Wspomnienie miłości, walki, poświęcenia, uśmiechu…

Wychodziłam na uczelnie, zdać kolejny egzamin w sesji. Zwymiotowałam. Przekonana,że to stres. Wymiotowałam rano, w południe i wieczorem…no cóż pewnie się czymś zatrułam…Okres? Jakoś chyba niedługo będzie…Narzeczony szczęśliwy,że na bank jestem w ciąży, a ja na to,że absolutnie nie, bo jeszcze nie czas i to niemożliwe!!
Mieliśmy już wyznaczoną datę ślubu na sierpień, ja nawet miałam już kupioną suknie ślubną. Wszystko już ustalone. Wieczorem przyniósł mi test ciążowy. Zrobiłam. Dwie krechy wyskoczyły momentalnie. Byłam zszokowana. Nie szczęśliwa, ale i nie smutna. Moje pierwsze słowa do ,wówczas jeszcze, narzeczonego, to jak ja się zmieszczę w suknię ślubną. Bawi mnie w tym momencie,że wtedy to był mój mega problem…
Usg, żartujący lekarz,wszystko w porządku, jest 6 tydzień, widać bijące serduszko i wtedy poczułam,że kocham to małe życie powstające we mnie. Kolejne usg, w 12tc, widzimy jak się rusza, nóżki rączki, znów słyszymy,że wszystko bez zarzutów.
W między czasie były skurcze, leki, troszkę leżenia.
Ślub przesunięty na maj. Udało się.
I tak żyliśmy sobie w słodkiej nieświadomości, co nas czeka.
Gdy słyszałam,że aby dziecko było zdrowe, to myślałam,że niby dlaczego ma być chore, skoro w rodzinie nikt nie chorował. Choroba, czy śmierć dziecka były dla mnie tematami zupełnie obcymi.Boże jaka byłam głupia…

Ślub piękny, wesele udane, mieszkamy sami, udało się uciec od teściowej. No i sukienki nie trzeba było przerabiać, heh.
Po 2 tygodniach od ślubu zmieniłam lekarza, bo mnie mega wkurzał spóźnialstwem i nie pracował w szpitalu, w którym chciałam rodzić. Planowałam poród w wodzie, szkołę rodzenia, itp? Wszystko takie w stylu nowoczesnej mamy.

Nowy lekarz. Po badaniu proszę o usg, bo chcemy poznać płeć. Mina lekarza nie zapowiada niczego dobrego…zaczyna się nasz koszmar, ktoś ważył się zburzyć nasz domek z kart. Wielowodzie i pewne podejrzenia, które chce sprawdzić na porządnym szpitalnym sprzęcie…płeć też poznajemy…dziewczynka, ale to już nie ważne… Wychodziliśmy już z budynku, kiedy wyszedł za nami z gabinetu i poklepał męża po ramieniu, a mnie przytulił.
Kolejne usg. Leżę patrząc w sufit, w tym ciemnym pokoju i nie wiem, co za chwilkę usłyszę. łzy same napływają do oczu ze strachu. “Przykro mi, dziecko ma rozległą przepuklinę przeponową, powiększone komory, agenezje robaczka móżdżkowego, za nisko osadzone małżowiny. Wg mnie rokowania nie są dobre”. Zostajemy sami z mężem. Nic nie mówimy.On miota się po pokoju, mówiąc pod nosem, jak nienawidzi Boga, a ja go proszę , aby przestał…Przychodzi kolejny lekarz i kolejny…wszyscy widzą to samo. Pytam o szanse dziecka. Lekarze nie dają rzadnych. Dopiero, jak wyszli, to mój lekarz wlewa w nas nadzieję i daje skierowanie do Warszawy. Dość szybko udaje nam się umówi wizytę u specjalisty. Potwierdza diagnozę mojego lekarza. Kordocenteza nie wykazuje choroby genetycznej. Na kolejnym usg w Warszawie lekarz każe się cieszyć,że nie jest gorzej.

