda przez korytarz. Na położniczy, na salę pooperacyjną. Ciśnienie co 5 minut, kroplówki… Zero czucia przez 3 godziny. Potem zaczynam coś czuć. Najpierw ból. Zaraz potem zastrzyk przeciwbólowy. I tak co 3 godziny przez resztę dnia, przez noc i na drugi dzień. Krótko po cięciu wwieźli moją Tusię. Położna przystawiła mi ją do piersi, a ja tak patrzę… i myślę…. moje dziecko… moje dziecko… moje… moja córka… To chyba niemożliwe. Potem była ciężka noc, nie spałam ani przez moment. Tusię przynosili do karmienia gdzieś co 2 godziny, zawsze kiedy chciała, bo w szpitalu nie dokarmiają. Całe piersi miałam pogryzione, bolało, więc karmienie było istną gehenną. Łzy mi leciały, byłam zmęczona, ale szczęśliwa. O 5 rano przyszła położna i kazała nam wstać, bo było nas w tej sali kilka. Umyła nas, bo same nie dałybyśmy rady, zmieniła opatrunki i pomogła sie podnieść. A ja jak wstałam, tak padłam. Ciemno w oczach, huk w uszach, mdłości i nie wiem jak sie znalazłam z powrotem w łóżku z kroplówą. W ciągu dnia próbowałam jeszcze 3 razy i zawsze albo sama wracałam po dwóch krokach albo mnie ktoś przyprowadzał. Dopiero za 4 razem doszłam do łazienki. Wszystko mnie bolało, w głowie sie kręciło, jeśc nie wolno, tylko pić wodę. Po południu przenieśli mnie na normalną salę. Na drugi dzień przyszła położna, przywiozła Tusię i zapytała, czy sobie poradzę, czy może mi ją zostawić Powiedziałam, że spróbuję….. i wtedy dopiero naprawdę zostałam mamą. Przewijanie, karmienie, tulenie, wstawanie w nocy staje sie horrorem, kiedy tak ciężko podnieść sie z łóżka, a tu trzeba, bo mała płacze i chce jeść. Teraz wiem, że to dobra metoda szpitala, bo przyszłam do domu i daję sobie radę, i nie czuję się wrzucona na głęboką wodę. Wyszłyśmy do domu w 3 dniu po porodzie.

Szpital w Toruniu ? Nie mogłabym spojrzeć w lustro, gdybym coś złego o nim powiedziała. Oczywiście, jak wszędzie, także tu pracują tylko ludzie. Ale ja nie doświadczyłam ani nie byłam świadkiem żadnej niekompetencji, żadnego rażącego zaniedbania. A leżałam tu już wcześniej klika razy na patologii ciąży i to na 3 różnych oddziałach : patologii I, patologii II i izolacyjnym, potem na bloku porodowym, potem na położniczym. Różnych lekarzy spotykałam, różne położne i salowe. Nie wszyscy przypadli mi do gustu, niektórzy mnie wkurzali, ale większość bardzo się starała. Kilkakrotnie przeżyłam też coś dziwnego : kiedy jedna pani doktor robiła mi usg, i kiedy wpatrywała się w bijące na ekranie serce mojego dziecka, zobaczyłam w jej oczach łzy wzruszenia. A potem jeszcze inny lekarz robił mi usg, a ja bardzo szczegółowo wypytywałam go o wszystko, a on – mimo że miał jeszcze mnóstwo innych pacjentek oczekujących za drzwiami – równie szczegółowo i fachowo mi wszystko tłumaczył. A ponieważ byłam cała w strachu, czy wszystko jest w porządku, to on mi pokazywał i opowiadał o wszystkim co widzi na monitorze. I też – kiedy oglądał serduszko i liczył uderzenia – widziałam jak szklą mu się oczy. Dziwnie się czułam, że lekarzy, którzy widzą mnie po raz pierwszy na oczy, tak wzrusza moje dziecko. Wiem, że wobec wszystkich są bardzo ciepli, serdeczni i cierpliwi. Wielu takich poznałam. I wiele położnych. I nie byłoby w tym nie nadzwyczajnego, gdyby nie to, że to nie była prywatna klinika, ale wojewódzki moloch, zadłużony, a przecież na każdym obchodzie każdej dziewczynie zlecano coraz to nowe badania. A jeśli nawet już wszystko było dobrze, to jeszcze na wszelki wypadek, dla sprawdzenia. I nie usłyszałam ani razu, że skończyły się limity, że na coś nie ma pieniędzy, czy że kogoś nie obchodzi zdrowie mojego dziecka.
Uważam, że to bardzo dobry szpital, dobre warunki, przyjazne sale i kompetentny personel. Spędziłam tam w sumie klika tygodni. I nie miałam prywatnego lekarza ani opłaconej położnej. Po prostu, poszłam na żywioł. I nie żałuję, bo wiem, że robili i zrobili wszystko, co mogli, żeby Tusia mogła się urodzić… żeby urodziła się zdrowa… i żeby zdrowa była jej mama. I wielu lekarzom i położnym z toruńskiego szpitala będę wdzięczna do końca życia, bo zrobili dla nas dużo więcej niż mieli obowiązek zrobić.

