to nie ja byłam Ewą….

Postów wyświetlanych: 7 - od 1 do 7 (wszystkich: 7)
  • Autor
    Wpisy
  • #7678

    Anonim

    Byłam Na laparo i histero….Wiem , że ostatnio byłam nie do zniesienia….ale opiłam się i się „zresetowałam…” Słuchajcie moje Kochane…Moja Macica(co za okropne słowo…)jest o.k. ale ….nic poza tym….Nie mogę zajść normalnie w ciążę..!!!!!!!! Ja już to wiem>>!!!!Boże!!!!!!! Dlaczego??!!! Błagam…napiszcie – cokolwiek,…..,że uda się pierwsze IVF…, które mam niedługo…., że nie zostawi mnie mężczyzna, którego kocham ponad życie…że to wszystko nie dlatego, żę jestem zła czy niedobra…Boże…przecież starałam się być religijna, dobra, praworządna…Boże – dlaczego ja??!! Błagam napiszcie – czy Wy też macie takie pytania???!!! Czy jestem zupełnie sama???!!! Czy kochacie nad życie i boicie się zostać same???!!!! Toja – trochę zwariowana – i trochę normalna…

    #135826

    Anonim

    Re: to nie ja byłam Ewą….

    Cześć Toja !
    Przeżywam właśnie „upojną noc”, z przerażeniem myśląc o jutrzejszym dniu i o najbliższych miesiącach podobnych do tych. Przeżywam właśnie skutki uboczne leczenia endometriozy. Chwilami ogarnia mnie rozpacz i pojawia się pytanie czy ta męczarnia ma sens.Też sobie zadaję pytanie” dlaczego ja” i” dlaczego inne” które nie chcą. Wokół mnie mnóstwo albo niemowląt, albo kobiet spodziewających się…i sfustrowanych tym faktem , bo na przykład chciałyby kiedy indziej. Co najgorsze one są lepiej rozumiane niż ja. Też sobie zadaję pytanie dlaczego wszystkie moje koleżanki które mocno kurzyły zaszły w ciąże, a ja nie. Podobno palenie szkodzi??? Ale tak naprawdę myślę, że zadawanie takich pytań na dłuższą metę nie ma sensu i tak trudno znaleźć na to odpowiedź. Różne nieszczęścia się różnym ludziom zdarzają i każdy zadaje to pytanie: dlaczego ja? Ale znów dlaczego nieszczęście ma się przytrafić innym? Każdy z nas ma wyznaczony jakiś los. Rodzimy się w określonym czasie, w określonych warunkach, mamy do przejścia określoną drogę życia. I tak samo jest pewnie z tymi naszymi ewentualnymi dziećmi. Też mają się urodzić w określonym czasie i okolicznościach. Myślę że przeżywanie bezpłodności dlatego jest tak bardzo trudne, bo stajemy do boju z własnym losem i losem naszego dziecka – człowieka. A niestety nie mamy aż tak dużego wpływu na te losy. I nawet, jak już zostaniemy matkami też nie będziemy miały aż tak dużego wpływu kim będą nasze dzieci, będziemy musiały patrzeć niekiedy z bólem jak zmagają się z własnym losem. Może to głupie co powiem, ale czasami najlepiej jest polubić swój los, próbować zobaczyć wartość tego co jest. Z perspektywy czasu może okazać się, że coś co przeżywałyśmy jako przekleństwo, okazało się błogosławieństwem. Trzeba czasami, poszukać w swoim cierpieniu błogosławieństwa. To może dać spokój i wyzwolenie. Konfrontacja z bezsilnością choć bolesna, naprawdę może być rozwijająca, ale i degradująca. Wiem to bo w swoim życiu doświadczyłam już wiele zmagań z różną bezsilnością, i czasami dopiero zdanie się na los, na silę wyższą jak to mówią AA-owcy daje spokój. Trzeba zmieniać to co można zmienić, akceptować to czego zmienić się nie da, i odróżniać jedno od drugiego. Mój ukochany Anthony de Mello (m. In. „Przebudzenie”, „Modlitwa Żaby”, „Śpiew Ptaka” itd.)mówi „szczęście, nieszczęście kto wie?”, albo chwila zgody na rzeczywistość jest lepsza niż 1000 lat pobożności. Napisałam mnóstwo różnych „mądrości” z których staram się korzystać, ale też mi to różnie wychodzi i też wpadam w różne chwiejne nastroje. Ale nie można się im poddać, trzeba szukać sensu tego doświadczenia, wzmacniać się i rozwijać w innych dziedzinach życia .Przede wszystkim kształtować swoją osobowość, która się nam przyda jak już będziemy matkami. Nie wiem co dzieje się w Twoim małżeństwie, dlaczego miałabyś stracić swojego męża. Może znów ten czas wykorzystaj na odnowienie Waszej więzi, na uatrakcyjnienie Waszego życia, żeby było fajnie i miło również wtedy kiedy dziecka nie ma, żebyście tak samo potrzebowali siebie i tęsknili za sobą, jak za dzieckiem. Dziecko powinno być owocem dojrzałego małżeństwa i jest ono dane na około 20 lat, a małżeństwo ma być razem do końca, nawet gdy dzieci już odejdą. Kończę już to pouczanie, przepraszam, jeśli Cię nim wkurzyłam. Ale tak siadłam i tak mi się pisze nie wiadomo co. Ale przynajmniej łatwiej mi znieść bezsenną noc. Trzymaj się, wszystko na pewno będzie tak jak ma być, czyli dobrze, choć może niedokładnie wg Twojego scenariusza. Skąd zresztą wiadomo czy Twój scenariusz jest najlepszy dla Ciebie. Pa!
    ŁEZKA.

