Niestety stało się i co dalej???

Postów wyświetlanych: 15 - od 1 do 15 (wszystkich: 45)
  • Autor
    Wpisy
  • #81668

    asiak1978

    To troche długa historia, ale mam nadzieje, że ktoś to przeczyta. Długo dojrzewałam do tego żeby podzielić się swoją historią. Minęły już dwa tygodnie od drugiego poronienia i nadal nic sie nie zmieniło. Może pomożecie?

    Jesteśmy małżeństwem od prawie pięciu lat. O dziecko zaczęliśmy się starać jesienią ubiegłego roku. Skończyłam studia, mam stałą pracę, więc nie było powodu żeby to odkładać. Ja dłuższego czasu nie myślałam o niczym innym tylko o macierzyństwie. Starania poszły na marne. Chyba za bardzo tego chciałam. D (mąż) tłumaczył, że źle do tego podchodzę, ale ja nie potrafiłam inaczej. W połowie lutego zaczęłam się źle czuć. Zawroty głowy, bóle podbrzusza, które narastały. Trzeba się wybrać do ginekologa i to szybko. Oczywiście problem, trzeba czekać w kolejce, a ja czuję, że nie powinnam tego odkładać. Po małych perypetiach w piątkowy wieczór ląduje na izbie przyjęć w szpitalu. Lekarz kręci głową dlaczego od razu do szpitala a nie do poradni K, ale bada i robi usg. Rozmawiamy, mówię, że staramy się o dziecko. Nie widzi przeszkód, ale nie ma dobrych wiadomości. Torbiel lewego jajnika. Mam się skontaktować z moim gin, zrobić badania i przyjść umówić termin. Czego????? Trzeba usunąć operacyjnie. Dla mnie brzmi jak wyrok, wtedy myślałam, że to najgorsze, co mogło mnie spotkać. Mój gin nie zbyt dobrze mnie potraktował. Trudno trzeba zmienić. Do kogo iść? Wybieramy podobno najlepszego w naszym mieście – ordynator ginekologii. Wizyta bardzo miła, kamień spada z serca, nie jest tak źle. Trzeba poczekać do miesiączki i zgłosić się do szpitala. Czas oczekiwań, załatwiam sprawy w pracy i boje się jak to przejdę. D bardzo mnie wspiera. Miesiączki nie ma, co trochę mnie dziwi. Pewnie torbiel szaleje, zmiany hormonalne, bo o ciąży wcale nie myślę. Zdecydowaliśmy, że plany ciążowe odkładamy. Po powrocie z pracy robię test, oczywiście żeby tylko potwierdzić, że ciąży nie ma. Tak też jest. Następny dzień, idziemy do naszego gin. Czy czuje się Pani jakby była w ciąży?? A skąd mam wiedzieć jak się czuje kobieta w ciąży??? Kolejny dzień, badanie usg i ewentualnie β hcg. Trzeba wykluczyć ciążę. Z usg wynika, że ciąży brak, ale mój torbiel chyba ma się „dobrze”. Jest trochę większy i podejrzenie, że to guz. Przerażenie, gin już nie mówi, że nie ma problemu. β hcg podwyższone (220), ale po chwili namysłu mówi zdecydowanie – ciąży nie ma. Widzę, że nie jest zdecydowany, co dalej ze mną zrobić. Myśli o leczeniu farmakologicznym (wcześniej to wykluczał). Mówię, że cały czas źle się czuje. Brak reakcji. Mówi, że trzeba czekać na miesiączkę. D pyta o tabletki na moje bóle. Propozycja nospa. Nie pomaga. Gin nie przepisze nic innego, bo jeśli coś się będzie działo nie chce zniekształcać obrazu. Mam się zgłosić za prawie dwa tygodnie, po świętach wielkanocnych. Dla mnie to wieczność, samopoczucie coraz gorsze i chyba trochę rezygnacji. Koleżanka daje numer telefonu do profesora. Szybka decyzja. Jedziemy. To tylko 70 km. Profesor bardzo miły. Ogląda wynik usg. Wszystko tłumaczy. Badanie bardzo bolesne. Proponuje operację laparaskopową w swoim szpitalu. Zgadzam się, trochę o to chodziło. U mnie by mnie cięli. Nie pokazuje wyniku β hcg. Do dzisiaj zastanawiam się dlaczego???? Przepisuje tabletki na wywołanie miesiączki. Biorę i nic. Dzwonię żeby spytać, co mam robić? Mam czekać. A co ja robię o tylu tygodni?? Jeden z dni kończących kwiecień, wstaję, idę do toalety i jest!! Dostałam okres. Radość w całej rodzinie. Wreszcie się skończy ta męczarnia. Poranne dosyć mocne krwawienie i na tym koniec. Trochę dziwne, ale co innego mogło to być. Po długim weekendzie maja jedziemy do kliniki. Cieszę się, że nadszedł ten dzień. Najpierw badanie na czystość pochwy. Zły wynik. Co teraz? Nie chcę już czekać. Dostaje tabletki na 3 dni do domu przeleczyć się i z powrotem. Lekarz mówi, że