ukradłam ją ze szpitalnego korytarza

Postów wyświetlanych: 11 - od 1 do 11 (wszystkich: 11)
  • Autor
    Wpisy
  • #57598

    iwonas

    Było to dokładnie rok temu, ale….po kolei…
    Termin porodu miałam na 12 listopada 2003. Minął 12, 20, 23 – NIC. Pan doktor zdecydował: jeżeli do 25 rano nic się nie zacznie, proszę przyjść! Nie zaczęło się, więc 25.11 stawiliśmy się u lekarza. Obejrzał, pokiwał głową i zaproponował, że da mi taki proszek, po którym urodzę szybko. Proszek wsypuje się do pochwy, to był chyba progesteron i miałam się do niego nie przyznawać w szpitalu. Powodował on przyspieszone rozszerzanie się szyjki macicy i skracał znacznie całą pierwszą fazę porodu. Wsypał mi na fotelu pierwszą dawkę i kazał iść na spacerek. Poszliśmy na wielki i tłusty obiad (kto nam miał powiedzieć, że jeść raczej nie wolno, bo podczas mocnych skurczy, wszystko może wrócić na talerz…?): pamiętam, zjadłam kluski śląskie, mięso z sosem i ogromną ilością surówki + czerwony Tymbark. Wróciliśmy po godzinie…nie działo się nic. Po drugiej zaczęłam czuć delikatne skurcze, ale nadal jeszcze mogłam czytać gazetę. Później się zaczęło. Łzy leciały jedna za drugą…bolało. Chciałam już jechać do szpitala. Drogę pamiętam jak przez mgłę. Każda dziura w asfalcie była dla mnie męczarnią. Skurcze bardzo się nasiliły. Jeszcze tylko wizyta w dyżurce (tam pytanie o wagę, wiek, zawód etc.), lewatywa!! (nic strasznego – bardziej straszny był widok obskurnego kibla), badanie (silne skurcze, rozwarcie na 8cm-„urodzi szybko”) i powędrowaliśmy na górę. Ja zgięta w pół, a pani mówi: proszę iść tylko między skurczami…hehe, w czasie i tak bym nie dała rady! Doszliśmy. Prosto na salę porodową. To wszystko już jakby we mgle. Chyba ktoś chodził ze mną tam i z powrotem, nim położyli mnie na łóżku (mąż zniknął). Okazało się też, że sala porodów rodzinnych jest zajęta, ale na szczęście mogliśmy być razem na zwykłej sali, oddzielonej parawanami. Było ok, tylko miejsca mało. Skurcz za skurczem, bardzo boli – mogłam jednak leżeć na podłodze z tyłkiem do góry opierając się na łokciach – w tej pozycji było miarę OK. Później podłączyli mnie do KTG – koszmar to leżenie na plecach, ciągnęło się w nieskończoność. Każdy skurcz to jak przejechanie po mnie ciężarówki! Katastrofa. Położna mówi: proszę nie przeć, proszę nie przeć!! Darłam się niesamowicie: ale nie tak, żeby wyklinać albo przeklinać, tylko: aaaaaaaaaa, uuuuuuuuuuu, eeeeeeeeee, yyyyyyyyy. Rozrywało mnie: musiałammmm przeć!!!! Mąż cały czas powtarzał jak katarynka: nie przyj, oddychaj nosem, nie przyj oddychaj nosem, nieprzyjoddychaj……będzie mi się to w głowie kołatało do końca życia, ale wtedy bardzo, bardzo pomagało mi się zdyscyplinować. Mąż masował mi też palca: miałam takiego jednego palca u ręki, który całą ciążę mi drętwiał i tylko na masowanie tego palca mężowi pozwoliłam (masaż pleców? – zabiłabym!!!), masowanie zaś palca przynosiło mi prawdziwą ulgę (po urodzeniu Matyldy to drętwienie zostało, zlikwidował mi to dopiero masażysta). W końcu Pani przebiła pęcherz płodowy – pamiętam rozlane ciepło na udach. No i w końcu mogłam przeć: ulga. Już nie czułam bólu, było go za dużo, stał się ponad moje siły, skala się skończyła. Podali mi tlen. I w końcu te słowa: widzę główkę. Wydawało mi się, że to film, że to nie ja i nie do mnie. A jednak: „z następnym skurczem rodzimy”. Parłam bardzo mocno, jakbym robiła to od zawsze, od zawsze wiedziała, co, jak mam robić. Nagle jak ucięcie noża: cały ból minął! Położna bierze nożyczki, na co mój mąż: ja!!!!!!!! Przecina pępowinę, dziecko leży mi już na brzuchu (małym, miękkim brzuchu). Nie pamiętam, czy mała płakała, pamiętam, że była bardzo cieplutka i malutka…. to moje dziecko…..dziecko….moje kochane….