A teraz patrzę w łóżeczko, w którym śpi moja Tusia i myślę sobie, że to wszystko, co mam… że to sens mojego życia… że więcej już nie chcę… że i tak za wiele dostałam… że będę się starała… że zrobię, co mogę… że kocham… że zrozumiałam już co to miłość… I patrzę na nią i wiem, że trzeba było walczyć, żeby mieć po co żyć… żeby móc dać życie… nowe życie… żeby je chronić… żeby dać miłość… żeby dać siebie … żeby kiedyś poczuć, że się żyło niedaremnie…

Emy i Tusia ( 12.10.2004 )

12 odpowiedzi na pytanie: Narodziny Tusi. Cesarskie cięcie w Toruniu.

caressi Dodane ponad rok temu,

Re: Narodziny Tusi. Cesarskie cięcie w Toruniu.

Kochana EMY!
Bardzo,ale to bardzo gratuluję Ci szczęśliwego rozwiązania,no i przede wszystkim ukochanej córeczki. Mam nadzieję, że będziemy miały kontakt mailowy. Pozdrawiam gorąco Ciebie i dzidzię.

Karolina i grudniowy Kubuś

caressi

ahimsa Dodane ponad rok temu,

Re: Narodziny Tusi. Cesarskie cięcie w Toruniu.

Bardzo gratuluję! I dobrze, że wszystko tak poszło gładko i na szczęście bez komplikacji. Pamiętam, też przez to przechodziłam, pamiętam ten ból po cesarce, kiedy trzeba było pierwszy raz wstać. Pamiętam mojego synka, jak mi go pokazali. Wyglądał, jak makowy ludzik, takie dziecko wyjęte z kwiatu..tak sobie wtedy pomyslałam. Spał. Położne bardzo mi pomogły. Natomiast co do decyzji lekarzy ( niektórych) mam wiele do życzenia. Pozdrawiam!

lea Dodane ponad rok temu,

Re: Narodziny Tusi. Cesarskie cięcie w Toruniu.

Gratulacje!

Piekny opis, miejscami tak mi bliski, a miejscami tak inny…
smialas sie z wozenia Cie wozkiem – a co powieszo przenoszeniu przez polozne na stoł operacyjny? Mnie musiala niesc cala banda ludzi, a wlasnie wtedy leciala mi reszta wód – tez mialam ubaw (taki paranoiczny…)

Lea i Mateuszek

asia80 Dodane ponad rok temu,

Re: Narodziny Tusi. Cesarskie cięcie w Toruniu.

Piekne zakonczenie i “podziekowanie” dla lekarzy!!!!!

Asia i Oliwierek 14.01.2004

emy Dodane ponad rok temu,

Re: Narodziny Tusi. Cesarskie cięcie w Toruniu.

