Niedługo pierwsza rocznica…

Postów wyświetlanych: 15 - od 1 do 15 (wszystkich: 37)
  • Autor
    Wpisy
  • #101820

    agaa111

    Mnie również dotknęła strata ukochanego dziecka…
    Gdy dowiedziałam się, że jestem w ciąży rozpłakałam się..sama nie wiem czy ze szczęścia czy ze strachu…ale takie wahanie trwało tylko jeden dzień..potem była ogromna radość…i modlitwy żeby dzidziuś był zdrowy..
    Cała ciąża przebiegała książkowo czyli żadnych nieprawidłowości…samopoczucie świetne… wszyscy mi zazdrościli w pracy…że Synek zdrowy, że ja się tak świetnie czuję, że dobrze wyglądam, że jaka to szczęściara jestem…i tak sobie trwała sielanka…przygotowywaliśmy wyprawkę, kupiliśmy wózek, łóżeczko, wszystko co potrzebne…pozostawało tylko czekać aż nasz mały rozrabiaka zawita do nas…
    Przyszedł czas na szkołę rodzenia…pojechaliśmy z mężem…dookoła pełno kobiet z brzuchami, mówią jak to ich dzieciaki rozrabiają…mój też…ale ale: czuję jakąś dziwną pustkę…ale to na pewno przez ten stres spowodowany szkołą rodzenia…
    Na drugi dzień wizyta u lekarza rodzinnego…rano nie mam w ogóle apetytu…jestem już zaniepokojona bo mały nie kopie…tylko tak jakby się wypinał..ale cały czas w tym samym miejscu…zaczynam się bać…
    U lekarza oczywiście kolejka…przede mną kobieta z maleńkim dzieckiem, które się cały czas na mnie patrzy..a mi się chce płakać…
    w końcu moja kolej…mówię, że moje dziecko się chyba nie rusza…pielęgniarka uspokaja, że to 35tc więc mały ma mało miejsca więc już mogę mniej odczuwać ruchy…
    zaczyna detektorem szukać bicia serduszka…słychać tylko jakieś szumy…ja płaczę ona idzie po lekarza…dalej tylko szumy…lekarz mówi że wyśle mnie do szpitala na usg bo ten ich detektor czasem się psuje…
    dzwoni po mojego męża…ja dalej płaczę…
    w szpitalu najpierw szukają tętna detektorem, potem przychodzi pani doktor, robi usg…jedno moje spojrzenie na ekran…widzę moje dziecko…nie rusza się…
    „Przykro mi, nie widzę akcji serca…”-najgorsze słowa jakie w życiu usłyszałam..

    #3020260

    beatkaa1605

    tak mi przykro 🙁 ja poronilam trzy ciaze dwa razy uslyszalam, przykro mi ciaza obumarła stalo sie wszystko do 10 tygodnia 🙁 w grudniau zbliza sie pierwszy termin porodu a mi tak pusto tak pusto, ze nie ma moich skarbow 🙁 ale musimy to znosic i byc silne zeby sie w koncu udalo 🙁
    czy poznalas przyczyne smierci twojego maluszka 🙁 ?



    #3020261

    gosik

    Tak mi przykro ….. 🙁

    :Przytulam:

    usłyszałam pod koniec 36tc bardzo podobne słowa….
    u nas zbliża się 7 rocznica (*)

    czy wiesz co było powodem że serduszko synka przestało bić?