przy okazji usunięcia torbieli sprawdzą drożność jajowodów, na wszelki wypadek skoro dotychczas nie zaszłam w ciążę. Wracamy do szpitala. Przygotowania, min. usg. Wchodzę do gabinetu, kilku studentów i znajomy lekarz. Spokojnie się przygotowuje do badania. I nagle pada pytanie. Pani jest w ciąży? Nie!? Jest Pani w ciąży! Co ten facet gada??!!! Wszyscy są w nie mniejszym szoku niż ja. Ale ja miałam badania krwi, wywołaną miesiączkę, jak to możliwe?? To ciąża bliźniacza. Ja chyba śnie. Zawsze o tym marzyłam. Po chwili słyszę: coś mi się tu nie podoba….Zostaje w szpitalu, lekarz tłumaczy, że to ciąża bliźniacza jednojajowa, ale niestety według niego się zatrzymała. Nie rozumiem, co to znaczy. Trzeba zrobić badania, poczekać kilka dni i powtórzyć badania. Wtedy będzie wiadomo na pewno. Już wiem, co jest nie tak. Serduszka nie biją.
    Wychodzę do domu. Mam wrócić za kilka dni lub gdyby coś się działo. Nie pamiętam, co robiłam przez te dni. Tylko takie wyrywki. Spacer, rozmowę z mamą i wizytę koleżanki. Weszła i w progu powiedziała o niczym nie wiedząc: Jak Ty ładnie wyglądasz, tak inaczej, ale bardzo ładnie. Do dzisiaj bije się myślami jak można nie wiedzieć, że jest się w ciąży??? Powrót do szpitala. Nie wiem, co mnie czeka. Gdzieś tli się nadzieja, że może uda się uratować tę ciążę. Najpierw usg. Lekarz grzeczny, ale strasznie głośno mówi, prawie krzyczy. Nie wiem, co się dzieje. Boję się pytać. Mówi, że zaczną mnie leczyć. Może będzie dobrze. Izba przyjęć. Pani doktor tłumaczy, co ze mną zrobią, ale nic o ciąży, więc pytam. A co z ciążą? Ciąża nie żyje i mija mnie wychodząc do pokoju obok. Jestem potulna, robię, co każą. Kładę się do łóżka i czekam. D jest ze mną. Mam sąsiadkę, która jest w tej samej sytuacji. Będzie raźniej. Przychodzi pielęgniarka i zabiera nas do zabiegowego. Pyta się czy wiemy, co nas czeka i tłumaczy. Wchodzę pierwsza. Fotel i pozycja jak do badania. Pani doktor z izby przyjęć wkłada mi głęboko czarodziejską tabletkę. Nie boli, ale łzy lecą ciurkiem. Czuję się strasznie. D rozmawia z pielęgniarkami, które mówią, że trochę poboli i krwawienie mocniejsze jak w czasie miesiączki. D niestety musi wrócić do pracy. Jestem sama z sąsiadka. Zaczynają się bóle. Całkiem znośne. Po trzech godzinach krwawię. Bóle coraz mocniejsze. Chodzę do toalety i oglądam, co ze mnie wylatuje. Tak trzeba. Wieczorny obchód i niestety ponowne założenie tabletki. Po co? Przecież mocno krwawię? O 20:00 dzwonię do D i mówię, że chyba już mam najgorsze z głowy i dało się przeżyć. Wtedy nie myślałam co się ze mną dzieje bo chciałam mieć to za sobą. Ponowne bóle i takie krwawienie, że zastanawiam się skąd? Idąc do toalety zaznaczam krwawe ślady. Pielęgniarka krzyczy, że nie ma chodzić tylko leżeć. Płaczę, mam dość. Mam takie bóle, że wyję z bólu, regularne skurcze. Pielęgniarka przynosi mi, co potrzebne i prosi żeby w nocy nie wstawać, bo mogę zemdleć. W razie potrzeby dzwonić. Przy kolejnej fali bólu gryzę ręce, nie chcę krzyczeć. Próbuje wstać może trochę pomoże. Wstaje zawrót głowy, prawie mdleję, opadam na łóżko. Już tylko leżę. Pielęgniarka zagląda. Mówię, że boli. Dostaje kroplówkę. Nie wiem, która jest godzina 2, 3 w nocy. Przestaje boleć. Jaka ulga. Zasypiam prawie nad ranem. Rano usg. Niestety konieczne łyżeczkowanie. Znowu zabiegowy i znana mi Pani doktor. Budzę się na sali. Czuje się zadziwiająco dobrze. Mogę iść do domu.
    Przez pierwszy tydzień wyłam całymi dniami. Drugi tydzień myślałam jak żyć dalej? D próbował na różne sposoby zmusić mnie do normalności. Trzeci tydzień musiałam doprowadzić się do porządku, bo zbliżał się powrót do pracy. Mam wyrzuty sumienia, że nie pożegnałam się z moimi dzieciątkami. Myślę, że jeśli bym to zrobiła byłoby mi lżej. Wizyta kontrolna u profesora, jest OK. Kolejne skierowanie żeby pozbyć się torbieli. W lipcu operacja. Kontrola i wszystko w porządku. Czuje się dobrze. To nie guz tylko torbiel czekoladowa. Niestety może się odnowić. Mam podjąć próby zajścia w ciążę. D mówi, że może to jeszcze za szybko. Ja mówię, że skoro profesor tak mówi to widocznie nie. Zresztą nie wiadomo czy się uda.
