Forum: Pamiętniki

Niestety stało się i co dalej???

To troche długa historia, ale mam nadzieje, że ktoś to przeczyta. Długo dojrzewałam do tego żeby podzielić się swoją historią. Minęły już dwa tygodnie od drugiego poronienia i nadal nic sie nie zmieniło. Może pomożecie?

Jesteśmy małżeństwem od prawie pięciu lat. O dziecko zaczęliśmy się starać jesienią ubiegłego roku. Skończyłam studia, mam stałą pracę, więc nie było powodu żeby to odkładać. Ja dłuższego czasu nie myślałam o niczym innym tylko o macierzyństwie. Starania poszły na marne. Chyba za bardzo tego chciałam. D (mąż) tłumaczył, że źle do tego podchodzę, ale ja nie potrafiłam inaczej. W połowie lutego zaczęłam się źle czuć. Zawroty głowy, bóle podbrzusza, które narastały. Trzeba się wybrać do ginekologa i to szybko. Oczywiście problem, trzeba czekać w kolejce, a ja czuję, że nie powinnam tego odkładać. Po małych perypetiach w piątkowy wieczór ląduje na izbie przyjęć w szpitalu. Lekarz kręci głową dlaczego od razu do szpitala a nie do poradni K, ale bada i robi usg. Rozmawiamy, mówię, że staramy się o dziecko. Nie widzi przeszkód, ale nie ma dobrych wiadomości. Torbiel lewego jajnika. Mam się skontaktować z moim gin, zrobić badania i przyjść umówić termin. Czego????? Trzeba usunąć operacyjnie. Dla mnie brzmi jak wyrok, wtedy myślałam, że to najgorsze, co mogło mnie spotkać. Mój gin nie zbyt dobrze mnie potraktował. Trudno trzeba zmienić. Do kogo iść? Wybieramy podobno najlepszego w naszym mieście – ordynator ginekologii. Wizyta bardzo miła, kamień spada z serca, nie jest tak źle. Trzeba poczekać do miesiączki i zgłosić się do szpitala. Czas oczekiwań, załatwiam sprawy w pracy i boje się jak to przejdę. D bardzo mnie wspiera. Miesiączki nie ma, co trochę mnie dziwi. Pewnie torbiel szaleje, zmiany hormonalne, bo o ciąży wcale nie myślę. Zdecydowaliśmy, że plany ciążowe odkładamy. Po powrocie z pracy robię test, oczywiście żeby tylko potwierdzić, że ciąży nie ma. Tak też jest. Następny dzień, idziemy do naszego gin. Czy czuje się Pani jakby była w ciąży?? A skąd mam wiedzieć jak się czuje kobieta w ciąży??? Kolejny dzień, badanie usg i ewentualnie β hcg. Trzeba wykluczyć ciążę. Z usg wynika, że ciąży brak, ale mój torbiel chyba ma się „dobrze”. Jest trochę większy i podejrzenie, że to guz. Przerażenie, gin już nie mówi, że nie ma problemu. β hcg podwyższone (220), ale po chwili namysłu mówi zdecydowanie – ciąży nie ma. Widzę, że nie jest zdecydowany, co dalej ze mną zrobić. Myśli o leczeniu farmakologicznym (wcześniej to wykluczał). Mówię, że cały czas źle się czuje. Brak reakcji. Mówi, że trzeba czekać na miesiączkę. D pyta o tabletki na moje bóle. Propozycja nospa. Nie pomaga. Gin nie przepisze nic innego, bo jeśli coś się będzie działo nie chce zniekształcać obrazu. Mam się zgłosić za prawie dwa tygodnie, po świętach wielkanocnych. Dla mnie to wieczność, samopoczucie coraz gorsze i chyba trochę rezygnacji. Koleżanka daje numer telefonu do profesora. Szybka decyzja. Jedziemy. To tylko 70 km. Profesor bardzo miły. Ogląda wynik usg. Wszystko tłumaczy. Badanie bardzo bolesne. Proponuje operację laparaskopową w swoim szpitalu. Zgadzam się, trochę o to chodziło. U mnie by mnie cięli. Nie pokazuje wyniku β hcg. Do dzisiaj zastanawiam się dlaczego???? Przepisuje tabletki na wywołanie miesiączki. Biorę i nic. Dzwonię żeby spytać, co mam robić? Mam czekać. A co ja robię o tylu tygodni?? Jeden z dni kończących kwiecień, wstaję, idę do toalety i jest!! Dostałam okres. Radość w całej rodzinie. Wreszcie się skończy ta męczarnia. Poranne dosyć mocne krwawienie i na tym koniec. Trochę dziwne, ale co innego mogło to być. Po długim weekendzie maja jedziemy do kliniki. Cieszę się, że nadszedł ten dzień. Najpierw badanie na czystość pochwy. Zły wynik. Co teraz? Nie chcę już czekać. Dostaje tabletki na 3 dni do domu przeleczyć się i z powrotem. Lekarz mówi, że przy okazji usunięcia torbieli sprawdzą drożność jajowodów, na wszelki wypadek skoro dotychczas nie zaszłam w ciążę. Wracamy do szpitala. Przygotowania, min. usg. Wchodzę do gabinetu, kilku studentów i znajomy lekarz. Spokojnie się przygotowuje do badania. I nagle pada pytanie. Pani jest w ciąży? Nie!? Jest Pani w ciąży! Co ten facet gada??!!! Wszyscy są w nie mniejszym szoku niż ja. Ale ja miałam badania krwi, wywołaną miesiączkę, jak to możliwe?? To ciąża bliźniacza. Ja chyba śnie. Zawsze o tym marzyłam. Po chwili słyszę: coś mi się tu nie podoba….Zostaje w szpitalu, lekarz tłumaczy, że to ciąża bliźniacza jednojajowa, ale niestety według niego się zatrzymała. Nie rozumiem, co to znaczy. Trzeba zrobić badania, poczekać kilka dni i powtórzyć badania. Wtedy będzie wiadomo na pewno. Już wiem, co jest nie tak. Serduszka nie biją.
Wychodzę do domu. Mam wrócić za kilka dni lub gdyby coś się działo. Nie pamiętam, co robiłam przez te dni. Tylko takie wyrywki. Spacer, rozmowę z mamą i wizytę koleżanki. Weszła i w progu powiedziała o niczym nie wiedząc: Jak Ty ładnie wyglądasz, tak inaczej, ale bardzo ładnie. Do dzisiaj bije się myślami jak można nie wiedzieć, że jest się w ciąży??? Powrót do szpitala. Nie wiem, co mnie czeka. Gdzieś tli się nadzieja, że może uda się uratować tę ciążę. Najpierw usg. Lekarz grzeczny, ale strasznie głośno mówi, prawie krzyczy. Nie wiem, co się dzieje. Boję się pytać. Mówi, że zaczną mnie leczyć. Może będzie dobrze. Izba przyjęć. Pani doktor tłumaczy, co ze mną zrobią, ale nic o ciąży, więc pytam. A co z ciążą? Ciąża nie żyje i mija mnie wychodząc do pokoju obok. Jestem potulna, robię, co każą. Kładę się do łóżka i czekam. D jest ze mną. Mam sąsiadkę, która jest w tej samej sytuacji. Będzie raźniej. Przychodzi pielęgniarka i zabiera nas do zabiegowego. Pyta się czy wiemy, co nas czeka i tłumaczy. Wchodzę pierwsza. Fotel i pozycja jak do badania. Pani doktor z izby przyjęć wkłada mi głęboko czarodziejską tabletkę. Nie boli, ale łzy lecą ciurkiem. Czuję się