    #3020262

    agaa111

    c.d. mojej historii

    Nie mogłam uwierzyć w to co lekarka do mnie mówiła…myślałam, że to jakiś koszmarny sen, że zaraz się obudzę…ale nic z tego…zaczęli przychodzić jacyś ludzie, psycholog, pielęgniarki, pocieszali, głaskali…Boże to było okropne…czułam się jakbym była gdzieś daleko ponad tym wszystkim, jakby to nie mnie dotyczyło…zastanawiałam się co dalej? co teraz będzie?zrobią mi cc i to będzie koniec wszystkiego…ale nie…oni kazali mi iść do domu!!i jeśli nie zacznę sama rodzić w ciągu tygodnia to mam się do nich zgłosić to wywołają poród…ale o cc nie ma mowy…myślałam: jak mam rodzić martwe dziecko, czy oni oszaleli??i dlaczego mam tyle czekać??nie wyobrażałam sobie przez tydzień żyć w świadomości, że moje dziecko nie żyje, już się nie poruszy…
    Wróciliśmy do domu załamani, sama cierpiałam, ale jak widziałam ten ból w oczach mojego męża, serce, które wydawałoby się już się rozpadło w drobny mak, jeszcze bardziej pękało..niewyobrażalne cierpienie…
    Wieczorem przyszedł do nas (o dziwo!!) mój lekarz rodzinny…to dzięki niemu w szpitalu zjawiłam się na drugi dzień na wywoływanie…
    Podali jeden żel, po 6 godzinach drugi i powiedzieli że jak nie zadziała to następny dopiero po 12 godz. bo bym z bólu nie wytrzymała..na szczęście zadziałał…bolało…już nie wiem co bardziej…podawali mi gaz, potem dostałam znieczulenie zwykłe, potem zewnątrzoponowe, i w końcu po 12 godzinach urodziłam Marcelka. Wcześniej uzgodniliśmy z pielęgniarkami, że nie chcemy widzieć dziecka…nie mogłam…chyba bym umarła…ale gdy zobaczyłam jak wynoszą moje maleństwo owinięte w ręcznik już żałowałam…i cały dzień nad tym ubolewałam…po kilku rozmowach z psychologiem powiedziałam,że chcę zobaczyć mojego synka…muszę Go zobaczyć….i przynieśli mi w ślicznym koszyku ładnie ubranego mojego Synka…był taki śliczny…mogłam Go przytulić i pożegnać się z Nim…Pamiętam Jego niebieską czapeczkę…chcieli mi Go zostawić na noc…ale ja nie mogłam..bałam się,że z Nim ucieknę, że Go zabiorę…to był ten jeden jedyny raz kiedy Go widziałam…
    Potem sekcja, kremacja, powrót z prochami mojego dziecka do kraju…Jakiś kosmos! To nie tak miało być!!!
    Przyczyna śmierci mojego Marcelka to trzykrotne owinięcie pępowiną, która gdzieś się zagięła i mój synek po prostu się udusił…był zdrowiutki…ważył 2560g i mierzył 49cm…
    Teraz zostały mi zdjęcia, które pielęgniarki dla mnie zrobiły, odcisk stópek i te cholerne wyniki sekcji, gdzie podano dokładne wymiary i wagę każdego narządu mojego dziecka…i rana w sercu, która nigdy się nie zagoi…
    Dla mojego Marcelka (*)(*)(*)09.01.2009r.

    Ale staram się wierzyć, że jeszcze zaświeci dla nas słońce…obecnie jestem w 31tc…noszę pod sercem drugiego Synka….i coraz bardziej się boję…bo wiem, że na to co się stało nie mam wpływu…i nikt nie da mi gwarancji, że się to nie powtórzy…że tym razem się uda…..

    #3020263

    gosik

    Zamieszczone przez agaa111
    Nie mogłam uwierzyć w to co lekarka do mnie mówiła…myślałam, że to jakiś koszmarny sen, że zaraz się obudzę…ale nic z tego…zaczęli przychodzić jacyś ludzie, psycholog, pielęgniarki, pocieszali, głaskali…Boże to było okropne…czułam się jakbym była gdzieś daleko ponad tym wszystkim, jakby to nie mnie dotyczyło…zastanawiałam się co dalej? co teraz będzie?zrobią mi cc i to będzie koniec wszystkiego…ale nie…oni kazali mi iść do domu!!i jeśli nie zacznę sama rodzić w ciągu tygodnia to mam się do nich zgłosić to wywołają poród…ale o cc nie ma mowy…myślałam: jak mam rodzić martwe dziecko, czy oni oszaleli??i dlaczego mam tyle czekać??nie wyobrażałam sobie przez tydzień żyć w świadomości, że moje dziecko nie żyje, już się nie poruszy…
    Wróciliśmy do domu załamani, sama cierpiałam, ale jak widziałam ten ból w oczach mojego męża, serce, które wydawałoby się już się rozpadło w drobny mak, jeszcze bardziej pękało..niewyobrażalne cierpienie…
    Wieczorem przyszedł do nas (o dziwo!!) mój lekarz rodzinny…to dzięki niemu w szpitalu zjawiłam się na drugi dzień na wywoływanie…
    Podali jeden żel, po 6 godzinach drugi i powiedzieli że jak nie zadziała to następny dopiero po 12 godz. bo bym z bólu nie wytrzymała..na szczęście zadziałał…bolało…już nie wiem co bardziej…podawali mi gaz, potem dostałam znieczulenie zwykłe, potem zewnątrzoponowe, i w końcu po 12 godzinach urodziłam Marcelka. Wcześniej uzgodniliśmy z pielęgniarkami, że nie chcemy widzieć dziecka…nie mogłam…chyba bym umarła…ale gdy zobaczyłam jak wynoszą moje maleństwo owinięte w ręcznik już żałowałam…i cały dzień nad tym ubolewałam…po kilku rozmowach z psychologiem powiedziałam,że chcę zobaczyć mojego synka…muszę Go zobaczyć….i przynieśli mi w ślicznym koszyku ładnie ubranego mojego Synka…był taki śliczny…mogłam Go przytulić i pożegnać się z Nim…Pamiętam Jego niebieską czapeczkę…chcieli mi Go zostawić na noc…ale ja nie mogłam..bałam się,że z Nim ucieknę, że Go zabiorę…to był ten jeden jedyny raz kiedy Go widziałam…
    Potem sekcja, kremacja, powrót z prochami mojego dziecka do kraju…Jakiś kosmos! To nie tak miało być!!!
    Przyczyna śmierci mojego Marcelka to trzykrotne owinięcie pępowiną, która gdzieś się zagięła i mój synek po prostu się udusił…był zdrowiutki…ważył 2560g i mierzył 49cm…
    Teraz zostały mi zdjęcia, które pielęgniarki dla mnie zrobiły, odcisk stópek i te cholerne wyniki sekcji, gdzie podano dokładne wymiary i wagę każdego narządu mojego dziecka…i rana w sercu, która nigdy się nie zagoi…
    Dla mojego Marcelka (*)(*)(*)09.01.2009r.