    Zabrali ją do mycia i ważenia, do oceny. Ściągnęli krew z pępowiny do banku. Położna kazała jeszcze napiąć się raz, przeć i…urodziłam – już tym razem bezboleśnie – łożysko. Zostałam sama na łóżku, trwało to około dwóch godzin to moje leżenie z rozdziawionymi nogami…ale….w ogóle mi to nie przeszkadzało. Było mi tak dobrze i tak lekko, że mogłam leżeć tam jeszcze z dziesięć! Przyszła pani doktor (Murzynka!) i mówi do mnie: lezieć, nie rusiać się, leziec!! Umierałam ze śmiechu. Okazało się jednak, że trzeba łyżeczkować macicę, bo łożysko nie wyszło całe (swoją drogą fajne to łożysko, kazałam sobie pokazać po urodzeniu) – nie było mi już do śmiechu. Bolało bardziej niż poród, tylko trwało krócej. Później jeszcze zszywanie (bo mnie oczywiście pocięli, ale nic a nic nie boli) i już – mogłam przenieść się na inne łóżko. Tam dali mi herbatę (najlepsza herbata w moim życiu) i chleb z białym serem (nie wolno, nie wolno!! Nie wolno??? Wszystko wolno jak się jest tak głodnym!!). Wciągnęłam dziurką od nosa. Przynieśli mi małą ciasno owiniętą w prześcieradła, kokonik motyla, glista ludzka….J))))))) Co robić z tak pięknie rozpoczętym wieczorem? (było około 23.00) – no to przystawię ją. Przystawiłam (kątem oka dostrzegłam grupę studentów patrzącą na mnie z rozrzewnieniem, poczułam się jak aktorka, to dodało mi odwagi, zwłaszcza, że studenci, szczególnie studentki, wydawali z siebie coś w rodzaju: ooooooooo, iiiiiiiiiii – chyba w zachwycie nad obrazkiem młodej, bardzo świeżej mamuśki). Mała pociumkała i zasnęła. Najeść się nie najadła, tak, jak ja:)! Pytają, czy dojdę sama do sali? Tak! Powolutku, w asyście położnej i męża długimi, ciemnymi korytarzami (kto zna kliniki na Chałubińskiego we Wrocku, ten wie, o czym mowa) szłam do sali, Po drodze: Eureka!! Widzę świeżą, nie napoczętą bułkę z szynką!! Ciach ją pod pachę!! Doszliśmy. Położna mówi: proszę zdjąć szlafrok. Ja (z bułką pod pachą): NIE!! Ale musi Pani! Ja: nieee! (nie chcąc stracić bułki). W końcu szarpanina na całego, no dobrze: wyciągnęłam bulkę (co ona wtedy pomyślała, pozostanie tajemnicą), położyłam na stoliku i oddałam szlafrok. Jej! To była najsmaczniejsza bułka, jaką jadłam i tak pewnie pozostanie.
    I jeszcze jedno wspomnienie: nazajutrz położna do mnie: proszę odebrać dziecko! Jakie dziecko? Czyje? I te łzy, kiedy znowu przez tym razem jasny, ale tak samo długi korytarz szłam po moją córkę!!! Czułam wtedy zupełną pustkę w sercu. Tyle, że to serce nie było już moje. Należało do kogoś innego.
    Dzisiaj Matylda skończyła rok. Nie wiem, czy to moje święto, czy jej. Nie wiem, czy jej, bo wtedy się urodziła, czy moje, bo to urodziłam się ja, na nowo. Czy tez może moje, bo przeżyłam ten rok i żyje!
    Podsumowanie:
    Poród jest bolesny, pierwsze tygodnie z dzieckiem trudne, kolejne miesiące ciężkie…. ja jeszcze do tego straciłam swoją ukochaną pracę, z czym do dzisiaj pozbierać się nie mogę do kupy, ale…. nie zamieniłabym Matyldy na nic, na nikogo! Jak to nie nazwać cudem?