    Edited by lezka on 2002/02/27 07:06.



    #135827

    iwo-nka

    Re: to nie ja byłam Ewą….

    Nie jestes jedyna, niestety. I ja po latach leczenia, latach nadziei, latach ludzenia sie ze wystarczy byc cierpliwym, konsekwentnym, latach spedzonych na przemian na szczytach i w mrokach zwatpienia uslyszalam ze tylko ivf, ze juz nic innego nie pomoze. W dodatku dowiedzialam sie ze jestem sama sobie winna, bo kiedys zdecydowalam sie na operacje, ktora miala pomoc a ktora zaszkodzila, bardzo zaszkodzila. Lecz wiesz co? Po przeplakaniu kilku nocy, po zatruciu kilku popoludni mojemu ukochanemu, wbrew wszystkiemu wierze ze jeszcze trafi mi sie cud, ze bede mama. Nie pozwole odebrac sobie tej wiary.
    Znam wszystkie te uczucia, ktore i Ty poznalas, zle mysli ze z inna bylby szczesliwy, ze bylby ojcem. Ale przeciez oni wybrali nas, stoja przy nas, bronia nas, wspieraja. I teraz mysle tylko o tym, ze jak zapadl wyrok to moj ukochany pocieszal mnie jak mogl i zmartwiony pytal czy on mi juz nie wystarczy.
    Nie jestes sama Toja, masz nas. Pisz kiedy Ci smutno i kiedy Ci wesolo, my tu jestesmy aby byc z Toba!

    iwo_nka

    #135828

    isia

    Re: to nie ja byłam Ewą….

    Lezka!
    Dzięki – na mnie Twoje słowa podziałały jak balsam na „zbolałą duszę”… Ostatnio też mam doła, z którym mniej lub bardziej sobie radzę, chociaż może nawet bardziej:)))
    A Twój list dodał mi od rana skrzydeł:)))
    Dzięki – buziaczki….
    Isia

    #135829

    janika

    Re: to nie ja byłam Ewą….

    Dziewczyny, nie wiem czy mnie zgromicie za to co za chwilę napiszę, ale wszystko wam wytłumaczę.Przeszłam przez wszystko to co wy przeszłyście-w fizycznym i psychicznym wymiarze. Euforia i rozpacz rządziły moim życiem przez 8 długich lat. Przeżyłam 5 poronień ,życie zupełnie wydawało mi się pozbawione sensu .Te setki pytań bez odpowiedzi były koszmarem. I w pewnym momencie powiedziałam dość. Odstawiłam leki ,lekarzy zaczęlam myśleć. Dałam sobie na te przemyślenia rok (mialłam wówczas 35 lat). Decyzja zapadła jednak wcześniej- po około 8 miesiącach- adopcja. To było 3 lata temu , a 2lata temu trzymalam już na rękach 7-o tygodniowe niemowlę- moje adoptowane dziecko.On – mój adoptowany syn dał mi odpowiedzi na wiele pytań ,a przede wszystkim dzięki niemu zrozumiałam,że w ż yciu WSZYSTKO JEST PO COŚ. Uwierzcie mi, że to całe cierpienie te wszystkie niepowodzenia mają jakiś głęboko ukryty sens. Jak w tej chwili inaczej wyobrazić sobie 5 poronień. Ja musiałam poronić ,bo inaczej nie miałabym Go dzisiaj.Wierzę że wszystko jest gdzieś zapisane,a więc imnie zapisane było abym wytrwale czekała ąż narodzi się gdzieś moje Dziecko. Nie twierdzę że Was czeka to samo, ale moim listem chcę dodać wam otuchy, że jeśli będziecie bardzo czekać , bardzo chcieć i bardzo wierzyć że się uda to los w końcu odpłaci wam za to.Pamiętajcie-wszysko w życiu jest po coś .
    Pozdrawiam Janika