    Ale staram się wierzyć, że jeszcze zaświeci dla nas słońce…obecnie jestem w 31tc…noszę pod sercem drugiego Synka….i coraz bardziej się boję…bo wiem, że na to co się stało nie mam wpływu…i nikt nie da mi gwarancji, że się to nie powtórzy…że tym razem się uda…..

    MAsz rację – gwarancji nikt nie da 🙁
    Ale trzeba wierzyć – nic innego nie pozostało.
    Ja z pokorą powtarzałam – co ma być – to będzie, nie na wszystko mam wpływ…..Licz ruchy , jeśli coś cię zaniepokoi – jedź do szpitala.
    Ja na ktg jeździłam codziennie ….
    Każde z moich maluchów było owiniete pępowiną – o czym wiedziałam po usg i co potęgowało mój strach…..ale pozostawało czekanie….

    Z całego serca ci życzę, byś za 2 miesiące urodziła ślicznego zdrowego synka 🙂

    pozdrawiam

    #3020264

    Anonim

    Bardzo bardzo Ci współczuję i nawet nie próbuje sobie wyobrazić co czujesz…

    Bedzie dobrze. Mocno w to Wierzę!! Kciuki mocno zaciśnięte masz u mnie i moc ciepłych mysli:Kciuki:

    A dla Marcelka- Aniołeczka
    [*]



    #3020265

    dominicaa

    Bardzo mi przykro:( U nas juz minęła 8 rocznica:(
    Jestem pewna ze będzie dobrze:Kciuki:

    #3020266

    beatkaa1605

    czytam i placze nie moge sie pogodzic z niesprawiedliwoscia tego swiata ;(
    mocno cie sciskam ucieszylam sie jak przeczytalam ze bedziesz mila drugiego synka bog oddal ci po czesci twoja strate i napewno bedzie dobrze nic juz was nie rozdzieli …. jakie to okrutne ze zamiast sie cieszyc musimy drzec z przerazenia czy tym razem sie uda ;( ja to przechodze na poczatku kazdej ciazy a nie wiem co bedzie pozniej 🙁 moze juz los nas oszczedzi

