o miłości do Aniołka

Postów wyświetlanych: 15 - od 1 do 15 (wszystkich: 23)
  • Autor
    Wpisy
  • #85714

    moni2003

    prowadzę pamiętniki moich synków Piotrusia i Bartusia – takie ‚rzeczywiste’ wklejam zdjęcia pisze o pierwszych ząbkach i pierwszych krokach… gromadzę pamiątki – obrączki szpitalne, pierwsze świeczki urodzinowe, kartki z kalendarza…
    a moje pierwsze Maleństwo które poszło do Nieba nie ma pamiętników, zdjęć… obrączki ze szpitala tez nie…
    choć to trochę niemądre – nie mam odwagi zaprowadzić takiego pamiętnika rzeczywistego dla mojego Aniołka, więc zakładam wirtualny…
    w kolejnych rozdziałach napiszę o nszych początkach, o 5 tygodniach jakie dane nam były; będzie o uczuciach… a są one różne, ale równie intensywne…

    a na początek… zdjęcie tego co rzeczywiste zostało mi po Dominiku… bo tak miałby na imię… czułam że to byłby chłopiec… ot taka kobieca intuicja…

    oto sercu miłe skarby jakie przypominają mi o moim Aniołeczku

    mama

    #1303777

    moni2003

    nasze początki

    jak wyszłam za mąż za mojego męża włączyła mi się lampeczka w głowie, że może by tak postarać się o dziecko; rozmawialiśmy i doszliśmy do wniosku, że zaczniemy się powoli starać; bardzo szybko zaskoczyłam – pewnie dlatego, że tabletki odstawiłam… i… no właśnie i byłam w wielkim szoku i strasznie się bałam… wystraszyłam się ogromnie (do dnia dzisiejszego nie umiem sobie tego wybaczyć… tej pierwszej reakcji – ogromnego strachu i lęku) i do tego studia i praca – która bardzo mi się podobała… pewnie niektóre z Was też tak miały… zdarzyło sie ze się popłakałam… mąż uspokoił i powiedział, ze finansowo poradzimy sobie i pomoże mi skończyć studia…
    zrobiłam test i z niecierpliwością czekałam na te ‚dwie kreski’ – mąż trzymał test i nie musiałam pytać o wynik – odpowiedź miał wymalowaną na twarzy…

    potwierdziłam wynik u lekarza… powiedzieliśmy rodzicom… i zaczęliśmy się cieszyć… to był 4 tydzień ciąży

    ale nasze ‚wspólne bycie’ trwało bardzo krótko….

    po jakiś 5 dniach zaczełam plamić… a było to w niedzielę… pamiętam jak popędziłam do kościoła… wymodlić by nic złego się nie stało… miałam w głowie to co mama mi kiedyś powiedziała, że niektóre kobiety tak mają – taką jakby miesiączkę – i że to takie ‚normalne’… tego się trzymałam i nikomu nic nie powiedziałam… pamiętam jak kiedyś podczas jakiejś rozmowy o ‚głupotach’ moja mama zasugerowała, że może gdybym jej powiedziała, to dałoby się coś zrobić… popłakałam się a mąż był wściekły na mamę że takie rzeczy mówi… w poniedziałek nic się nie zmieniało… plamienie niewielkie było… poszłam do lekarza… i słyszę – ciąża jest, ale nie wiem czy żywa… wierzyłam że będzie ok… lekarz dał mi do wyboru – leki i w domu czy do szpitala… mówiąc że nie ma znaczenia gdzie będe, bo w szpitalu i tak niewiele mi pomogą… wybrałam dom, bo nielubię strasznie szpitali… następnego dnia popędziłam do szpitala (tato mnie odwiózł) bo krwawienie się bardzo wzmogło… a tam… co się dzieje na PC wiedzą te dziewczyny, które się tam niestety znalazły… ból, niepewność, łzy, strach i w końcu rozpacz… coś straszniego… pamiętam jak badała mnie kobieta i wzięła duży wziernik, mimo, że pielęgniarka proponowała że przyniesie odpowiedni… myślałam , ze ucieknę jej z tego fotela… potem przyjęcie na oddział i pocieszenia od dziewczyn… wierzyłam, że się uda… nawet imię ‚wybrałam’…
    nagle złapał mnie straszny ból… nie do wytrzymania… dostałam no-spę domięśniowo – pomogło… w nocy znowu bolało… mniej intensywnie, ale dziwnie… jakby mi ktoś wyszarpywał coś ze środka… takie ciągnięcie i szarpanie…
    następnego dnia miałam usg… przed usg korzystając z okazji ‚wolności od lezenia’ poszłam do łazienki i zaczęły mi schodzić pierwsze skrzepy… nie miałam świadomości o co chodzi i co się dzieje…
    weszłam do gabinetu, lekarz zaczął badanie – pierwsze pytanie czy pani na pewno była w ciązy?? tak – mówię – ciąża potwierdzona była przez 2 lekarzy… bo tu już nic nie ma… usłyszałam po chwili