strasznie. D rozmawia z pielęgniarkami, które mówią, że trochę poboli i krwawienie mocniejsze jak w czasie miesiączki. D niestety musi wrócić do pracy. Jestem sama z sąsiadka. Zaczynają się bóle. Całkiem znośne. Po trzech godzinach krwawię. Bóle coraz mocniejsze. Chodzę do toalety i oglądam, co ze mnie wylatuje. Tak trzeba. Wieczorny obchód i niestety ponowne założenie tabletki. Po co? Przecież mocno krwawię? O 20:00 dzwonię do D i mówię, że chyba już mam najgorsze z głowy i dało się przeżyć. Wtedy nie myślałam co się ze mną dzieje bo chciałam mieć to za sobą. Ponowne bóle i takie krwawienie, że zastanawiam się skąd? Idąc do toalety zaznaczam krwawe ślady. Pielęgniarka krzyczy, że nie ma chodzić tylko leżeć. Płaczę, mam dość. Mam takie bóle, że wyję z bólu, regularne skurcze. Pielęgniarka przynosi mi, co potrzebne i prosi żeby w nocy nie wstawać, bo mogę zemdleć. W razie potrzeby dzwonić. Przy kolejnej fali bólu gryzę ręce, nie chcę krzyczeć. Próbuje wstać może trochę pomoże. Wstaje zawrót głowy, prawie mdleję, opadam na łóżko. Już tylko leżę. Pielęgniarka zagląda. Mówię, że boli. Dostaje kroplówkę. Nie wiem, która jest godzina 2, 3 w nocy. Przestaje boleć. Jaka ulga. Zasypiam prawie nad ranem. Rano usg. Niestety konieczne łyżeczkowanie. Znowu zabiegowy i znana mi Pani doktor. Budzę się na sali. Czuje się zadziwiająco dobrze. Mogę iść do domu.
Przez pierwszy tydzień wyłam całymi dniami. Drugi tydzień myślałam jak żyć dalej? D próbował na różne sposoby zmusić mnie do normalności. Trzeci tydzień musiałam doprowadzić się do porządku, bo zbliżał się powrót do pracy. Mam wyrzuty sumienia, że nie pożegnałam się z moimi dzieciątkami. Myślę, że jeśli bym to zrobiła byłoby mi lżej. Wizyta kontrolna u profesora, jest OK. Kolejne skierowanie żeby pozbyć się torbieli. W lipcu operacja. Kontrola i wszystko w porządku. Czuje się dobrze. To nie guz tylko torbiel czekoladowa. Niestety może się odnowić. Mam podjąć próby zajścia w ciążę. D mówi, że może to jeszcze za szybko. Ja mówię, że skoro profesor tak mówi to widocznie nie. Zresztą nie wiadomo czy się uda.
Wyjeżdżamy do Zakopanego. Chcemy zostawić to wszystko, co złe za sobą. To trwało pół roku. Bawimy się świetnie. Gdy wchodzę na Giewont myślę sobie, że jeśli mi się uda to będzie już tylko dobrze. W myślach żegnam te dwie małe istotki. Wracamy do domu wypoczęci. Przebiega mi przez myśl, że niedługo mam dostać miesiączkę, ale staram się nie emocjonować. W końcu robię rano test. Dwie kreski. Jesteśmy zszokowani. Nie ma wybuchu radości. Udało się. Jest przyjemnie. Wiem nawet, kiedy to się stało. Powoli oswajamy się z tą myślą. Nikomu nie mówimy. Żeby nie zapeszyć. Czuję się dobrze, może trochę zmęczona, ale D dba o mnie. Już teraz wiem skąd ta ciągła zgaga i dlaczego w Zakopanem uwielbiałam sos czosnkowy. Mija pierwszy tydzień jak wiemy i trochę pobolewa mnie brzuch. Spokojnie bez paniki, ale trochę za długo i za mocno boli. Idę do poradni dla kobiet w ciąży. Lekarz pyta czy ta ciąża na pewno jest i daje skierowanie na usg. Wynik usg niekorzystny. Pani jest w 6 tygodniu a tu wygląda na 4 i nie widzę zarodka. Bronię się mówiąc, że ma dłuższe cykle. Mówię, że mnie pobolewa brzuch. Jeśli będę krwawić mam się zgłosić do szpitala, ale wyraz twarzy lekarza nie wróży nic dobrego. Lekarz w poradni zaleca β hcg. Wychodzi dosyć wysokie, mówi, że jest dobrze, za 2 tygodnie powtórzyć usg, brać luteine, kwas foliowy i oszczędzać się. W razie, czego do szpitala. Znowu chwila radości. Widzę w oczach D nadzieję. Mijają dni i czuje, że coś jest nie tak. D mówi, że przesadzam. Będzie dobrze. Widzę delikatne beżowe brudzenia na bieliźnie. Nie wiem, co robić. Do usg został niecały tydzień. D mówi, że zmieniłam się na twarzy, moja mama nie wiedząc o niczym badawczo mi się przygląda, wiem, że się domyśla, ale o nic nie pyta. Piątkowy ranek. Plamka krwi. Malutka, ale już nie mogę czekać. Szybko pakuje się i jedziemy. Znowu izba przyjęć, ale inny szpital. Jestem spokojna, będzie dobrze. Musi być dobrze. Usg lekarz mówi bardzo spokojnie, jaka jest sytuacja. Robi to delikatnie, uspakaja, mówi, że na razie trzeba czekać za kilka dni się wszystko wyjaśni. Ale ja wiem, co to oznacza. Pęcherzyk rośnie, ale nie ma zarodka. Lekarz obserwuje jak się zachowam. Idę i myślę, co powiem D. Zaczynam płakać. Słyszę, że z kimś rozmawia. Nie ma siły iść dalej. Przyklejam się do ściany i płaczę. Za chwile D jest przy mnie i pyta co się dzieje? Nie wiem co mu mówię, płaczę chyba tak głośno, ze wszyscy mnie słyszą. Nie mam siły, osuwam się po ścianie, D próbuje mnie przytrzymać. Płacz, płacz, płacz. Przychodzi oddziałowa, głaszcze mnie po głowie pociesza- natura wie, co robi. Wiem, że ma racje, ale nie mogę tego słuchać. Ląduje w łóżku z kroplówką i czekam na wynik β hcg. Położna przychodzi i mówi 37?? znowu płacz i pocieszanie, że będzie dobrze. Ja czuję, że już nie. W sobotę rano lekarz karze leżeć i czekać do niedzielnych badań. Mało nadziei jest we mnie, ale jeszcze coś się tli. Dochodzi 14 i czuje, że zaczyna się coś dziać. Idę szybko do toalety i niestety silne krwawienie. Wychodzę i szukam pielęgniarki. Nie ma nikogo. Wracam do sali, płaczę i znowu idę szukać. Jest. Powiedziałam, co się stało, mam iść na usg. Idę jak na ścięcie. Patrzę na lekarza i próbuje coś wyczytać z jego twarzy. Za chwile patrzy na mnie i mówi „poroniła Pani”. Staram się być spokojna pyta mnie o coś. Denerwuje się a On patrzy na mnie i zastanawia się, co zaraz zrobię. Mówię, że to drugi raz i ….. Chyba nie chce rozmawiać, więc wychodzę. Czekam na łyżeczkowanie. Dzwonię do D. O 14 wyjechał za miasto nie może już zawrócić. Dzwonię do mamy, zaraz przyjdzie. Czekam, znowu czekam. Nazajutrz wychodzę do domu. Jesteśmy w punkcie zero. Nie ma ciąży, nadziei i nie ma lekarza (muszę mieć kogoś na miejscu), do którego mogę się teraz zwrócić. Już teraz wiem, że nie mamy czasu na pomyłkę. Muszę coś zrobić. Tylko co????