    #3020267

    misia27

    Zamieszczone przez agaa111
    Nie mogłam uwierzyć w to co lekarka do mnie mówiła…myślałam, że to jakiś koszmarny sen, że zaraz się obudzę…ale nic z tego…zaczęli przychodzić jacyś ludzie, psycholog, pielęgniarki, pocieszali, głaskali…Boże to było okropne…czułam się jakbym była gdzieś daleko ponad tym wszystkim, jakby to nie mnie dotyczyło…zastanawiałam się co dalej? co teraz będzie?zrobią mi cc i to będzie koniec wszystkiego…ale nie…oni kazali mi iść do domu!!i jeśli nie zacznę sama rodzić w ciągu tygodnia to mam się do nich zgłosić to wywołają poród…ale o cc nie ma mowy…myślałam: jak mam rodzić martwe dziecko, czy oni oszaleli??i dlaczego mam tyle czekać??nie wyobrażałam sobie przez tydzień żyć w świadomości, że moje dziecko nie żyje, już się nie poruszy…
    Wróciliśmy do domu załamani, sama cierpiałam, ale jak widziałam ten ból w oczach mojego męża, serce, które wydawałoby się już się rozpadło w drobny mak, jeszcze bardziej pękało..niewyobrażalne cierpienie…
    Wieczorem przyszedł do nas (o dziwo!!) mój lekarz rodzinny…to dzięki niemu w szpitalu zjawiłam się na drugi dzień na wywoływanie…
    Podali jeden żel, po 6 godzinach drugi i powiedzieli że jak nie zadziała to następny dopiero po 12 godz. bo bym z bólu nie wytrzymała..na szczęście zadziałał…bolało…już nie wiem co bardziej…podawali mi gaz, potem dostałam znieczulenie zwykłe, potem zewnątrzoponowe, i w końcu po 12 godzinach urodziłam Marcelka. Wcześniej uzgodniliśmy z pielęgniarkami, że nie chcemy widzieć dziecka…nie mogłam…chyba bym umarła…ale gdy zobaczyłam jak wynoszą moje maleństwo owinięte w ręcznik już żałowałam…i cały dzień nad tym ubolewałam…po kilku rozmowach z psychologiem powiedziałam,że chcę zobaczyć mojego synka…muszę Go zobaczyć….i przynieśli mi w ślicznym koszyku ładnie ubranego mojego Synka…był taki śliczny…mogłam Go przytulić i pożegnać się z Nim…Pamiętam Jego niebieską czapeczkę…chcieli mi Go zostawić na noc…ale ja nie mogłam..bałam się,że z Nim ucieknę, że Go zabiorę…to był ten jeden jedyny raz kiedy Go widziałam…
    Potem sekcja, kremacja, powrót z prochami mojego dziecka do kraju…Jakiś kosmos! To nie tak miało być!!!
    Przyczyna śmierci mojego Marcelka to trzykrotne owinięcie pępowiną, która gdzieś się zagięła i mój synek po prostu się udusił…był zdrowiutki…ważył 2560g i mierzył 49cm…
    Teraz zostały mi zdjęcia, które pielęgniarki dla mnie zrobiły, odcisk stópek i te cholerne wyniki sekcji, gdzie podano dokładne wymiary i wagę każdego narządu mojego dziecka…i rana w sercu, która nigdy się nie zagoi…
    Dla mojego Marcelka (*)(*)(*)09.01.2009r.

    Ale staram się wierzyć, że jeszcze zaświeci dla nas słońce…obecnie jestem w 31tc…noszę pod sercem drugiego Synka….i coraz bardziej się boję…bo wiem, że na to co się stało nie mam wpływu…i nikt nie da mi gwarancji, że się to nie powtórzy…że tym razem się uda…..

    Współczuję :Przytulam: i trzymam kciuki za szczęśliwe rozwiązanie:Kciuki:

    #3020268

    pasiasta

    Marcelku
    [*]
    [*]
    [*]

    Aga :Przytulam:



    #3020269

    aska27

    Aga będzie dobrze , odgoń te czarne myśli , to co się zdarzyło jest zamkniętym rozdziałem , już niedługo będziesz się cieszyć macierzyństwem i tylko to jest ważne . Kochana ściskam Cię mocno .

    Marcelku
    [*]
    [*]
    [*]

    #3020270

    alice82

    popłakałam się jesuuu jakie to musiało być dla Was straszne
    tak mi przykro 🙁



    #3020271

    alice82

    „Ale staram się wierzyć, że jeszcze zaświeci dla nas słońce…obecnie jestem w 31tc…noszę pod sercem drugiego Synka….i coraz bardziej się boję…bo wiem, że na to co się stało nie mam wpływu…i nikt nie da mi gwarancji, że się to nie powtórzy…że tym razem się uda…..”[/quote]

    uda się zobaczysz wszystko będzie dobrze
    musisz myśleć pozytywnie

    #3020272

    kata

    Aga bardzo mi przykro 🙁

    nie spodziewałam się takiego rodzaju nieprzyjemności po tym jak wspomniałaś o poprzedniej ciąży na styczniówkach 🙁 przepraszam 🙁

    #3020273

    olusia

    Aga współczuję i mocno trzymam kciuki, bo teraz już MUSI BYĆ DOBRZE.

Postów wyświetlanych: 15 - od 1 do 15 (wszystkich: 37)


Musisz się zarejestrować lub zalogować, żeby odpowiedzieć

Close