    i tu musze przerwać bo na razie nie dam rady więcej

    mama



    #1303778

    moni2003

    krótko o tym co było PO…

    to był okres w moim życiu z którego pamiętam niewiele – i może lepiej… pamiętam jak równo miesiąc po ‚wyroku’ dostałam @… wszystko wróciło na nowo z nową siłą… leżałam i płakałam… i pamętam jeszcze uczucia – strachu i niecierpliwości… strachu że jak zajde w ciążę za wcześnie to cała historia sie powtórzy a tego nie chciałam – bałam się (i nadal boję) że nie dałabym 2 raz rady… i tej niecierpliwości – bo już chciałam na nowo walczyć o nasze – moje i męża – szczęście – nasz MAŁY WIELKI CUD…
    trafiłam w ręce dobrego lekarza od ‚trudnych’ przypadków… były badania ‚walka’ z torbielem… i tak jakoś uciekło mi te 6 miesięcy + leczenie torbiela a w pamięci pozostało to:
    takie uczucie pustki – czarna dziura z niejasnymi przebłyskami…. ale to chyba dobrze – tak sobie myślę…
    i jest jeszcze jedna rzecz – słowa mojego męża – która mną potrząsnęła i pomogła zawrócić z drogi szaleństwa… jak każda matka po stracie dziecka – cierpiałam, płakałam i pytałam dlaczego… myślałam… że właśnie teraz byłabym w tym i w tym tygodniu… aż wreszcie mąż powiedział mi żebym dała spokój z takim gdybaniem bo nie będe umiała ‚prawdziwie kochać’ naszego następnego dziecka… bolało… nie powiem, że nie – bo jak?? ja – ja nie umiałabym kochać – tak mocno i prawdziwie dziecka którego tak pragnę… ale może miał rację… takie gdybanie przynosi tylko ból… i może naprawdę namieszać w głowie…
    a potem mimo ‚nieobiecującego’ cyklu przyszedł upragniony dzień… DZIEŃ 2 KRESECZEK…. i czas kiedy… odsunęłam od siebie dzień 2-12-2003… i czego żałuję…

    #1303779

    moni2003

    czas ciszy

    jak dowiedziałam się że jestem znów w ciąży, to postanowiłam zamknac na jakiś czas głęboko sercu pamięć o moim Aniołku… o tym co się stało… a powód był jeden… bałam sie że jak będę o Nim myślała i rozpamiętywała, płakała i cierpiała to znów się nie uda i tym razem to stres zabierze mi moje szczęście i był to nasz a raczej mój czas ciszy… ciąża była zagrożona i to ‚pomogło’ mi w ‚niemyśleniu’… miałam czym się martwić i o czym myśleć…
    potem… potem przyszedł czas 1-11-2005… nasz pierwszy 1-11… pierwszy, bo pierwszy raz zapaliliśmy z mężem naszemu Maleństwu znicz… przed kapliczką na cmentarzu…

    o matko jak ‚mi brak’ (inne określenie nie przychodzi mi do głowy) tego by móc dziecku zapalić znicz – nie taki na boku… brak mi pomnika na cmentarzu na którym mogłabym położyć kwiaty…. przynieść maskotkę… zapalić znicz…
    myślę że to był ten moment… moment w którym zaczęłam ‚uczyć’ się tej miłości – trudnej (trudnej bo niespełnionej…) miłości do mojego Dominika… moment w którym zaczęłam uczyć się myśleć o tych 5 tygodniach z czułością i radością… bo to nie jest takie proste i wymaga czasu…

