Nasz Bartusiowy poród

Postów wyświetlanych: 1 (wszystkich: 1)
  • Autor
    Wpisy
  • #108600

    nadyjka

    Tak przegladalam forum, wczesniej bylam zarejestrowana pod innym nickiem, potem zaprzestalam pisania na pare lat….
    Poczytalam moj stary watek o porodzie ale byl „biedny” jak cholera wiec postanowilam opisac wszystko co pamietam z detalami.

    Rok 2005, jestem adminem na pewnym forum i piszę sobie z dziewczynami, dochodzi 1 w nocy a nam sie spac nie chce, wiec piszemy pierdoły i sie zasmiewamy. Zachciało mi sie pawia, niestety mdlosci i pawie mialam az do dnia porodu. Napisalam kolezankom, ze ide na chwilke na wc i zaraz wracam. Nic nie zapowiadalo porodu, chociaz termin juz byl. Jako, ze bylam wtedy sama, jakis czas chodzilam do szkoly rodzenia ale czulam ze nuda mnie zabije, bylam w pelni aktywna osoba,… do 7 miesiaca szkolilam psy, w 8 miesiacu jeszcze zdawalam egzamin IPO2 z moją dobermanką a w 9 miesiącu jeszcze na wystawe z psem pojechalam. Przybralam 6.5 kg….

    No wiec wc.. wymioty, umylam zabki i grzecznie wrocilam do komputera, nagle zrobilo mi sie cieplo. Spojrzalam na fotel a tam kałuza, zrobilam oczy i stwierdzilam, ze wody mi odeszly, wiec .. napisalam o tym kolezankom, ktore przerazone kazaly mi natychmiast jechac do szpitala. Ok 2 poszlam obudzic mame, a ona przez sen „oj tam zaraz wody, jaki porod? idz sie wyspij a nie siedzisz po nocach na forum”…. no to wrocilam.. do kompa. Ale tak jakos posiedzialam chwilke, pozegnalam kolezanki i poszlam obudzic mame raz jeszcze słowami „jak zaraz nie wstaniesz to pojade sama taxowką”… mama sie w koncu obudzila i wyskoczyla jak poparzona z łozka pakujac pozostałosci moich rzeczy do torby z rzeczami dla maluszka.
    Zanim udalo nam sie wyjechac to byla ok 3. Nastepnie razem taxowka pojechalysmy na wroclawski brochów. Wiele zlego slyszalam o tym szpitalu ale i sporo dobrego. Przed 4 rano bylismy na miejscu. Pierwsze badanie o 4:30, potem oczywiscie siedzialam w poczekalni do 6 bo nie bylo sie komu mna zajac. W koncu kolejne badanie, pani stwierdza 1,5 cm i wysyla na ktg. Do okolo 9 w sumie nic sie nie dzialo, zadnego bolu, tylko lekkie skurcze. Mamie kazalam jechac do domu poniewaz zostala tam moja dobermanka, ktora miala wtedy raptem 3 tygodniowe szczenieta – aby jej dopilnowala – a ja sobie „poradze”.
    Pielegniarki, polozne i doktor – EXTRA. Troche sie tam ze mnie usmiali bo kiedy zaczely sie bole okolo 10 to modlilam sie abym zemdlała, abym nie czula bolu. W koncu im powiedzialam „ide do domu”… 😀 co ich okropnie rozbawiło i w odpowiedzi uslyszalam „a to idz” 😀 Z tej paniki napisalam do mamy sms o chorej tresci ze jakby mi sie cos stalo to niech sie zajmie psami….. mama zadzwonila i plakala, ja tez.
    Skurcze mialam bardzo regularne i mialam wrazenie ze trwaja w nieskonczonosc… Lekarze non stop kazali mi chodzic, ledwo sie przeszlam po korytarzu jak kazali wracac do sali na badanie, ok, nic sie nie dzieje – chodzic, pilka, pod prysznic… trwalo mi to chwilke i znow kazali wracac na badanie. Bol byl juz nie do wytrzymania – ale najbardziej odczuwalam bol podczas ktg gdzie nie wolno mi bylo sie ruszac…. Mialam strasznie sucho w ustach, pamietam jak polozna przyszla z nasaczonym wodą gazikiem a ja go prawie wessałam proszac o kolejny, przyniosla. Opieke mialam tam doskonała az do momentu kiedy to na sali zebrala sie wycieczka du*oznawcza, czyli okolo 10 studentow… ja akurat na fotelu przygotowana do badania a tu sami mlodzi „chłopcy”… zadnej kobiety. Z poczatku czulam ogromne zażenowanie ale potem bylo mi to obojetne. Okolo 10:50 bóle byly juz nie do wytrzymania, nie krzyczalam ale plakalam chyba tak zalosnie, ze cala ekipa pielegniarek i poloznych trzymała mnie za rece głaszczac mnie, pocieszajac, tlumaczac, ze jeszcze chwilka i powitam … kogo ? Pytaniami o plec itd staraly sie panie mnie jakos rozweselic, ale co chwile tracilam swiadomosc i wtedy juz przyszedl doktor, ktory kazal mi dac jakies leki (juz nie wiem jakie) i obserwowal ktg, rowniez mnie poglaskal po dłoni mowiac „dasz rade”..
    Nie bylo zadnych zlych komentarzy, zadnych zlosliwosci czy przytyków, byla za to ogromna pomoc od personelu.
    Cala moja wiedza na temat oddychania prysnela jak banka mydlana. Parlam kiedy nie mialam ale czulam, ze nie mam nad tym zadnej ale to zadnej kontroli, polozna „nie przyj, nie przyj bo sie rozerwiesz” a ja czadu i dalej parlam choc nie chcialam a moze mi sie wydawalo, bol mi zacmił cale logiczne myslenie. W koncu o 11.10 slyszalam tylko placz mojego malego szczescia i prawie odpłynelam ale zaczela mnie budzic pielegniarka mowiac „zobacz, masz syna, otworz oczy ! masz syna”…. Bartus mnie pieknie obsikal, chwilke go moglam tulic a potem zabrali go. 3650, 56cm, 10punktow. Potem szycie, doktor krecil glowa, powiedzial ze tym, ze parlam kiedy nie mialam porozrywalam sie strasznie. Szył mnie do 12.30…………. Bol przy szyciu byl straszny, jak zdazylam „zapomniec” o bolu porodowym to ten bol pokazal mi, ze moze byc jeszcze gorzej. Ale dalam rade.

    Bartus musial byc w szpitalu 11 dni ze wzgledu na zoltaczke i w zwiazku z… przeziebieniem, ktorego nie mam pojecia jak sie nabawil, ale przeziebionych dzieci bylo tego dnia znacznie wiecej. W szpitalu zajmowano sie mna i Bartusiem extra, mialam pomoc z kazdej strony, kazdy chetnie odpowiedzial na moje pytania. Bartus okazal sie super ssakiem, wiec z karmieniem piersią nie bylo zadnych problemow. Minelo juz prawie 6 lat – zapieralam sie, ze porodów nigdy wiecej a tu jak widac juz pomalu 8 tydzien 🙂 Teraz sie troszke lepiej przygotuje 🙂

Postów wyświetlanych: 1 (wszystkich: 1)


Forum ‘Wszystko o porodzie’ jest zamknięte dla nowych tematów i odpowiedzi.

Close