    Iwona i mała Matylda

    #737069

    gosia

    Re: ukradłam ją ze szpitalnego korytarza

    Super to opisałaś. Cieszę się, że wszystko skończyło się dobrze. Łzy płyną mi po policzkach, bo miałam podobne problemy po porodzie, ale cieszę się że mam najukchańszego synka pod słońce. Choć czasem daje w kość i opadam z sił, to gdybym się cofnęła w czasie, wszystko byłoby tak samo.
    A bułka mnie powaliła

    Gosia i Artek



    #737070

    annak26

    Re: ukrad?am ja˛ ze szpitalnego korytarza

    Gratuluje. Podsumowanie najlepsze. Ja tez mam takie uczucie ze 19 Grudnia 2003 to Ja sie urodzilam na nowo. Moje zycie sie odrodzilo, nabralo kolorow jakich do tej pry nie bylo. pozdrawiam Was

    Pozdrawiamy Ania &

    #737071

    iwonas

    Re: ukradłam ją ze szpitalnego korytarza

    🙂
    dziękuję i także pozdrawiam

    Iwona i mała Matylda

    #737072

    mai

    Re: ukradłam ją ze szpitalnego korytarza

    Ojejku, cudne to co napisalas! I smialam sie i plakalam na zmiane…..fajne wspomnienia- zachowaj dla Corci!

    Pozdrawiam serdecznie

    Marta & Amelia 11.05.04

    #737073

    ewa250

    Re: ukradłam ją ze szpitalnego korytarza

    wspanialy opis :)))…… mnie tez (tylko po cc) smakowaly suchary… najlepsze suchary na swiecie ;))) rowniez z klinik na Chalbinskiego

    Ewa i roczny Jaś



    #737074

    Anonim

    Re: ukradłam ją ze szpitalnego korytarza

    1 lutego 2005 o 6.50 zadzwonił mój stary, poczciwy budzik. Obudziłaś się razem ze mną, zdziwiona… Godzinę później, w czarnej marynarce i spodniach, ze skórzaną teczką w ręce, całowałam Cię już mocno na do widzenia. Na pierwsze moje tak długie do widzenia w naszym wspólnym życiu. Wróciłam do pracy….
    W aucie, podczas tych 10 minut jazdy, próbowałam przeobrazić się bezboleśnie i szybko w businesswoman. Trudne to było….niemożliwe. Dzieliło mnie ponad 14 miesięcy od czasu, kiedy z wielkim brzuchem opuszczałam swoje biuro po raz ostatni.
    Cały ten pierwszy dzień czułam się dziwnie rozdwojona, rozdarta pomiędzy analitycznym myśleniem o bieżących działaniach, o pozbieraniu tego do kupy, a Tobą, Twoim ciepłym, małym ciałkiem, wielkimi niebieskimi oczami patrzącymi ufnie i pytająco.
    8 godzin minęło nad podziw szybko. Płaszcz, winda, samochód. W miarę zbliżania się do domu, dociskałam gazu, do drzwi prawie dobiegłam i …zastałam puste mieszkanie. Nie wróciliście jeszcze ze spacerku…. Chciałabym napisać, że się nie popłakałam, bo zabrzmi to……jakoś tak tanio, ale… popłakałam się…. Tak bardzo tęskniłam.
    Jest z Tobą Dziadek. Prawdziwy opiekun, przyjaciel: cierpliwy, kochany, zatroskany. Jestem szczęśliwa, że tak właśnie się stało, tak ułożyło. Że najpierw wywalili mnie z pracy, że dzięki temu mogłam być z Tobą, córeczko, przez całe 14 miesięcy, i że później okazało się jednak, że mogę wrócić. I że niania, która miała być z Tobą, dostała inną pracę, a mi przyszło szukać innego rozwiązania, i że w końcu tym rozwiązaniem okazał się Dziadek. Był zawsze tak blisko, a jednak nigdy nie myślałam o nim, jako o niani. Bo to facet…. Teraz widzę, że lepiej się stać nie mogło. A i Dziadek odzyskał wiarę w siebie, widzę, jaki jest dumy…….z Ciebie i z siebie, że daje radę:)
    Kocham Cię tak bardzo. Spędzamy ze sobą teraz 2-3 godziny wieczorem i godzinkę rano. Uważniej wpatruję się w Ciebie przez ten czas. I choć jestem wtedy bardziej Twoja i tylko Twoja i nie interesuje mnie nic innego podczas tych kilku godzin dopóki nie zaśniesz, wiem, że tego czasu, kiedy mnie nie ma, nie da się nadrobić. Po prostu nie da.