Ten pamiętnik będzie trochę mnie mobilizował do tego żeby nie czekać bezczynnie.

44 odpowiedzi na pytanie: Niestety stało się i co dalej???

asiak19782006-10-09 15:45:19

Re: Niestety stało się i co dalej???

Dzisiaj powrót do pracy. Całkiem dobrze to zniosłam. Właściwie miałam wrażenie, że nie było ostatnich dwóch tygodni. Chyba podświadomość odrzuca to o czym nie chcemy pamiętać. I nawet nie próbuje wyprowadzić się z błędu. Bo i po co? Mobilizuję się bo wiem, że moje marzenie o macierzyństwie muszę odłożyć na razie na półkę. Kiedyś po nie sięgnę, musze tylko poczekać na odpowiedni moment.

marchewkowa2006-10-11 19:10:30

Re: Niestety stało się i co dalej???

nie będę nic pisać. będę czytać, lubię szczęśliwe zakończenia i mam nadzieję, że niedługo napiszesz że znalazłaś dobrego lekarza i że nie wiesz czy kupować różwe czy niebieskie ubranka 😉

nena752006-10-12 18:53:31

Re: Niestety stało się i co dalej???

Nie czytając tego co napisała marchewkowa miałam napisać to samo Będę Cię po cichu dopingować i trzymać kciuki! Wierzę, że niedługo zagościsz w kąciku dla Oczekujących a potem na Kiedy dziecko…, 1-2 latkach itd.
Wszystkiego dobrego Ci życzę! Będę czekać na ciąg dalszy Twojej historii…

Wioletta i Tomek 2l. i 10 m-cy

beata342006-10-13 17:43:34

Re: Niestety stało się i co dalej???

Popłakałam się będę się modliła abyś już nie musiała przechodzić takich cierpień życzę ci szybkiego zaciążenia i oczywiście szczęśliwego rozwiązania

asiak19782006-10-15 09:07:14

Re: Niestety stało się i co dalej???

Minął piątek “13”. Przeczekałam go z dużym niepokojem, bo własnie miesiąc temu “13” dowiedziałam się, że z ciążą jest coś nie tak. Znalazłam sposób żeby patrzeć pozytywnie na zbliżające sie dni. Nastała jesień. Dla mnie to zawsze był dobry okres w życiu, więc myśle sobie, że tym razem też tak będzie. Wczoraj odwiedzilismy znajomych. Nie wiedzą o naszych problemach. Długo się nie widzieliśmy. My przez te ostatnie miesiące zniedbaliśmy wiele znajomości. Mają oni dwóch synków blondynków w wieku przedszkolnym. Przyjemnie jest patrzeć na taką rodzinkę. Ten wieczór naładował mnie pozytywną energią i chęcią walki o swoje szczęście. Przecież nie wszytko stracone. W przyszłym tygodniu idziemy do lekarza, to już postanowione. Dzisiaj urodziny mojego chrześniaka, ale najpierw pójdziemy na cmentarz zapalić trzy małe świeczki za te małe istotki, które juz zawsze będą z nami (dziś jest Dzień Dziecka Utraconego).

aneci2006-10-15 17:54:21

Re: Niestety stało się i co dalej???

Asia czytałam ze łzami w oczach…
Bardzo Ci współczuję, biedactwo tyle musiałaś przejśc…
Wiesz, Twoje drugie poronienie jest bardzo podobne w przebiegu do mojego. Wróciłam pamięcią do tamtych smutnych chwil…do szpitala…zabiegu łyżeczkowania.

Życzę Ci z całego serca, aby i Tobie ( Wam) jak najszybciej się udało, żebyście ciebawem tulili do siebie Wasze maleństwo.

Kinga lat 11 i Igor – 1,5 roku

asiak19782006-10-20 21:33:59

Re: Niestety stało się i co dalej???

Jestem już po wizycie u gina. Po wielu dyskusjach i konsultacjach z różnymi osobami zdecydowaliśmy ponownie udać się do lekarza, od którego uciekłam do profesora. Trudna była to decyzja. Gin stwierdził, że trochę za dużo przeszłam przez ostatnie miesiące i zrobił coś czego nie zrobił żaden lekarz, a czego bardzo potrzebowałam. Rozmawiał ze mną o tym, co czuje nie tylko fizycznie, ale o tym, co w środku. Mówił do mnie jak ktoś kto rozumie to co czuję i przeżywam. Czeka nas kilka trudnych miesięcy, ale znowu pojawiło się małe światełko w tunelu. Tak naprawdę to wszyscy w około już prawie zapomnieli o tym co się stało, a nasze serca nadal krwawią. Czasami wydaje mi się, że jeszcze bardziej i chyba coraz trudniej mi jest normalnie żyć. Życie nie smakuje tak jak kiedyś….
P.S. W przyszłym tygodniu pierwsze badania.

gacka2006-10-22 21:59:07

Re: Niestety stało się i co dalej???

Asiu – widzę, że jesteś z Grudziądza więc nie masz daleko do Bydgoszczy, a w Bydgoszczy jest świetny ginekolog, który nazywa się Wasilewski. Jak chcesz to dam Ci na niego namiary.
Trzymam kciuki za Was i wiem, że już niedługo zaświeci dla Ciebie słońce.

Gacka i Julka 01.03.2004

kaja262006-10-28 09:24:21

Re: Niestety stało się i co dalej???

trzymam kciuki za szczęśliwy finał, podstawa to dobry lekarz, mam nadzieję że takiego znalazłas….
powodzenia i współczuję tego co przeszłaś

29 cykl starań, nie było hsg, wciąż bakterie:(

szkocik2006-11-15 22:47:41

Re: Niestety stało się i co dalej???

CZYTAM I PŁACZĘ. TRZYMAM KCIUKI BO WIEM ŻE WAM SIĘ UDA. NAM SIĘ UDAŁO. POMODLĘ SIĘ BYŚCIE NIEDŁUGO MOGLI TULIĆ MAŁEGO SZKRABA.POZDRAWIAM.

Mariola z Wojtusiem i Marysią (1 roczek i 3 miesiące)

asiak19782006-11-19 20:19:54

Re: Niestety stało się i co dalej???

Długo się nie odzywałam, bo niestety huśtawka nastroju mnie nie opuszcza. Teraz jestem kolejny raz na etapie kompletnej bezsilności. W jednej kwestii jednak pełna dyscyplina. Oczywiście wizyty u gina. Po pierwszych badaniach jest ok. Hormony w normie, nie ma toksoplazmzy ani bakterii. Tylko wynik usg wskazuje, że może z moją macicą jest coś nie tak. Czekam na histeroskopię (za około dwa tygodnie). Trochę się denerwuje, ale myśle, że nie będzie źle. Jeszcze żaden gin nie powiedział mi, że jest coś nie tak. Ale ważne jest żeby to sprawdzić. Biegam do tego lekarza ale trochę bez przekonania bo teraz jestem na etapie, że dziecka nie chcę. Z czasem to mnie. Wierzę, że tak będzie. Zdobyłam się na ważną zmianę. Staram się o przeniesienie w mojej firmie do innego wydziału. Może ta zmiana dobrze mi zrobi. Będzie raczej spokojniej. Zanim sie wdrożę minie trochę czasu, nowe obowiazki pochłoną moje myśli i może będzie mi lepiej. Nie chcę pogłębiać się w tym bólu. Mój ślubny wyciągnął mnie na zabawę andrzejkową. Chwila rozrywki na pewno poprawi na obojgu nastrój. Wam też życzę udanej zabawy!!!
P.S. Dziękuję, że to czytacie i wspieracie mnie. To bardzo pomaga. Proszę nie płaczcie, ja już tyle łez wylałam……….

aniar12006-12-07 11:56:39

Re: Niestety stało się i co dalej???

Bardzo ci współczuję, mogę sobie wyobrazić co przechodzisz i przechodzicie oboje z mężem bo sama również mam za sobą jedno poronienie (ciąża obumarła) i 3 lata starań o dziecko. Do dziś nie wjem dlaczego dopiero po 3 latach starań od tej straty udało mi się zajść w ciążę. Myśle że był to cud i duża zasługa ziół które piłam – mieszankę o. Grzegorza Sroki na niepłodność. Znalazłam świetny wątek zielarski na tym forum: [Zobacz stronę] Mnie pomogło, piłam te ziółka miesiąc. Rozdaję tę herbatke znajomym którzy się starają i jakoś nie udaje im sie, a na leczenie za wcześnie. Z tych co rozdałam to pomogły. Może Tobie również coś pomoże, bardzo Ci tego życzę z całego serca i trzymam kciuki.

asiak19782006-12-12 18:37:37

Re: Niestety stało się i co dalej???