    #135830

    olah

    Re: to nie ja byłam Ewą….

    Przeczytałam wszystkie odpowiedzi dziewczyn i wnioskuję, że ta cała walka nie ma sensu, bo i tak zdarzy się to co ma się zdarzyć. Czy tak? Sądzę, że we wszystkim należy zachować umiar, nie wierzyć tylko w przeznaczenie lub tylko w medycynę. Cuda się zdarzają – czego na tym Forum nie raz byliśmy świadkami. Ale wiara tylko w cuda, czy przeznaczenie przynosi często rozgoryczenie.
    Wszystko zależy jednak od osobowości człowieka, którego problem dotyczy. Nie jeden ma już dosyć po 2-3 latach walki z bezpłodnością, inni próbują 11-12 lat (do skutku).
    Ja mam 5 lat za sobą i mam dosyć. Chcę być szczęśliwa, normalna – nie napiętnowana. Z radością choć i z niepokojem przed przyszłością przyjęłam od męża wczorajszą decyzję – zaadoptujemy dziecko. O tym marzyłam od dawna, wreszcie się ziści – mam nadzieję.
    Ku pokrzepieniu serc (może tylko niektórych) zacytuję Tołstoja: „Często, aby stało się to, czego pragniemy, trzeba tylko przestać robić to, co robimy”.
    A dla niektórych mam jeszcze jedno powiedzenie, które gdzieś kiedyś przeczytałam, ale nie wiem, czyje to mądre słowa; „Bóg, aby nas doświadczyć, spełnia nasze marzenia”.
    Ja już nie pytam „dlaczego ja”? To pytanie nie ma sensu, bo nie ma na świecie takiego grzechu, za który byłaby tak sroga kara. Nie obwiniaj się, bo w Tobie nia ma winy. Tak po prostu jest. Jedni mają za dużo, inni w cale. Szkoda tylko, że nie należymy do tych pośrodku 😉
    Toja – masz jeszcze nadzieję, jest nią IVF i tego się trzymaj!
    Pozdrawiam Cię serdecznie, Ola.



    #135831

    Anonim

    Re: to nie ja byłam Ewą….

    Dziękuje za wszystkie słowa otuchy. Jesteście kochane – wszystkie – bez wyjątku. Tak cuda się zdarzają i ja mam nadzieję na cud. Widzisz Olu – kiedyś wydawałó mi się, żę IVF – to taki zabieg – idzie się do szpitala, bierze troche leków i już…Teraz wiem jakie to obciążenie. Boje się wiązać z tym wielkich nadzieji, żeby mniej bolało jak się nie uda, boję się czarnowidztwa, żeby sobie nie „wykrakać” – i tak źle i tak niedobrze. Ale muszę spróbować bo inaczej będę wiecznie się pytać – a może trzeba było?….Na razie wszystko się komplikuje, bo mam się zjawić pod koniec kwietnia, więc w maju prawdopodobnie wybije godzina „0” , a tu wypadł mi ślub przyjaciółki i wesele (wychodzi za mąż będąc w ciąży – taka to ma szczęście) a na razie żadna z moich koleżanek nie wie co mnie czeka i na razie niech tak zostanie. Nie wiem jak to wszystko się ułoży, mam nadzieje, że wszystko się uda. Pozdrawiam Was. Toja.

Postów wyświetlanych: 7 - od 1 do 7 (wszystkich: 7)


Musisz się zarejestrować lub zalogować, żeby odpowiedzieć

Close