Codziennie czytam o chorobie mojego dziecka, ‘anatomia’ studentów medycyny, to moja ulubiona lektura, zapoznaję się z medycznymi pojęciami i tym, co będzie dalej. Codzienne powtarzam Zuzi, że musi być silna i dzielna, że mama ją kocha i wierzy, że się uda. Opowiadam jej, co się z nią będzie działo, że jej nie przytulę od razu, że będzie miała operację, że będzie bolało, będzie, zimno i strasznie, ale ja zawsze będę i nadejdzie moment, że się mocno przytulimy i będzie jej mięciutko i cieplutko, jak teraz. Jestem chyba jedyną osobą,która wierzy w Zuzie i jej siłę. Nie płaczę. Wiedziałam,że nie mogę, bo moja słabość, to jej słabość, a Zunia, nie ma czasu na bycie słabą, musi walczyć.

Jest 14sierpnia. Nie czuję ruchów. Jedziemy do szpitala. Położna po badaniu detektorem pobiegła po lekarzy. Przeczytali dokumentacji, łaskawie zrobili usg, po czym stwierdzili, że są spadki tętna dziecka, ale żebym jechała do domu i czekała, bo oni tu i tak dziecku nie pomogą. Zuzia zaczyna się wiercić coraz mocniej. Jednak po rozmowie na drugi dzień z lekarzem, mam echać do Warszawy, bo to co czuję, to mogą być ruchy martwego płodu.

16 sierpnia jestem w szpitalu na Karowej. Ktg ładne, usg w porządku, nie chcą mnie przyjąć. Powiedziałam,że nie wyjdę, bo następnym razem nie zdążę. Przyjmują mnie na jednodniową obserwację. Zdążyłam się rozpakować na patologii, podłączono mnie pod ktg i znów spadki tętna. Biegiem przewożą mnie na trakt. Uspokoiło się… alarm odwołany. Ciągły monitoring. Przychodzą lekarze i pytają,czy zdaję sobie sprawę w jakim stanie urodzi się dziecko, a czy wiem,że będzie w stanie tragicznym. Z opanowaniem odpowiadam,że wiem,że zdaję sobie sprawę,jak trudny jest przypadek mojego dziecka. Jednego dnia nie wytrzymuję, płaczę bez przerwy. jestem sama, rodzina 160km ode mnie, jak przyjedzie mąż czy mama, to 5 minut nie więcej widzenia się.Łamiący się głos męża przez telefon i świadomość, że on też jest sam w tym wszystkim nie pomaga…

23 sierpnia.ZOstaję obudzona ostrym światłem, wkłuciem wenflonu, maseczka przy ustach i słowa,żebym głeboko oddychała. Spojrzałam na wyświetlacz ktg, tętno 53, 50, 48…nie czułam, że moje dziecko chce odejść… Jestem na stole operacyjnym, łzy ciekną po policzkach, widzę jak ją wyciągnęli, malutką, mieściła się w dłoniach lekarza. Odwracam głowę i widzę, jak jej małe całko leży bezwładnie, pełno kabelków, rurka w gardle masaż serca, patrzyłam na nią i prosiłam “walcz, walcz, kocham Cię”. Wtedy jej mała rączka złapała białe prześcieradełko. Wtedy już wiedziałam,że jest,że wróciła i pomyślałam,że zostanie. To był mój pierwszy mały cud.

Mierzyła 41cm, ważyła 1200g. 31 tydzień…za wcześnie… ale ja ciągle wierzę, że się uda. Musi!!
Miała piękne czarne włoski, moje usta i nos tatusia.