    Dzisiaj kończę drugi tydzień pracy. Zrozumiałam, że gdziekolwiek będę, moje serce już zawsze będzie biło w Tobie. Przestałam istnieć osobno.

    #737075

    iwonas

    Re: ukradłam ją ze szpitalnego korytarza

    1 lutego 2005 o 6.50 zadzwonił mój stary, poczciwy budzik. Obudziłaś się razem ze mną, zdziwiona… Godzinę później, w czarnej marynarce i spodniach, ze skórzaną teczką w ręce, całowałam Cię już mocno na do widzenia. Na pierwsze moje tak długie do widzenia w naszym wspólnym życiu. Wróciłam do pracy….
    W aucie, podczas tych 10 minut jazdy, próbowałam przeobrazić się bezboleśnie i szybko w businesswoman. Trudne to było….niemożliwe. Dzieliło mnie ponad 14 miesięcy od czasu, kiedy z wielkim brzuchem opuszczałam swoje biuro po raz ostatni.
    Cały ten pierwszy dzień czułam się dziwnie rozdwojona, rozdarta pomiędzy analitycznym myśleniem o bieżących działaniach, o pozbieraniu tego do kupy, a Tobą, Twoim ciepłym, małym ciałkiem, wielkimi niebieskimi oczami patrzącymi ufnie i pytająco.
    8 godzin minęło nad podziw szybko. Płaszcz, winda, samochód. W miarę zbliżania się do domu, dociskałam gazu, do drzwi prawie dobiegłam i …zastałam puste mieszkanie. Nie wróciliście jeszcze ze spacerku…. Chciałabym napisać, że się nie popłakałam, bo zabrzmi to……jakoś tak tanio, ale… popłakałam się…. Tak bardzo tęskniłam.
    Jest z Tobą Dziadek. Prawdziwy opiekun, przyjaciel: cierpliwy, kochany, zatroskany. Jestem szczęśliwa, że tak właśnie się stało, tak ułożyło. Że najpierw wywalili mnie z pracy, że dzięki temu mogłam być z Tobą, córeczko, przez całe 14 miesięcy, i że później okazało się jednak, że mogę wrócić. I że niania, która miała być z Tobą, dostała inną pracę, a mi przyszło szukać innego rozwiązania, i że w końcu tym rozwiązaniem okazał się Dziadek. Był zawsze tak blisko, a jednak nigdy nie myślałam o nim, jako o niani. Bo to facet…. Teraz widzę, że lepiej się stać nie mogło. A i Dziadek odzyskał wiarę w siebie, widzę, jaki jest dumy…….z Ciebie i z siebie, że daje radę:)
    Kocham Cię tak bardzo. Spędzamy ze sobą teraz 2-3 godziny wieczorem i godzinkę rano. Uważniej wpatruję się w Ciebie przez ten czas. I choć jestem wtedy bardziej Twoja i tylko Twoja i nie interesuje mnie nic innego podczas tych kilku godzin dopóki nie zaśniesz, wiem, że tego czasu, kiedy mnie nie ma, nie da się nadrobić. Po prostu nie da.