    a teraz jest tak że myslę o moim synku i jestem szczęśliwa że Bóg dał mi Go choć na tyle a teraz nasz Dominik jest naszym Aniołkiem – Opiekunem (tak mi kiedyś powiedział ksiądz) Nie mam już łez w oczach i nie trzęsą mi się ręce jak biorę skarpetki Aniołeczka… teraz biorę je do rąk i uśmiecham się… bo czuję że jesteśmy wtedy bliżej siebie…
    zdarzają się czarne dni kiedy nadchodzi potężna fala smutku, cierpienia i ogromnej tęsknoty i mnie zalewa a ja tonę…. i tonę… i tonę… czasami trwa to jeden dzień… czasami 2 lub 3… nie bronię się przed tym bo nie warto… a poza tym mam prawo do tego by cierpieć i tęsknić… wtedy tak bardzo chciałabym go przytulić, ucałować, przykryć kocykiem, zobaczyć jak się uśmiecha i powiedzieć mu że
    bardzo Go kocham i bardzo tęsknię i że kiedyś się spotkamy złe jest w tym to że odbija się to na moich synkach… jak zaliczam taki MEGA-MEGA dół to trudno mi ich przytulić… nie mam pojęcia dlaczego… może jest ktoś kto mi to w racjonalny sposób wytłumaczy… bo może jak zrozumiem to uda mi się to zmienić…
    na szczęście w porażającej przewadze są dni czułości, radości i ‚szczęścia’…

    #1303780

    moni2003

    co by było gdyby…

    to jest chyba jedna z gorszych rzeczy jaka może osieroconej matce przyjść do głowy – gdybanie…
    pewnego dnia tak sobie myślałam o moim Aniołęczku – ot takie myślenie że był, że tęsknię ale nie było to takie ‚bolące’ tylko takie czułe – myślałam sobie że jest tam gdzieś wysoko i od czasu do czasu pewnie patrzy na mamę, tatusia i braci…
    i przysżło mi do głowy pytnie – hmmm… ile teraz miałby lat… szybko policzyłam i … uświadomiłam sobie, że jakby był Dominik – nie byłoby Piotrusia… poczułam się okropnie – to jest uczucie nie do opisania… takie poczucie winy – jakby mi ktoś kazał wybierać… tylko zeby ktoś nie pomyslał że ja żałuję ze jest Piotruś a nie ma Dominika… nie! to nie o to chodzi zupełnie nie o to… poczyłam się strasznie pokrzywdzona że tak się stało i że w ogóle…. siedziałam i płakałam i nie umiałam zupełnie ogarnąć tego wstrętnego uczucia… takiego zagubienia i bezradności i tego – dlaczego ja…
    a potem sobie samej zadałam pytanie – i po co Ci to było… nie wiedziałam zupełnie co mam zrobić z tą swoją ‚nową wiedzą’ ze swoim odkryciem

    nie warto gdybać…

    #1303781

    moni2003

    koszmar co miesiąc…

    moja ostatnia @ była strasznie dziwna… wiem, że to sprawa hormonów i tego że organizm wraca do równowagi… ale nie o to chodzi… chodzi mi o uczucia jakie towarzyszą tej przypadłości…
    najpierw pobolewa mnie brzuch – jak przed pierwszą – poronioną ciąża… a potem boli w taki dziwny i intensywny sposób… i jak żywe powracają wspomnienia ze szpitala kiedy traciłam moje Małe Szczęście… Jestem zagubiona… a wczoraj takie bóle mnie złapały… Nie mogłam się pozbierać zupełnie… I to nie dlatego że bardzo bolało… Tylko dlatego jak bolało… Do tej pory – przed ciążami – miałam bolesne miesiączki – a nawet bardzo bolesne… ale bolało jakoś inaczej….
    Albo to może moja psychika już tak reaguje… Nie dam rady chyba… Dzisiaj jest już lepiej ale… Nie mam już siły…



    #1303782

    alice82

    Re: nasze początki

    popłakałam się!!!!!przykro mi

    #1303783

    beamama

    Re: koszmar co miesiąc…

    Moni….kochana….porozmawiaj, proszę z psychologiem, już tyle czasu minęło….myślę, że nie pożegnałaś się tak naprawdę z Dominikiem….na pewno przyjdzie czas, kiedy na myśl o nim będziesz się tylko uśmiechać…
    Ja niejednokrotnie już korzystałam z pomocy psychologa czy terapeuty, nie ma w tym nic wstydliwego…
    Przytulam mocno….