Wiesz, Lea, coś w tym paranoicznym ubawie musi być ! Bo ja dostałam ataku śmiechu, kiedy przyszły po mnie położne na salę przedporodową z tym wielkim łóżkiem. Najgorsze jest to, że niby wszystko pamiętam, a nie mogę sobie przypomnieć z czego ja się wtedy tak śmiałam. Pamiętam tylko że aż mi łzy ze śmiechu leciały… Dziwne to, bo przecież tak naprawdę to jęczałam z bólu… A przenoszenie na łóżko na sali operacyjnej też mnie ubawiło, bo przeleciało mi przez myśl, że to prześcieradło zaraz pęknie i wyobraziłam sobie ich miny, jak lecę na podłogę między te dwa łózka. Dzisiaj mnie to już tak nie bawi, ale wtedy, w takim stresie, chyba nam inaczej mózg przetwarzał docierające bodźce. W każdym razie myślę sobie, że to też było ciekawe doświadczenie… Patrz, jak to człowiek czasem dziwnie reaguje…

Emy i Tusia

shibaa Dodane ponad rok temu,

Re: Narodziny Tusi. Cesarskie cięcie w Toruniu.

Wielkie gratulacje, zyczę wszystkiego najlepszego.
ja też rodziłam w Toruniu i jestem absolutnie wszystkim zachwycona 🙂 Każdej mamaie poleciłabym ten szpital!

Agata + Ania 7.09.2004

bratek Dodane ponad rok temu,

Re: Narodziny Tusi. Cesarskie cięcie w Toruniu.

Witaj!
Twój opis- od momentu ociekających krwią narzędzi jest mi bardzo bliski……. Uryczałam się oczywiście do potęgi. Tylko nie rozumiem czemu musiałaś wcześniej przeżyć bóle porodowe ? LEkarz nie mógł się z Tobą umówić na termin? Ja tak miałam. Z drugiej strony może to lepiej, że tak wyględał Twój poród. No, że był taki naturalno- cesarski:)) Bo widzisz ja miałam cesarkę na termin i gdzieś tam w głębi duszy czuję cały czas lekki dyskomfort, że sobie nawet jednego bólu porodowego nie poczułam (ten dyskomfort zdaje się można też nazwać ciekawością “Jak to jest?”)…
Pozdrawiam- Bratek- Michałowa mama

laminja Dodane ponad rok temu,

Re: Narodziny Tusi. Cesarskie cięcie w Toruniu.

Bardzo wzruszył mnie Twój opis przyjści na świat Tusi. Trzymamy za Was kciuki i życzymy wszystkiego najnajnajnajlepszego!

pozdrwaiamy
Ania &

Szymon

emy Dodane ponad rok temu,

nasze zdjecie

a to nasze zdjęcie z wczoraj :))


Edited by emy on 2004/11/01 09:36.

mala-wiedzma Dodane ponad rok temu,

Re: Narodziny Tusi. Cesarskie cięcie w Toruniu.

mi oczy też się zeszkliły 🙂

Kaśka + Synuś 8m

leluchow Dodane ponad rok temu,

Re: Narodziny Tusi. Cesarskie cięcie w Toruniu.

Gratuluję serdecznie! Ja bede rodzic na Bielanach w kwietniu. Powiedz mi czy miałaś kontakt z doktorem Skopem? Co o nim powiesz?
Bed wdzieczna za info. Pozdrawiam Ciebie i twojego maluszka

emy Dodane ponad rok temu,

Re: Narodziny Tusi. Cesarskie cięcie w Toruniu.

Przykro mi, nic o nim nie wiem, poza tym, że taki jest. To niewiele, co moge ci powiedzieć. Szkoda, że nie moge ci pomóc, ale jak masz inne pytania, to chętnie odpowiem.
Pozdrowienia.
Życzę Ci szybkiego porodu i szczęśliwego zdrowego maluszka.

Emy i Tusia ( 12.10.2004, godz. 12.10 )

Znasz odpowiedź na pytanie: Narodziny Tusi. Cesarskie cięcie w Toruniu.?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Noworodek, niemowlę
Czy wychowujecie swoje dzieci w ciszy?
Pytam, bo kiedyś bylismy i znajomych którzy mają malutkie dziecko. Ta wizyta była "dziwna" bo wszystko mówilismy cichuteńko bo dziecko spało....w drugim końcu domu w pokoju. A jak syn głosniej cos
Czytaj dalej
Jedno- i dwulatki
pomocy!! co mam zrobic?
Przed kilkoma minutami moja coreczka znalazla cilest i zjadla pol tabletki....nie zdazylam jej wyciagnac probowalam spowodowac wymioty tez nic co mam robic?? Dorota i Zosia <16.07.2003.> [img]http://foto.onet.pl/upload/3/18/_295942_n.jpg[/img]
Czytaj dalej