    Wyjeżdżamy do Zakopanego. Chcemy zostawić to wszystko, co złe za sobą. To trwało pół roku. Bawimy się świetnie. Gdy wchodzę na Giewont myślę sobie, że jeśli mi się uda to będzie już tylko dobrze. W myślach żegnam te dwie małe istotki. Wracamy do domu wypoczęci. Przebiega mi przez myśl, że niedługo mam dostać miesiączkę, ale staram się nie emocjonować. W końcu robię rano test. Dwie kreski. Jesteśmy zszokowani. Nie ma wybuchu radości. Udało się. Jest przyjemnie. Wiem nawet, kiedy to się stało. Powoli oswajamy się z tą myślą. Nikomu nie mówimy. Żeby nie zapeszyć. Czuję się dobrze, może trochę zmęczona, ale D dba o mnie. Już teraz wiem skąd ta ciągła zgaga i dlaczego w Zakopanem uwielbiałam sos czosnkowy. Mija pierwszy tydzień jak wiemy i trochę pobolewa mnie brzuch. Spokojnie bez paniki, ale trochę za długo i za mocno boli. Idę do poradni dla kobiet w ciąży. Lekarz pyta czy ta ciąża na pewno jest i daje skierowanie na usg. Wynik usg niekorzystny. Pani jest w 6 tygodniu a tu wygląda na 4 i nie widzę zarodka. Bronię się mówiąc, że ma dłuższe cykle. Mówię, że mnie pobolewa brzuch. Jeśli będę krwawić mam się zgłosić do szpitala, ale wyraz twarzy lekarza nie wróży nic dobrego. Lekarz w poradni zaleca β hcg. Wychodzi dosyć wysokie, mówi, że jest dobrze, za 2 tygodnie powtórzyć usg, brać luteine, kwas foliowy i oszczędzać się. W razie, czego do szpitala. Znowu chwila radości. Widzę w oczach D nadzieję. Mijają dni i czuje, że coś jest nie tak. D mówi, że przesadzam. Będzie dobrze. Widzę delikatne beżowe brudzenia na bieliźnie. Nie wiem, co robić. Do usg został niecały tydzień. D mówi, że zmieniłam się na twarzy, moja mama nie wiedząc o niczym badawczo mi się przygląda, wiem, że się domyśla, ale o nic nie pyta. Piątkowy ranek. Plamka krwi. Malutka, ale już nie mogę czekać. Szybko pakuje się i jedziemy. Znowu izba przyjęć, ale inny szpital. Jestem spokojna, będzie dobrze. Musi być dobrze. Usg lekarz mówi bardzo spokojnie, jaka jest sytuacja. Robi to delikatnie, uspakaja, mówi, że na razie trzeba czekać za kilka dni się wszystko wyjaśni. Ale ja wiem, co to oznacza. Pęcherzyk rośnie, ale nie ma zarodka. Lekarz obserwuje jak się zachowam. Idę i myślę, co powiem D. Zaczynam płakać. Słyszę, że z kimś rozmawia. Nie ma siły iść dalej. Przyklejam się do ściany i płaczę. Za chwile D jest przy mnie i pyta co się dzieje? Nie wiem co mu mówię, płaczę chyba tak głośno, ze wszyscy mnie słyszą. Nie mam siły, osuwam się po ścianie, D próbuje mnie przytrzymać. Płacz, płacz, płacz. Przychodzi oddziałowa, głaszcze mnie po głowie pociesza- natura wie, co robi. Wiem, że ma racje, ale nie mogę tego słuchać. Ląduje w łóżku z kroplówką i czekam na wynik β hcg. Położna przychodzi i mówi 37?? znowu płacz i pocieszanie, że będzie dobrze. Ja czuję, że już nie. W sobotę rano lekarz karze leżeć i czekać do niedzielnych badań. Mało nadziei jest we mnie, ale jeszcze coś się tli. Dochodzi 14 i czuje, że zaczyna się coś dziać. Idę szybko do toalety i niestety silne krwawienie. Wychodzę i szukam pielęgniarki. Nie ma nikogo. Wracam do sali, płaczę i znowu idę szukać. Jest. Powiedziałam, co się stało, mam iść na usg. Idę jak na ścięcie. Patrzę na lekarza i próbuje coś wyczytać z jego twarzy. Za chwile patrzy na mnie i mówi „poroniła Pani”. Staram się być spokojna pyta mnie o coś. Denerwuje się a On patrzy na mnie i zastanawia się, co zaraz zrobię. Mówię, że to drugi raz i ….. Chyba nie chce rozmawiać, więc wychodzę. Czekam na łyżeczkowanie. Dzwonię do D. O 14 wyjechał za miasto nie może już zawrócić. Dzwonię do mamy, zaraz przyjdzie. Czekam, znowu czekam. Nazajutrz wychodzę do domu. Jesteśmy w punkcie zero. Nie ma ciąży, nadziei i nie ma lekarza (muszę mieć kogoś na miejscu), do którego mogę się teraz zwrócić. Już teraz wiem, że nie mamy czasu na pomyłkę. Muszę coś zrobić. Tylko co????