    #1303784

    moni2003

    Re: koszmar co miesiąc…

    W odpowiedzi na:


    Przytulam mocno….


    dziękuję

    #1303785

    moni2003

    mój Aniołek o nas dba…

    Mój młodszy synek – Bartuś ma problemy z nerką i źle mu wyszły badania… Modliłam się i poprosiłam mojego ‚niebieskiego-synka’ żeby się wstawił u Boga za Bartusiem…
    Nabrałam sił – doszłam do wniosku że się nie dam i będziemy walczyć z jakąś wstrętną bakteriozą… A odkąd poprosiłam Dominika o pomoc poczułam taki cudowny spokój…
    Powtórne badania okazały się wzorcowo dobre – książkowe…
    Moje Maleństwo o nas dba i nas ‚chroni’…

    Dziękuję Aniołeczku!
    Kocham Cię!



    #1303786

    moni2003

    bose stópki niemowlaków

    zawsze przypominaja mi mojego Aniołka… zawsze jak widzę te malutkie paluszki u malutkich stópek… serce się ściska… ale tak ‚pozytywnie’…
    o matko alez ja bym go mocno do serca przytuliła, otuliła kocykiem, założyła jego i tylko jego skarpeteczki… właśnie na te malusie bose stópeczki…


    to właśnie to zdjęcie mi dziś ‚przypomniało’ o Dominiku… jakby było możliwe żebym w ogóle o nim zapomniała

    tak bardzo bym chciała, żeby mi się znów przyśnił… właśnie teraz kiedy mam kryzys… zmęczenie materiału mnie dopadło i brakuje cierpliwości czasami…
    już jak przez mgłę pamiętam jak ostatnim razem mi się przyśnił… ciemne włoski, ciemne oczki, z ‚sennym’ usmiechem na buzieńce…. w beciku… otoczony albo błękitem albo bielą…
    i uśmiechał się do mnie i pamiętam że dawało mi to bardzo dużo radości i spokoju…
    czekam cierpliwie… może kiedyś jeszcze dany mi będzie ten sen..

    #1303787

    moni2003

    dawno mnie tam nie było…

    tam czyli na stronie internetowej ‚Światełka Pamięci’ Mojej Małej Kochanej Istotki…
    tak mi wstyd że przez to wszystko co się wokół mnie ostatnio dzieje nawet nie zajrzałam tam na chwilkę…
    powinnam to robić częściej… chociaż w ten sposób….
    bo nie mam gdzie pójść żeby zapalić świeczkę…
    wydaje mi się że przy każdym kościele powinno być takie miejsce gdzie osieroceni rodzice mogliby przyjść i zapalić świeczkę… strasznie mi tego brakuje…

    wczoraj mieliśmy gości z okazji 2 urodzin Piotrusia i dużo siedziałam w kuchni… a potem zobaczyłam jak mi ktoś zrobił ‚kipisz’ z figurką aniołka i misiem (tym ze zdjęcia w pierwszym poście), który przypomina mi o Dominisiu … i mimo tego że wiem że nikt nie chciał mi przykrości zrobić to aż mnie ścisnęło…

    nikt poza moim mężem i kuzynka nic nie wie o skarpetkach, misiach, teście ciążowym… tak mi łatwiej… dlatego tez nikt nie zdaje sobie sprawy z tego jakie to wszystko dla mnie ważne…