No i znowu czekam. Tym razem na wynik histopatologiczny po histeroskopii. Jakoś przeżyłam kolejny pobyt w szpitalu ale jestem tym okropnie zmęczona. Najgorsze jest to, że do świąt nic nie będę wiedziała, ba do końca roku pewnie też nie. Oj męczy strasznie. Albo zaświeci dla nas słońce, albo zajdzie na zawsze. Nawet zbliżające się święta nie cieszą tak jak powinny. Życie w ciągłej niepewności jutra i czekaniu na coś dobrego co w końcu odmieni nasze życie. Tak minął nam ten rok. Już niedługo nadejdzie dzień podsumowań. To co się wydarzyło nauczyło nas pokory i posmakowaliśmy cholernej bezsilności wobec życia, które toczy się dalej nie bacząc na nas. Czasmi może to jest potrzebne, ale dlaczego akurat w taki sosób???? Chyba nie warto się nad tym zastanawiać i dołować jeszcze bardziej. Za pozytyw uważam to, że powoli chyba zbieram siły. Powolutku, ale to już coś i tego będę się trzymać.
P.S. Dzięki za przepis na ziółka. Na pewno skorzystam.

ahimsa2006-12-15 19:40:50

Re: Niestety stało się i co dalej???

Mam łzy w oczach….tak bardzo życzę Ci zdrowego maluszka!!!!!!


14.10.2004 Mati i lipcowy dzidziol

margeritka772006-12-30 17:54:00

Re: Niestety stało się i co dalej???

Wzruszyła mnie twoja historia… Po tylu smutnych przeżyciach los na pewno się do Was uśmiechnie. Życzę powodzenia…

asiak19782007-01-15 17:39:09

Światełko w tunelu…..

To chyba będzie pierwszy mój optymistyczny wpis. Znam już wynik histeroskopii. Trochę nerwów mnie to kosztowało: litry wypitej melisy, troche płaczu i ogólnie kiepskiego nastroju. Ale mamy to za sobą. Wynik jest super dobry. Tzn. opis, bo wycinek nie był pobierany, nie było takiej potrzeby. Szkoda, że nikt mnie o tym nie poinformował od razu po badaniu. Jednak w naszych szpitalach jest tak a nie inaczej, poniżej jakiejkolwiek krytyki. Czekałam 4 tygodnie na wynik, żeby sie dowiedzieć, że wyniku nie będzie. Po wielokrotniej interwencji dostałam opis badania. Chyba jeszcze nigdy nie poczułam takiej ulgi i zaczynam wierzyć, że teraz już musi być lepiej. Po prostu dalszego życia w takim dołku nie wyobrażam sobie. Miało być optymistycznie. W sobotę w tą okropna wichurę pojechalismy na morze. Troche szalone posunięcie. Dwie godziny jazdy żeby przez 15 minut powdychać jod. Nigdy o tej porze roku nie byłam nad morzem. Super wrażenia. Poczułam sie wolna, taka silna i przez chwile szczęśliwa. Coraz częściej są takie chwile, kiedy myśle sobie, że to pomimo wszystko moje życie będzie miało jeszcze kolorowe barwy. Zaczynam wierzyć, że wszystko jeszcze przede mną!!!! Pozdrawiam

asiak19782007-02-11 17:18:47

Re: Niestety stało się i co dalej???

Dzisiaj spotkała mnie niezbyt miła niespodzianka ze strony naszych znajomych. Po pierwszym poronieniu wspierali nas bardzo. Sami to przeszli więc rozumieli nas jak mało kto. Doczekali się ślicznej córeczki. Długo się nie widzielismy chociaż mieszkamy blisko. My ciągle oszołomieni tym co się działo nie mieliśmy głowy do spotkań towarzyskich. Oni specjalnie nie zabiegali, a czas płynie tak szybko. Nasi mężowie mają kontakt, bo widują się w pracy. I dzisiaj mój mąż się mnie pyta czy wiem, że ona jest w ciąży? Nie wiem bo skąd. Pytam się czy on mu powiedział. Mówi, że ktoś z pracy. Za dwa miesiące rozwiązanie. Wiem, wiem chcieli dobrze. Nie chcieli robić nam przykrości. Ale czy coś tym załatwili??? Chyba wręcz przeciwnie. Bo teraz już wiem dlaczego tak dziwnie się zachowywała gdy jakiś czas temu spotkałyśmy się przypadkiem w sklepie. Nie wiem jak to rozumieć? Będą ukrywać to dziecko przed nami??? Przecież to ich dziecko, nie moje. Głupio się czuje, bo ja chce żyć normalnie i nie myśleć bez przerwy o przeszłośći. Ja się staram, a inni wciąż pokazują na mnie swój palec i przypomionają o mojej “inności”. Dla tych którzy nie wiedzą jak się zachować w trudnych sytuacjach mam jedną radę: bądźcie naturalni i nie róbcie nic na siłę, bo życie wcześniej czy później zetknie nas z rzeczywistością i może bardziej boleć.

klusilla2007-03-06 22:21:04

Re: Niestety stało się i co dalej???

Bedzie dobrze!!! Wierze w to!! Ja poronilam dwa razy, moze kiedys o tym wam opowiem, dlatego dobrze cie rozumiem. Pszeszlam przez istne pieklo!! Na psychice zostawilo to nieodwracalne pietno. walka byla niesamowita.
Ale uwierz mi OPLACALO SIE!!
Teraz mam 6miesieczna coreczke!! niewyobrazam sobie zycia bez tej iskierki!
Kochana walcz o swoje!! Niestety zycie nas nie rozpieszcza ale sami mozemy dac mu wyzwanie!! Napewno ci sie uda i zobaczysz ze za jakis czas bedziesz miala 100 innych pytan jak to i tamto robi sie z dzidziunia!! hehe
POWODZENIA CI ZYCZE I DUZO WYTRWALOSCI WAM OBOJGU!!

dorota272008-01-05 03:41:04

ciekawa jestem dalszego ciagu twojej historii
jak mozesz to daj znac..
🙂

2008-01-05 21:00:29

3mam Kciuki!!! Obys W Tym Roku Jeszcze Uslyszala Kwilenie Swego Skarbeczka!!

asiak19782008-01-27 14:54:29

Wróciłam

Witam wszystkich po prawie rocznej przerwie. To, że tu zagladacie i piszecie słowa otuchy zmobilizowały mnie żeby napisać jak się toczą moje losy. Nie napiszę niestety, że jestem oczekującą lub już mamusią. Mogę zapewnić, że nie poddałam się ani na chwilę.
Zacznę może od początku. Po pozytywnym wyniku histeroskopii okazało się, że wynik na listeriozę nie jest do końca ok. I od tego czasu jestem pod opieką poradni hepatologicznej. Potem zauważyłam, że z moimi miesiączkami jest coś nie tak. Mój gin kazał mi mierzyć temperaturę i okazało się, że nie mam owulacji. Kolejny stres. Zaczęłam brać tabletki, które poskutkowały. Wydaje się, że jest dobrze. Od maja minionego roku mięliśmy skierowanie na badania genetyczne. We wrześniu udało nam się zarejestrować na wizytę i został nam wyznaczony termin badań na styczeń tego roku. I przez to tak się wlecze. Wiem, że wynki będą prawdopodobnie za tydzień. Są w trakcie opisywania. Teraz wszystko zależy od tego kiedy uda nam się dostać do poradnii genetycznej z wynikami. Jeżeli znowu będą to 4 miesiące to …. Zakładam tylko pozytywny scenariusz. Nie denerwuje sę tak bardzo, bo wierzę, że będzie wszystko OK. Mój lekarz czeka tylko na te wyniki i zapali nam zielone światełko.
Tyle się działo przez ten rok. Opisałam to w kilku zdaniach, ale wiecie, że nie jest tak łatwo przez to wszystko przejść. Tak naprawde to przemeblowałam całe moje życie. Zmieniłam pracę, mieszkanie. Remontowaliśmy je przez 3 miesiące. Dzięki temu miałam mniej czasu na myślenie.
Czas robi swoje, ale ból nie przemija. Nie boli wcale inaczej tylko to my uczymy się z tym bólem żyć.
Pozdrawiam wszystkich, dziękuję za dobre słowo i obiecuję pisać co się u mnie dzieje.