    Ten pamiętnik będzie trochę mnie mobilizował do tego żeby nie czekać bezczynnie.

    #1142643

    asiak1978

    Re: Niestety stało się i co dalej???

    Dzisiaj powrót do pracy. Całkiem dobrze to zniosłam. Właściwie miałam wrażenie, że nie było ostatnich dwóch tygodni. Chyba podświadomość odrzuca to o czym nie chcemy pamiętać. I nawet nie próbuje wyprowadzić się z błędu. Bo i po co? Mobilizuję się bo wiem, że moje marzenie o macierzyństwie muszę odłożyć na razie na półkę. Kiedyś po nie sięgnę, musze tylko poczekać na odpowiedni moment.



    #1142644

    marchewkowa

    Re: Niestety stało się i co dalej???


    nie będę nic pisać. będę czytać, lubię szczęśliwe zakończenia i mam nadzieję, że niedługo napiszesz że znalazłaś dobrego lekarza i że nie wiesz czy kupować różwe czy niebieskie ubranka 😉

    #1142645

    nena75

    Re: Niestety stało się i co dalej???

    Nie czytając tego co napisała marchewkowa miałam napisać to samo Będę Cię po cichu dopingować i trzymać kciuki! Wierzę, że niedługo zagościsz w kąciku dla Oczekujących a potem na Kiedy dziecko…, 1-2 latkach itd.
    Wszystkiego dobrego Ci życzę! Będę czekać na ciąg dalszy Twojej historii…

    Wioletta i Tomek 2l. i 10 m-cy

    #1142646

    beata34

    Re: Niestety stało się i co dalej???