    Dzisiaj kończę drugi tydzień pracy. Zrozumiałam, że gdziekolwiek będę, moje serce już zawsze będzie biło w Tobie. Przestałam istnieć osobno.

    Iwona i mała Matylda

    #737076

    iwonas

    Re: ukradłam ją ze szpitalnego korytarza

    Muszę to opisać, oczyścić się jakoś podświadomie z lęków: PIERWSZA WYSOKA GORĄCZKA MOJEGO DZIECKA.
    Kaszlałaś od piątku, temperatura powoli Ci rosła, nie przekraczała 38,7. Spoko. Wyposażona w wiedzę z grubej książki „Drugi i trzeci rok życia dziecka” + rady od Beatki, pewna bylam, że dam radę. Słabo śpisz w nocy, kręcisz się, kaszlesz. Ja prawie cały czas na czuwaniu: sen 15 minut, podaję smoka, sen 20 minut – budzisz się, głaskam po główce, podaję rączkę, zasypiasz. Sen 25 minut, budzisz się……i tak do rana. Wstajemy wcześnie, łapczywie jesz mleczko (bardzo mnie to cieszy). Okolo 10.00 lecisz z nóg. Razem zasypiamy na 1,5 godziny. Nie chcesz wiele jeść, staram się chociaż, żebyś dużo pila, udaje się, pod warunkiem, że w butelce jest bananowo-kokosowo-ananasowy Pysio z wodą. Wieczorem padasz o 18.00. Masz 38,01 – nie jest źle, postanawiam nie podawać Ci Paracetamolu. Mierzę jeszcze raz o 23.00 – 39. Zaczyna się jazda. Powoli tracę zdrowy rozsądek, dochodzi cisza nocy, moje zmęczenie. O pólnocy 40stopni. Podaję Ibufen, za 40′ masz 39,9. Moczę ręczniki – nie protestujesz, kiedy Cię w nie owijam… O 02.00 dalej 39,8. Jesteś taka gorąca, bezwładna. Ściągnęłam Ci piżamkę, leżymy obok siebie z szeroko otwartymi oczami. Naprawdę się boję…. NIe jest lepiej, więc podaję Ci Paracetamol w czopku. Troszkę spada. O 4 rano jest 38,4. Zasypiam na 15, 20 minut, śni mi się most w Stanach, pode mną bezmiar wody, most się urywa…fajnie się leci. Leciałam tak kilka razy tej nocy. O szóstej wstajemy, pijesz znowu soczek. O siódmej decyzja: ja idę do pracy, umawiamy się na popoludnie do lekarza do przychodni. NIe chcę panikować, wzywać nikogo do domu, wydzwaniać. Dzwoniłam przed chwilą do domu, masz 37,7. Proszę Cię Córeczko, zdrowiej.

    Iwona i mała Matylda

    #737077

    olag

    Re: ukradłam ją ze szpitalnego korytarza

    super, dawno sie tak nie usmialam (z tej bulki z szynka). chcialam w skrocie opowiedziec mezowi, ale nie dalam rady. patrzyl jak na nienormalna. plakalam i smialam sie jednoczesnie.
    a w ogole calosc swietnie napisana.

    pozdrawiam

    Olag i Nina 1.07.02 i syn (02.05)



    #737078

    Anonim

    Re: ukradłam ją ze szpitalnego korytarza

    Masz włosy ze złota!!! W świetle lampki migotają jak oszalałe, jak utkane z marzeń aniołów, z bożych myśli. Światło tak łagodnie kładzie się na Twoją gładką skórę. Nie mogłam dziś nie dotknąć, nie pocałować! To cała symfonia szczęścia, zapachów, kojących dotknięć małych rączek, delikatnych paluszków badających w skupieniu mój nos, rzęsy, liczących pieprzyki na moim brzuchu. Jestem w Tobie zakochana, zakochana w tym koncercie potrzeb i żądań, w nieustającym galopie w dorosłość, w niewiadomą…

Postów wyświetlanych: 11 - od 1 do 11 (wszystkich: 11)


Musisz się zarejestrować lub zalogować, żeby odpowiedzieć

Close