asiak19782008-04-07 17:45:38

HIP HIP HURA………………………………….!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Mamy wyniki badań genetycznych. JEST W PORZĄDKU!!!!!! Jesteśmy potwornie zmęczeni i jeszcze nie dociera to do nas. Jak czekaliśmy przed gabinetem miałam wrażenie, że eksploduje z tych emocji!!! Dostaliśmy jedno zalecenie lekarskie: starać się o ciążę!!! Jeszcze tylko wizyta u mojego gina i wskakuje do starających się!!! :-)))))))

Pozdrawiam

marchewkowa2008-04-07 19:28:50

Powodzenia 🙂

domi2008-04-07 20:16:33

Trzymam mocno kciuki!!! 🙂

avi2008-04-08 08:42:49

Zamieszczone przez asiak1978:HIP HIP HURA………………………………….!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Mamy wyniki badań genetycznych. JEST W PORZĄDKU!!!!!! Jesteśmy potwornie zmęczeni i jeszcze nie dociera to do nas. Jak czekaliśmy przed gabinetem miałam wrażenie, że eksploduje z tych emocji!!! Dostaliśmy jedno zalecenie lekarskie: starać się o ciążę!!! Jeszcze tylko wizyta u mojego gina i wskakuje do starających się!!! :-)))))))

Pozdrawiam
trzymam kciuki, powodzenia !!!! 🙂

ladybug2008-04-08 20:55:06

my tez trzymamy

2008-04-09 11:57:17

Zamieszczone przez asiak1978:HIP HIP HURA………………………………….!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Mamy wyniki badań genetycznych. JEST W PORZĄDKU!!!!!! Jesteśmy potwornie zmęczeni i jeszcze nie dociera to do nas. Jak czekaliśmy przed gabinetem miałam wrażenie, że eksploduje z tych emocji!!! Dostaliśmy jedno zalecenie lekarskie: starać się o ciążę!!! Jeszcze tylko wizyta u mojego gina i wskakuje do starających się!!! :-)))))))

Pozdrawiam

czekam aż pojawiesz się na oczekujących;)

asiak19782008-04-16 18:07:11

:-)))

Wielkie dzięki za wsparcie. Pozdrowionka!!!!

alice822008-04-17 11:14:06

Zamieszczone przez asiak1978:Wielkie dzięki za wsparcie. Pozdrowionka!!!!
trzymam mocno kciuki:-))) pozdrawiam Alicja

zewunia2008-04-18 14:10:44

trzymamy kciuki (ja tez pochodze z Grudziadza :))

nadii2008-04-20 14:55:43

Trzymam kciuki, za to żeby w końcu udało się Wam. Cieszę się, że słonko nad Wami zaświeciło i liczę że w najblizszym cyklu bocian zawita do waszego życia :). Powodzenia.

tusiaaa242008-05-02 07:32:56

jestesmy z Wami – 🙂

bardzo wspolczuje przezyc … ale wierze ze Bog pozwoli WAM doczekac sie malej kruszynki … modlimy sie o to z calego serca …

toffika2008-05-04 21:33:07

kciuczki zaciśnięte 😀

denonka2008-05-08 19:17:46

będzie dobrze, w końcu i dla Was zaświeci słońce 😉 buziaki

alutka19792009-02-17 16:16:55

Życie…

Zamieszczone przez asiak1978:To troche długa historia, ale mam nadzieje, że ktoś to przeczyta. Długo dojrzewałam do tego żeby podzielić się swoją historią. Minęły już dwa tygodnie od drugiego poronienia i nadal nic sie nie zmieniło. Może pomożecie?