    Popłakałam się będę się modliła abyś już nie musiała przechodzić takich cierpień życzę ci szybkiego zaciążenia i oczywiście szczęśliwego rozwiązania

    #1142647

    asiak1978

    Re: Niestety stało się i co dalej???

    Minął piątek „13”. Przeczekałam go z dużym niepokojem, bo własnie miesiąc temu „13” dowiedziałam się, że z ciążą jest coś nie tak. Znalazłam sposób żeby patrzeć pozytywnie na zbliżające sie dni. Nastała jesień. Dla mnie to zawsze był dobry okres w życiu, więc myśle sobie, że tym razem też tak będzie. Wczoraj odwiedzilismy znajomych. Nie wiedzą o naszych problemach. Długo się nie widzieliśmy. My przez te ostatnie miesiące zniedbaliśmy wiele znajomości. Mają oni dwóch synków blondynków w wieku przedszkolnym. Przyjemnie jest patrzeć na taką rodzinkę. Ten wieczór naładował mnie pozytywną energią i chęcią walki o swoje szczęście. Przecież nie wszytko stracone. W przyszłym tygodniu idziemy do lekarza, to już postanowione. Dzisiaj urodziny mojego chrześniaka, ale najpierw pójdziemy na cmentarz zapalić trzy małe świeczki za te małe istotki, które juz zawsze będą z nami (dziś jest Dzień Dziecka Utraconego).



    #1142648

    aneci

    Re: Niestety stało się i co dalej???

    Asia czytałam ze łzami w oczach…
    Bardzo Ci współczuję, biedactwo tyle musiałaś przejśc…
    Wiesz, Twoje drugie poronienie jest bardzo podobne w przebiegu do mojego. Wróciłam pamięcią do tamtych smutnych chwil…do szpitala…zabiegu łyżeczkowania.

    Życzę Ci z całego serca, aby i Tobie ( Wam) jak najszybciej się udało, żebyście ciebawem tulili do siebie Wasze maleństwo.

    Kinga lat 11 i Igor – 1,5 roku

    #1142649

    asiak1978

    Re: Niestety stało się i co dalej???

    Jestem już po wizycie u gina. Po wielu dyskusjach i konsultacjach z różnymi osobami zdecydowaliśmy ponownie udać się do lekarza, od którego uciekłam do profesora. Trudna była to decyzja. Gin stwierdził, że trochę za dużo przeszłam przez ostatnie miesiące i zrobił coś czego nie zrobił żaden lekarz, a czego bardzo potrzebowałam. Rozmawiał ze mną o tym, co czuje nie tylko fizycznie, ale o tym, co w środku. Mówił do mnie jak ktoś kto rozumie to co czuję i przeżywam. Czeka nas kilka trudnych miesięcy, ale znowu pojawiło się małe światełko w tunelu. Tak naprawdę to wszyscy w około już prawie zapomnieli o tym co się stało, a nasze serca nadal krwawią. Czasami wydaje mi się, że jeszcze bardziej i chyba coraz trudniej mi jest normalnie żyć. Życie nie smakuje tak jak kiedyś….
    P.S. W przyszłym tygodniu pierwsze badania.

    #1142650

    gacka

    Re: Niestety stało się i co dalej???

    Asiu – widzę, że jesteś z Grudziądza więc nie masz daleko do Bydgoszczy, a w Bydgoszczy jest świetny ginekolog, który nazywa się Wasilewski. Jak chcesz to dam Ci na niego namiary.
    Trzymam kciuki za Was i wiem, że już niedługo zaświeci dla Ciebie słońce.

    Gacka i Julka 01.03.2004

    #1142651

    kaja26

    Re: Niestety stało się i co dalej???

    trzymam kciuki za szczęśliwy finał, podstawa to dobry lekarz, mam nadzieję że takiego znalazłas….
    powodzenia i współczuję tego co przeszłaś

    29 cykl starań, nie było hsg, wciąż bakterie:(



    #1142652

    szkocik

    Re: Niestety stało się i co dalej???

    CZYTAM I PŁACZĘ. TRZYMAM KCIUKI BO WIEM ŻE WAM SIĘ UDA. NAM SIĘ UDAŁO. POMODLĘ SIĘ BYŚCIE NIEDŁUGO MOGLI TULIĆ MAŁEGO SZKRABA.POZDRAWIAM.