    #1303788

    moni2003

    by wierszem serce utulić

    [i]rozmawiamy płomieniami
    płomień zbliża się i oddala
    tańczy i spokojem emanuje
    cienkim płomieniem i
    okręgiem gorącym
    niespokojny i gniewny
    taniec groźny odstawia
    a później cichy, osłabiony
    przytula się do ścianek
    i gaśnie
    na zawsze[/i]

    [i]Dzieciątka po obłokach stąpające
    Dzieciątka o skrzydłach roztańczonych
    czy wiecie ile w nas tęsknoty, w nas, matkach opuszczonych…
    Kto Was w tą podróż zabrał, powrotną niszcząc drogę,
    kto śmiał odległość taką postawić za przeszkodę?
    Wy tam – my tu wciąż tkwimy, czekając na spotkanie,
    wracajcie z tej podróży, niech ona snem się stanie!
    My dla Was wszystko-wierzcie-w nagrode uczynimy,
    by poczuć, dotknąć, tulić…

    Nieba Wam uchylimy
    Choć niebo dla Was co dzień otworem uchylone,
    dla nas ten dzień to piekło, do bólu rozrzazone
    Ja wiem, dzieciątka drogie, wiem – takich mam nie chcecie,
    co bez radości życia tułają się po świecie.
    Wiem, zrobicie wiele, by móc nas rozweselić,
    wiem, wiec dostrzegam
    szum morza – śpiew anieli.
    [/i]

    [i]Gwiazdę na niebie – promyk nadziei, ach…jak ich wiele
    blask słońca – ciepło dla mnie od Ciebie
    księżyc, bym zawsze drogę mogła odnaleźć
    błękitne chmurki – namiastka Twych oczu
    zapach konwalii – skóry Twojej świeżość
    tęcza – obrazek barwny na niebie, z cudnym podpisem „Mamo dla Ciebie”.
    Dziecino moja, tyle mi dajesz,
    za to mą miłość odwieczną dostajesz
    uśmiech na co dzień też będzie w odwdzięcz,
    choć serce krwawi, choć puste ręce…
    Wiesz, ja poczekam, ja będę cierpliwa,
    wiem, tam Ci dobrze, tam jesteś szczęśliwy.
    Pogodzić się z losem podstępnym mi trzeba,
    daleki mi jeszcze bilet do bram nieba.
    Lecz dziękuję ze wszystko czym mnie zbliżasz do siebie,
    dziękuję za słońce, za gwiazdy na niebie
    I czekam w tęsknocie na nasze spotkanie, gdy wieczność
    naszą wspólną drogą się stanie…
    [/i]

    [i]Bose aniołki siedzą na chmurkach,
    a każdy lekko jak piórko fruwa,
    i każdy czuwa, cichutko czuwa,
    nad tatą, który płakać nie umie,
    nad bratem, który nic nie rozumie,
    nad dziadkiem, babcią smutną czasami,
    i swoją mamą otuloną łzami,
    i każdy woła głośno z daleka,
    mamo, już nie płacz, ja czekam
    [/i]

    ze strony http://www.dlaczego.org.pl

    #1303789

    mamamaksa

    Re: o miłości do Aniołka

    Rozumiem Twoj bol…….. Nie rozdrapuj ran prosze, dla wlasnego dobra. Porozmawiaj z kim,psychologiem, masz teraz mala rodzinke i sliczne dzieciaczki. Musisz zamknac ten rozdzial, nie bedzie latwo,ale kto powiedzial,ze bedzie latwo? Jeszcze nie raz powroca stare nawyki .Nawet nie zauwazysz gdy przekroczysz ta cienka linie… Zrob to dla Niego i pozwol mu odejsc. Zrob to dla Was. Trzymam kciuki

    #1303790

    moni2003

    Re: o miłości do Aniołka

    widzisz ‚problem’ w tym, że 2 dzieci mój domek i nasze życie powoli ‚zabiera’ mi czas na ‚dbanie o tę pamięć’ – matko kochana nie wiem jak to napisać… zabiera mi czas na to rozpamiętywanie i wiesz…
    czuję się wtedy strasznie bo mam wrazenie że go tym ranię…

Postów wyświetlanych: 15 - od 1 do 15 (wszystkich: 23)


Musisz się zarejestrować lub zalogować, żeby odpowiedzieć

Close