Jesteśmy małżeństwem od prawie pięciu lat. O dziecko zaczęliśmy się starać jesienią ubiegłego roku. Skończyłam studia, mam stałą pracę, więc nie było powodu żeby to odkładać. Ja dłuższego czasu nie myślałam o niczym innym tylko o macierzyństwie. Starania poszły na marne. Chyba za bardzo tego chciałam. D (mąż) tłumaczył, że źle do tego podchodzę, ale ja nie potrafiłam inaczej. W połowie lutego zaczęłam się źle czuć. Zawroty głowy, bóle podbrzusza, które narastały. Trzeba się wybrać do ginekologa i to szybko. Oczywiście problem, trzeba czekać w kolejce, a ja czuję, że nie powinnam tego odkładać. Po małych perypetiach w piątkowy wieczór ląduje na izbie przyjęć w szpitalu. Lekarz kręci głową dlaczego od razu do szpitala a nie do poradni K, ale bada i robi usg. Rozmawiamy, mówię, że staramy się o dziecko. Nie widzi przeszkód, ale nie ma dobrych wiadomości. Torbiel lewego jajnika. Mam się skontaktować z moim gin, zrobić badania i przyjść umówić termin. Czego????? Trzeba usunąć operacyjnie. Dla mnie brzmi jak wyrok, wtedy myślałam, że to najgorsze, co mogło mnie spotkać. Mój gin nie zbyt dobrze mnie potraktował. Trudno trzeba zmienić. Do kogo iść? Wybieramy podobno najlepszego w naszym mieście ? ordynator ginekologii. Wizyta bardzo miła, kamień spada z serca, nie jest tak źle. Trzeba poczekać do miesiączki i zgłosić się do szpitala. Czas oczekiwań, załatwiam sprawy w pracy i boje się jak to przejdę. D bardzo mnie wspiera. Miesiączki nie ma, co trochę mnie dziwi. Pewnie torbiel szaleje, zmiany hormonalne, bo o ciąży wcale nie myślę. Zdecydowaliśmy, że plany ciążowe odkładamy. Po powrocie z pracy robię test, oczywiście żeby tylko potwierdzić, że ciąży nie ma. Tak też jest. Następny dzień, idziemy do naszego gin. Czy czuje się Pani jakby była w ciąży?? A skąd mam wiedzieć jak się czuje kobieta w ciąży??? Kolejny dzień, badanie usg i ewentualnie ? hcg. Trzeba wykluczyć ciążę. Z usg wynika, że ciąży brak, ale mój torbiel chyba ma się ?dobrze?. Jest trochę większy i podejrzenie, że to guz. Przerażenie, gin już nie mówi, że nie ma problemu. ? hcg podwyższone (220), ale po chwili namysłu mówi zdecydowanie ? ciąży nie ma. Widzę, że nie jest zdecydowany, co dalej ze mną zrobić. Myśli o leczeniu farmakologicznym (wcześniej to wykluczał). Mówię, że cały czas źle się czuje. Brak reakcji. Mówi, że trzeba czekać na miesiączkę. D pyta o tabletki na moje bóle. Propozycja nospa. Nie pomaga. Gin nie przepisze nic innego, bo jeśli coś się będzie działo nie chce zniekształcać obrazu. Mam się zgłosić za prawie dwa tygodnie, po świętach wielkanocnych. Dla mnie to wieczność, samopoczucie coraz gorsze i chyba trochę rezygnacji. Koleżanka daje numer telefonu do profesora. Szybka decyzja. Jedziemy. To tylko 70 km. Profesor bardzo miły. Ogląda wynik usg. Wszystko tłumaczy. Badanie bardzo bolesne. Proponuje operację laparaskopową w swoim szpitalu. Zgadzam się, trochę o to chodziło. U mnie by mnie cięli. Nie pokazuje wyniku ? hcg. Do dzisiaj zastanawiam się dlaczego???? Przepisuje tabletki na wywołanie miesiączki. Biorę i nic. Dzwonię żeby spytać, co mam robić? Mam czekać. A co ja robię o tylu tygodni?? Jeden z dni kończących kwiecień, wstaję, idę do toalety i jest!! Dostałam okres. Radość w całej rodzinie. Wreszcie się skończy ta męczarnia. Poranne dosyć mocne krwawienie i na tym koniec. Trochę dziwne, ale co innego mogło to być. Po długim weekendzie maja jedziemy do kliniki. Cieszę się, że nadszedł ten dzień. Najpierw badanie na czystość pochwy. Zły wynik. Co teraz? Nie chcę już czekać. Dostaje tabletki na 3 dni do domu przeleczyć się i z powrotem. Lekarz mówi, że przy okazji usunięcia torbieli sprawdzą drożność jajowodów, na wszelki wypadek skoro dotychczas nie zaszłam w ciążę. Wracamy do szpitala. Przygotowania, min. usg. Wchodzę do gabinetu, kilku studentów i znajomy lekarz. Spokojnie się przygotowuje do badania. I nagle pada pytanie. Pani jest w ciąży? Nie!? Jest Pani w ciąży! Co ten facet gada??!!! Wszyscy są w nie mniejszym szoku niż ja. Ale ja miałam badania krwi, wywołaną miesiączkę, jak to możliwe?? To ciąża bliźniacza. Ja chyba śnie. Zawsze o tym marzyłam. Po chwili słyszę: coś mi się tu nie podoba?.Zostaje w szpitalu, lekarz tłumaczy, że to ciąża bliźniacza jednojajowa, ale niestety według niego się zatrzymała. Nie rozumiem, co to znaczy. Trzeba zrobić badania, poczekać kilka dni i powtórzyć badania. Wtedy będzie wiadomo na pewno. Już wiem, co jest nie tak. Serduszka nie biją.
Wychodzę do domu. Mam wrócić za kilka dni lub gdyby coś się działo. Nie pamiętam, co robiłam przez te dni. Tylko takie wyrywki. Spacer, rozmowę z mamą i wizytę koleżanki. Weszła i w progu powiedziała o niczym nie wiedząc: Jak Ty ładnie wyglądasz, tak inaczej, ale bardzo ładnie. Do dzisiaj bije się myślami jak można nie wiedzieć, że jest się w ciąży??? Powrót do szpitala. Nie wiem, co mnie czeka. Gdzieś tli się nadzieja, że może uda się uratować tę ciążę. Najpierw usg. Lekarz grzeczny, ale strasznie głośno mówi, prawie krzyczy. Nie wiem, co się dzieje. Boję się pytać. Mówi, że zaczną mnie leczyć. Może będzie dobrze. Izba przyjęć. Pani doktor tłumaczy, co ze mną zrobią, ale nic o ciąży, więc pytam. A co z ciążą? Ciąża nie żyje i mija mnie wychodząc do pokoju obok. Jestem potulna, robię, co każą. Kładę się do łóżka i czekam. D jest ze mną. Mam sąsiadkę, która jest w tej samej sytuacji. Będzie raźniej. Przychodzi pielęgniarka i zabiera nas do zabiegowego. Pyta się czy wiemy, co nas czeka i tłumaczy. Wchodzę pierwsza. Fotel i pozycja jak do badania. Pani doktor z izby przyjęć wkłada mi głęboko czarodziejską tabletkę. Nie boli, ale łzy lecą ciurkiem. Czuję się strasznie. D rozmawia z pielęgniarkami, które mówią, że trochę poboli i krwawienie mocniejsze jak w czasie miesiączki. D niestety musi wrócić do pracy. Jestem sama z sąsiadka. Zaczynają się bóle. Całkiem znośne. Po trzech godzinach krwawię. Bóle coraz mocniejsze. Chodzę do toalety i oglądam, co ze mnie wylatuje. Tak trzeba. Wieczorny obchód i niestety ponowne założenie tabletki. Po co? Przecież mocno krwawię? O 20:00 dzwonię do D i mówię, że chyba już mam najgorsze z głowy i dało się przeżyć. Wtedy nie myślałam co się ze mną dzieje bo chciałam mieć to za sobą. Ponowne bóle i takie krwawienie, że zastanawiam się skąd? Idąc do toalety zaznaczam krwawe ślady. Pielęgniarka krzyczy, że nie ma chodzić tylko leżeć. Płaczę, mam dość. Mam takie bóle, że wyję z bólu, regularne skurcze. Pielęgniarka przynosi mi, co potrzebne i prosi żeby w nocy nie wstawać, bo mogę zemdleć. W razie potrzeby dzwonić. Przy kolejnej fali bólu gryzę ręce, nie chcę krzyczeć. Próbuje wstać może trochę pomoże. Wstaje zawrót głowy, prawie mdleję, opadam na łóżko. Już tylko leżę. Pielęgniarka zagląda. Mówię, że boli. Dostaje kroplówkę. Nie wiem, która jest godzina 2, 3 w nocy. Przestaje boleć. Jaka ulga. Zasypiam prawie nad ranem. Rano usg. Niestety konieczne łyżeczkowanie. Znowu zabiegowy i znana mi Pani doktor. Budzę się na sali. Czuje się zadziwiająco dobrze. Mogę iść do domu.
Przez pierwszy tydzień wyłam całymi dniami. Drugi tydzień myślałam jak żyć dalej? D próbował na różne sposoby zmusić mnie do normalności. Trzeci tydzień musiałam doprowadzić się do porządku, bo zbliżał się powrót do pracy. Mam wyrzuty sumienia, że nie pożegnałam się z moimi dzieciątkami. Myślę, że jeśli bym to zrobiła byłoby mi lżej. Wizyta kontrolna u profesora, jest OK. Kolejne skierowanie żeby pozbyć się torbieli. W lipcu operacja. Kontrola i wszystko w porządku. Czuje się dobrze. To nie guz tylko torbiel czekoladowa. Niestety może się odnowić. Mam podjąć próby zajścia w ciążę. D mówi, że może to jeszcze za szybko. Ja mówię, że skoro profesor tak mówi to widocznie nie. Zresztą nie wiadomo czy się uda.
Wyjeżdżamy do Zakopanego. Chcemy zostawić to wszystko, co złe za sobą. To trwało pół roku. Bawimy się świetnie. Gdy wchodzę na Giewont myślę sobie, że jeśli mi się uda to będzie już tylko dobrze. W myślach żegnam te dwie małe istotki. Wracamy do domu wypoczęci. Przebiega mi przez myśl, że niedługo mam dostać miesiączkę, ale staram się nie emocjonować. W końcu robię rano test. Dwie kreski. Jesteśmy zszokowani. Nie ma wybuchu radości. Udało się. Jest przyjemnie. Wiem nawet, kiedy to się stało. Powoli oswajamy się z tą myślą. Nikomu nie mówimy. Żeby nie zapeszyć. Czuję się dobrze, może trochę zmęczona, ale D dba o mnie. Już teraz wiem skąd ta ciągła zgaga i dlaczego w Zakopanem uwielbiałam sos czosnkowy. Mija pierwszy tydzień jak wiemy i trochę pobolewa mnie brzuch. Spokojnie bez paniki, ale trochę za długo i za mocno boli. Idę do poradni dla kobiet w ciąży. Lekarz pyta czy ta ciąża na pewno jest i daje skierowanie na usg. Wynik usg niekorzystny. Pani jest w 6 tygodniu a tu wygląda na 4 i nie widzę zarodka. Bronię się mówiąc, że ma dłuższe cykle. Mówię, że mnie pobolewa brzuch. Jeśli będę krwawić mam się zgłosić do szpitala, ale wyraz twarzy lekarza nie wróży nic dobrego. Lekarz w poradni zaleca ? hcg. Wychodzi dosyć wysokie, mówi, że jest dobrze, za 2 tygodnie powtórzyć usg, brać luteine, kwas foliowy i oszczędzać się. W razie, czego do szpitala. Znowu chwila radości. Widzę w oczach D nadzieję. Mijają dni i czuje, że coś jest nie tak. D mówi, że przesadzam. Będzie dobrze. Widzę delikatne beżowe brudzenia na bieliźnie. Nie wiem, co robić. Do usg został niecały tydzień. D mówi, że zmieniłam się na twarzy, moja mama nie wiedząc o niczym badawczo mi się przygląda, wiem, że się domyśla, ale o nic nie pyta. Piątkowy ranek. Plamka krwi. Malutka, ale już nie mogę czekać. Szybko pakuje się i jedziemy. Znowu izba przyjęć, ale inny szpital. Jestem spokojna, będzie dobrze. Musi być dobrze. Usg lekarz mówi bardzo spokojnie, jaka jest sytuacja. Robi to delikatnie, uspakaja, mówi, że na razie trzeba czekać za kilka dni się wszystko wyjaśni. Ale ja wiem, co to oznacza. Pęcherzyk rośnie, ale nie ma zarodka. Lekarz obserwuje jak się zachowam. Idę i myślę, co powiem D. Zaczynam płakać. Słyszę, że z kimś rozmawia. Nie ma siły iść dalej. Przyklejam się do ściany i płaczę. Za chwile D jest przy mnie i pyta co się dzieje? Nie wiem co mu mówię, płaczę chyba tak głośno, ze wszyscy mnie słyszą. Nie mam siły, osuwam się po ścianie, D próbuje mnie przytrzymać. Płacz, płacz, płacz. Przychodzi oddziałowa, głaszcze mnie po głowie pociesza- natura wie, co robi. Wiem, że ma racje, ale nie mogę tego słuchać. Ląduje w łóżku z kroplówką i czekam na wynik ? hcg. Położna przychodzi i mówi 37?? znowu płacz i pocieszanie, że będzie dobrze. Ja czuję, że już nie. W sobotę rano lekarz karze leżeć i czekać do niedzielnych badań. Mało nadziei jest we mnie, ale jeszcze coś się tli. Dochodzi 14 i czuje, że zaczyna się coś dziać. Idę szybko do toalety i niestety silne krwawienie. Wychodzę i szukam pielęgniarki. Nie ma nikogo. Wracam do sali, płaczę i znowu idę szukać. Jest. Powiedziałam, co się stało, mam iść na usg. Idę jak na ścięcie. Patrzę na lekarza i próbuje coś wyczytać z jego twarzy. Za chwile patrzy na mnie i mówi ?poroniła Pani?. Staram się być spokojna pyta mnie o coś. Denerwuje się a On patrzy na mnie i zastanawia się, co zaraz zrobię. Mówię, że to drugi raz i ?.. Chyba nie chce rozmawiać, więc wychodzę. Czekam na łyżeczkowanie. Dzwonię do D. O 14 wyjechał za miasto nie może już zawrócić. Dzwonię do mamy, zaraz przyjdzie. Czekam, znowu czekam. Nazajutrz wychodzę do domu. Jesteśmy w punkcie zero. Nie ma ciąży, nadziei i nie ma lekarza (muszę mieć kogoś na miejscu), do którego mogę się teraz zwrócić. Już teraz wiem, że nie mamy czasu na pomyłkę. Muszę coś zrobić. Tylko co????