    Mariola z Wojtusiem i Marysią (1 roczek i 3 miesiące)

    #1142653

    asiak1978

    Re: Niestety stało się i co dalej???

    Długo się nie odzywałam, bo niestety huśtawka nastroju mnie nie opuszcza. Teraz jestem kolejny raz na etapie kompletnej bezsilności. W jednej kwestii jednak pełna dyscyplina. Oczywiście wizyty u gina. Po pierwszych badaniach jest ok. Hormony w normie, nie ma toksoplazmzy ani bakterii. Tylko wynik usg wskazuje, że może z moją macicą jest coś nie tak. Czekam na histeroskopię (za około dwa tygodnie). Trochę się denerwuje, ale myśle, że nie będzie źle. Jeszcze żaden gin nie powiedział mi, że jest coś nie tak. Ale ważne jest żeby to sprawdzić. Biegam do tego lekarza ale trochę bez przekonania bo teraz jestem na etapie, że dziecka nie chcę. Z czasem to mnie. Wierzę, że tak będzie. Zdobyłam się na ważną zmianę. Staram się o przeniesienie w mojej firmie do innego wydziału. Może ta zmiana dobrze mi zrobi. Będzie raczej spokojniej. Zanim sie wdrożę minie trochę czasu, nowe obowiazki pochłoną moje myśli i może będzie mi lepiej. Nie chcę pogłębiać się w tym bólu. Mój ślubny wyciągnął mnie na zabawę andrzejkową. Chwila rozrywki na pewno poprawi na obojgu nastrój. Wam też życzę udanej zabawy!!!
    P.S. Dziękuję, że to czytacie i wspieracie mnie. To bardzo pomaga. Proszę nie płaczcie, ja już tyle łez wylałam……….



    #1142654

    aniar1

    Re: Niestety stało się i co dalej???

    Bardzo ci współczuję, mogę sobie wyobrazić co przechodzisz i przechodzicie oboje z mężem bo sama również mam za sobą jedno poronienie (ciąża obumarła) i 3 lata starań o dziecko. Do dziś nie wjem dlaczego dopiero po 3 latach starań od tej straty udało mi się zajść w ciążę. Myśle że był to cud i duża zasługa ziół które piłam – mieszankę o. Grzegorza Sroki na niepłodność. Znalazłam świetny wątek zielarski na tym forum: http://www.nasz-bocian.pl/modules.php?name=Forums&file=viewtopic&t=38314 Mnie pomogło, piłam te ziółka miesiąc. Rozdaję tę herbatke znajomym którzy się starają i jakoś nie udaje im sie, a na leczenie za wcześnie. Z tych co rozdałam to pomogły. Może Tobie również coś pomoże, bardzo Ci tego życzę z całego serca i trzymam kciuki.

    #1142655

    asiak1978

    Re: Niestety stało się i co dalej???

    No i znowu czekam. Tym razem na wynik histopatologiczny po histeroskopii. Jakoś przeżyłam kolejny pobyt w szpitalu ale jestem tym okropnie zmęczona. Najgorsze jest to, że do świąt nic nie będę wiedziała, ba do końca roku pewnie też nie. Oj męczy strasznie. Albo zaświeci dla nas słońce, albo zajdzie na zawsze. Nawet zbliżające się święta nie cieszą tak jak powinny. Życie w ciągłej niepewności jutra i czekaniu na coś dobrego co w końcu odmieni nasze życie. Tak minął nam ten rok. Już niedługo nadejdzie dzień podsumowań. To co się wydarzyło nauczyło nas pokory i posmakowaliśmy cholernej bezsilności wobec życia, które toczy się dalej nie bacząc na nas. Czasmi może to jest potrzebne, ale dlaczego akurat w taki sosób???? Chyba nie warto się nad tym zastanawiać i dołować jeszcze bardziej. Za pozytyw uważam to, że powoli chyba zbieram siły. Powolutku, ale to już coś i tego będę się trzymać.
    P.S. Dzięki za przepis na ziółka. Na pewno skorzystam.

    #1142656

    ahimsa

    Re: Niestety stało się i co dalej???

    Mam łzy w oczach….tak bardzo życzę Ci zdrowego maluszka!!!!!!


    14.10.2004 Mati i lipcowy dzidziol

Postów wyświetlanych: 15 - od 1 do 15 (wszystkich: 45)


Musisz się zarejestrować lub zalogować, żeby odpowiedzieć

Close