Ten pamiętnik będzie trochę mnie mobilizował do tego żeby nie czekać bezczynnie.

Popłakałam się jak to czytałam.
I chciałam Ci tylko powiedzieć,że rozumiem przez co przeszłaś bo miałam dokładnie tak samo. Nikt mi wtedy też nic nie tłumaczył i nie wyjaśniał,dopiero jak to przeczytałam, to zrozumiałam nieco więcej…Objawy były identyczne. I też palę świeczkę za jedną małą istotkę…Która teraz miałaby 12 lat. Nie mam swoich dzieci póki co i jest mi się ciężko zdecydować, zapewne ze strachu przed kolejną stratą. Ale wierzę,że się nam kiedyś uda. I Tobie i mnie. I jeszcze będziemy się cieszyć:)
Będę myślała ciepło o Tobie, żeby się udało.
Pozdrawiam serdecznie:))

anekk2009-03-17 15:48:05

Mam nadzieję że wszystko w porządku ,czytałam i miałam łzy w oczach minął znów rok czy coś sie zmieniło trzymam kciuki.

kama282009-04-16 20:19:10

Zamieszczone przez asiak1978:HIP HIP HURA………………………………….!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Mamy wyniki badań genetycznych. JEST W PORZĄDKU!!!!!! Jesteśmy potwornie zmęczeni i jeszcze nie dociera to do nas. Jak czekaliśmy przed gabinetem miałam wrażenie, że eksploduje z tych emocji!!! Dostaliśmy jedno zalecenie lekarskie: starać się o ciążę!!! Jeszcze tylko wizyta u mojego gina i wskakuje do starających się!!! :-)))))))

Pozdrawiam

Asiu, trzymam za ciebie kciuki, przeszliście taką długa już drogę!
Trzymajcie się!

asiak19782009-09-02 12:26:29

Marzenia sie spełniają

Mam już swoje małe najukochańsze szczęście na świecie. Nie było lekko, ale to już wszystko nieważne. Dziewczyny nie można nigdy się poddawać. Ku pokrzepieniu serc, które wątpią, że doświadczą tego szczęścia:
Starania trwały kilka miesięcy, wszystko było wyliczone, wycelowane i udało się. Beta pięknie rosła, jeszcze nie dowierzaliśmy w nasze szczęście i zostałam skierowana na usg. Bańka prysła bo lekarz stwierdził podejrzenie ciąży pozamacicznej. Spędziłam w szpitalu 4 długie dni leżąc w towarzystwie dziewczyn, które poroniły lub miały ciążę pozamaciczną. Jakiś cud sprawił, że opuściłam szpital z dużą dawka nadziei, że będzie ok. I tak się stało, za 3 dni mojemu dzidziusiowi zabiło serduszko. Kolejne dwa miesiące spędziłam na kanapie zastanawiając się czy mogę sobie na cokolwiek pozwolić, bo miałam się oszczędzać. Kontrolne badanie usg wyznaczono mi w dniu moich trzydziestych urodzin. Dostałam od mojego dziecka cudowny prezent. Usłyszałam bicie jego serca. Przy kolejnym usg wykryto, że maluszek ma powiększony układ kielichowo – miedniczkowy. Znowu zmartwienie ale uspakajano nas, że to wszystko z dużym prawdopodobieństwem samo się cofnie. I tak w kwietniu usłyszeliśmy, że jest wszystko w porządku. Nasz spokój nie trwał jednak długo. Po wizycie u gina musiałam się spakować i stawić w szpitalu. Było ryzyko, że urodzę. Spędziłam tam dwa tygodnie, wróciłam do domu i po trzech dniach znowu wróciłam na tydzień. Ostatnie półtora miesiąca leżałam plackiem w domu. Tylko TV i książki i na końcówce chodzenie na ktg. Miałam mieć cesarkę. Zaplanowano ja na wtorek (16.06.09). Na ostatniej wizycie usłyszałam: żeby tylko Pani wody nie odeszły w weekend. I tak myślałam jak to będzie, bałam się tego oczekiwania. W sobotę 13.06.09 poszliśmy na 16 na ktg. Dzidziuś wcale się nie ruszył. Próbowaliśmy go trochę pobudzić ale nic z tego nie wyszło. Ostatnie dni jakby mniej był ruchliwy. Kazano nam przyjść o 20. Trochę się zestresowałam, bo miałam obawy, że zostawią mnie w szpitalu. Przed wyjściem na ktg gorzej się poczułam. Brzuch zrobił się twardy i ciężko było mi się ruszyć. Poszłam do toalety i stało się: wody odeszły!!! No i wtedy poszło wszystko bardzo szybko. Mąż wpadł w panikę, ja zachowałam zimną krew. Jeszcze prysznic, ostanie rzeczy wrzuciłam do torby i do szpitala. Pojawiły się pierwsze bóle. W szpitalu wszystko potoczyło się szybko. O 23:10 nasz Mikołaj głośnym krzykiem powitał ten świat. Urodził się zdrowy, silny chłopiec 3900/59. I tak jest już z nami 2,5 miesiąca. Jeszcze czasami niedowierzam, że cały jest nasz. Nie raz poleciała łezka. Cudowny to czas, chociaż czasami zmęczenie dopada niemiłosiernie, czasami nie wiadomo o co chodzi maluszkowi itp., itd. Ale przecież o to chodziło.

Dziękuję i trzymam kciuki za wszystkie kobietki pragnące macierzyństwa.

kama282009-09-06 20:46:18

Zamieszczone przez asiak1978:Mam już swoje małe najukochańsze szczęście na świecie. Nie było lekko, ale to już wszystko nieważne. Dziewczyny nie można nigdy się poddawać. Ku pokrzepieniu serc, które wątpią, że doświadczą tego szczęścia:
Starania trwały kilka miesięcy, wszystko było wyliczone, wycelowane i udało się. Beta pięknie rosła, jeszcze nie dowierzaliśmy w nasze szczęście i zostałam skierowana na usg. Bańka prysła bo lekarz stwierdził podejrzenie ciąży pozamacicznej. Spędziłam w szpitalu 4 długie dni leżąc w towarzystwie dziewczyn, które poroniły lub miały ciążę pozamaciczną. Jakiś cud sprawił, że opuściłam szpital z dużą dawka nadziei, że będzie ok. I tak się stało, za 3 dni mojemu dzidziusiowi zabiło serduszko. Kolejne dwa miesiące spędziłam na kanapie zastanawiając się czy mogę sobie na cokolwiek pozwolić, bo miałam się oszczędzać. Kontrolne badanie usg wyznaczono mi w dniu moich trzydziestych urodzin. Dostałam od mojego dziecka cudowny prezent. Usłyszałam bicie jego serca. Przy kolejnym usg wykryto, że maluszek ma powiększony układ kielichowo – miedniczkowy. Znowu zmartwienie ale uspakajano nas, że to wszystko z dużym prawdopodobieństwem samo się cofnie. I tak w kwietniu usłyszeliśmy, że jest wszystko w porządku. Nasz spokój nie trwał jednak długo. Po wizycie u gina musiałam się spakować i stawić w szpitalu. Było ryzyko, że urodzę. Spędziłam tam dwa tygodnie, wróciłam do domu i po trzech dniach znowu wróciłam na tydzień. Ostatnie półtora miesiąca leżałam plackiem w domu. Tylko TV i książki i na końcówce chodzenie na ktg. Miałam mieć cesarkę. Zaplanowano ja na wtorek (16.06.09). Na ostatniej wizycie usłyszałam: żeby tylko Pani wody nie odeszły w weekend. I tak myślałam jak to będzie, bałam się tego oczekiwania. W sobotę 13.06.09 poszliśmy na 16 na ktg. Dzidziuś wcale się nie ruszył. Próbowaliśmy go trochę pobudzić ale nic z tego nie wyszło. Ostatnie dni jakby mniej był ruchliwy. Kazano nam przyjść o 20. Trochę się zestresowałam, bo miałam obawy, że zostawią mnie w szpitalu. Przed wyjściem na ktg gorzej się poczułam. Brzuch zrobił się twardy i ciężko było mi się ruszyć. Poszłam do toalety i stało się: wody odeszły!!! No i wtedy poszło wszystko bardzo szybko. Mąż wpadł w panikę, ja zachowałam zimną krew. Jeszcze prysznic, ostanie rzeczy wrzuciłam do torby i do szpitala. Pojawiły się pierwsze bóle. W szpitalu wszystko potoczyło się szybko. O 23:10 nasz Mikołaj głośnym krzykiem powitał ten świat. Urodził się zdrowy, silny chłopiec 3900/59. I tak jest już z nami 2,5 miesiąca. Jeszcze czasami niedowierzam, że cały jest nasz. Nie raz poleciała łezka. Cudowny to czas, chociaż czasami zmęczenie dopada niemiłosiernie, czasami nie wiadomo o co chodzi maluszkowi itp., itd. Ale przecież o to chodziło.

Dziękuję i trzymam kciuki za wszystkie kobietki pragnące macierzyństwa.

Asia! Z całego serca gratuluję!!!
Przeżycia was zahartowały, nie przejmujcie się kolkami, płaczami, marudzeniem, teraz to chyba sama radość już tylko 😉
Wszystkiego dobrego!

paszulka2009-09-10 18:22:26

Zamieszczone przez asiak1978:Mam już swoje małe najukochańsze szczęście na świecie. Nie było lekko, ale to już wszystko nieważne. Dziewczyny nie można nigdy się poddawać. Ku pokrzepieniu serc, które wątpią, że doświadczą tego szczęścia:
Starania trwały kilka miesięcy, wszystko było wyliczone, wycelowane i udało się. Beta pięknie rosła, jeszcze nie dowierzaliśmy w nasze szczęście i zostałam skierowana na usg. Bańka prysła bo lekarz stwierdził podejrzenie ciąży pozamacicznej. Spędziłam w szpitalu 4 długie dni leżąc w towarzystwie dziewczyn, które poroniły lub miały ciążę pozamaciczną. Jakiś cud sprawił, że opuściłam szpital z dużą dawka nadziei, że będzie ok. I tak się stało, za 3 dni mojemu dzidziusiowi zabiło serduszko. Kolejne dwa miesiące spędziłam na kanapie zastanawiając się czy mogę sobie na cokolwiek pozwolić, bo miałam się oszczędzać. Kontrolne badanie usg wyznaczono mi w dniu moich trzydziestych urodzin. Dostałam od mojego dziecka cudowny prezent. Usłyszałam bicie jego serca. Przy kolejnym usg wykryto, że maluszek ma powiększony układ kielichowo – miedniczkowy. Znowu zmartwienie ale uspakajano nas, że to wszystko z dużym prawdopodobieństwem samo się cofnie. I tak w kwietniu usłyszeliśmy, że jest wszystko w porządku. Nasz spokój nie trwał jednak długo. Po wizycie u gina musiałam się spakować i stawić w szpitalu. Było ryzyko, że urodzę. Spędziłam tam dwa tygodnie, wróciłam do domu i po trzech dniach znowu wróciłam na tydzień. Ostatnie półtora miesiąca leżałam plackiem w domu. Tylko TV i książki i na końcówce chodzenie na ktg. Miałam mieć cesarkę. Zaplanowano ja na wtorek (16.06.09). Na ostatniej wizycie usłyszałam: żeby tylko Pani wody nie odeszły w weekend. I tak myślałam jak to będzie, bałam się tego oczekiwania. W sobotę 13.06.09 poszliśmy na 16 na ktg. Dzidziuś wcale się nie ruszył. Próbowaliśmy go trochę pobudzić ale nic z tego nie wyszło. Ostatnie dni jakby mniej był ruchliwy. Kazano nam przyjść o 20. Trochę się zestresowałam, bo miałam obawy, że zostawią mnie w szpitalu. Przed wyjściem na ktg gorzej się poczułam. Brzuch zrobił się twardy i ciężko było mi się ruszyć. Poszłam do toalety i stało się: wody odeszły!!! No i wtedy poszło wszystko bardzo szybko. Mąż wpadł w panikę, ja zachowałam zimną krew. Jeszcze prysznic, ostanie rzeczy wrzuciłam do torby i do szpitala. Pojawiły się pierwsze bóle. W szpitalu wszystko potoczyło się szybko. O 23:10 nasz Mikołaj głośnym krzykiem powitał ten świat. Urodził się zdrowy, silny chłopiec 3900/59. I tak jest już z nami 2,5 miesiąca. Jeszcze czasami niedowierzam, że cały jest nasz. Nie raz poleciała łezka. Cudowny to czas, chociaż czasami zmęczenie dopada niemiłosiernie, czasami nie wiadomo o co chodzi maluszkowi itp., itd. Ale przecież o to chodziło.

Dziękuję i trzymam kciuki za wszystkie kobietki pragnące macierzyństwa.

:Hura!::Hura!::Hura!: ja wierzę w te szczęśliwe zakończenia… i mamu tutaj sporo wytrwałych, po przejściach, które doczekały swojego cudu!!!
Gratulacje!!!!!

Znasz odpowiedź na pytanie: Niestety stało się i co dalej????

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Dla starających się
Dziewczyny, dziekuje za odpowiedzi i wsparcie
Czesc Forumowiczki. Chcialam podziekowac za odpowiedzi na mojego wczesniejszego posta o rezygnacji i braku sil. Nie moge do niego dotrzec, by bezposrednio Wam tam podziekowac, bo internet slabo sie otwiera,
Czytaj dalej
Chcę nawiązać kontakt z innymi rodzicami
SIERPNIÓWKOWO 2004 w październiku
No to skrobcie kobiety[img]/images/forum/icons/crazy.gif[/img] [img]http://bd.lilypie.com/j4tpp2?r=9174f99.jpg[/img] [i]Wejdź: tiny.pl/tzxj[/i]
Czytaj dalej