25 sierpnia miała operację. Zakończyła się pomyślnie. Jednak wada okazała się jeszcze gorsza niż na usg.Po tygodniu potrzebna byla kolejna operacja. Zuzia rosła w inkubatorku czasami oddychała sama, a potem znów respirator, CPAP i tak w kółko. POtrzebne były kolejne zabiegi. Wkłucie centralne, rurka tracheostomijna.
jeździłam do niej z lublina do warszawy, nie przerwałam studiów dziennych, bo uważałam,że za ładnych kilka lat będzie ze mnie dumna,że chciałam jak najwięcej normalności dla niej w jej chorym świecie. Specjalnie dla niej szybko zrobiłam prawo jazdy. Zdałam za pierwszym razem, bo wiedziałam,że nie mam czasu na poprawki. Dzięki temu czas dojazdu z lublina do szpitala się skrócił. Bawiłyśmy się, uśmiechała się czasami.
Wcześniactwo niosło ze sobą kolejne powikłania. Dwa wylewy drugiego stopnia, niedotlenienia. Stwierdzo dziecięce porażenie mózgowo. Płuca były słabiutkie, ale rozprężone, serduszko przesunięte, ale nie uszkodzone. Zawsze widziałam coś pozytywnego. Nie dawałam się przygnieść złym wiadomościom. Coraz częściej słyszeliśmy,że najprawdopodobniej Zuzia ma jakąś bardzo rzadką chorobę metaboliczną. Znaleźli, był to Zespół Barttera, rzadka choroba nerek.Nadal jednak uważałam,że da się i to opanować, aby tylko uzupełniać sole w organiźmie i robić regularne badania oraz trzymać dietę.
Pierwszy raz wzięłam ją na ręce, gdy skończyła 4 miesiące. To było piękne. Cały dzień jej nie odkładałam. Wyjątkowo byłyśmy same na sali.Saturacja zaczęła spadać, a ona słabła mi na rękach, zrobiła się taka blada i delikatnie się uśmiechnęła….nie pozwoliłam jej…jeszcze nie czas…szybka akcja lekarzy i wróciła…Jak ciężko tego wieoczoru się wracało…

W lutym zabraliśmy ją do Lublina. Potrzebna była nasza blkiskość. Z medycznego punktu widzenia zrobiono wszystko. Pobyt w Lublinie był krótki, bo nastąpił nawrót po pierwszej operacji. Opieszałość lekarzy była żenująca, dopiero po awanturze z mojej strony, po 15 minutach był gotowy transport do Warszawy..
Kolejna operacja. Znów udana.Jestem przy niej, kiedy się budzi. Widać,że nie wie, co się dzieje. Serce pęka,bo moje dziecko znów cierpi, znów ból,a ja nie mogę przy niej zostać. Nie mogę zabrać od niej cierpienia. Muszę ją uczyć z nim żyć.Tylko jak?

Po jakimś czasie znów wróciliśmy do Lublina,aby była możliwość zabrania małej ze sprzętem do domu. Użeranie się z konowałami w tym szpitalu, było codziennością.Widać było,że nie wiedzą, co robić, jak leczyć naszą Zuzię. Ona jednak była dzielna i nie poddawała się.

19 maja 2008 roku. Dla nas wielka data, w prezencie na rocznicę ślubu otrzymaliśmy wiadomość,że Zuzanka wychodzi do domu. Po raz kolejny powiedziałam Bogu “A widzisz, znów ja wygrywam”. Toczyłam z Nim moją małą walkę o Zuzie, choć wiedziałam,że to i tak On decyduje…

29 maja Zuzanka jest w domu.Podróż ze szpitala karetką była koszmarna, w domu czekał na nią personel medyczny z hospicjum i sprzęt. Była taka szczęśliwa,choć nigdy nie była w tym miejscu, to było po niej widać,że wie,że to dom. Jej łóżeczko, jej zabawki, jej ubranka, jej wózek…i nasza miłość i troska.Przeżyliśmy wspólnie kilka cudownych chwil. Lęk czy sobie poradzimy schował się gdzieś. Odsysanie, higiena wkłucia, rurki, inhalacje, wszystko to przychodziło jakoś tak lekko, taki naturalny porządek dnia przy Zuzi. W domu zaczęła jeść z łyżeczki, a nie przez sonde. Zaczęła ssać moją pierś, choć przez 9,5 miesiąca swojego życia nigdy tego nie robiła i butelki też w szpitalu nie chciała. Nasza mała wojowniczka w kilka dni zrobiła przeogromne postępy, a co najważniejsze zaczynała oddychać bez pomocy tlenu. Po raz kolejny postawiła lekarzy w osłupieniu. A my cieszyliśmy się, jak wariaci.

6 czerwca.Od rana Zunia jest jakby słabsza. Mimo,że dziś nie miało być wizyty lekarki, dzwonię,aby przyjechała. Niunia oddawała galaretowaty mocz, którego nie mogłam pobrać. Przyjeżdża pielęgniarka, przy której mała tryska energią, a ja wychodzę na przewrażliwioną. Pielęgniarce udaje się złapać mocz, który jest normalny, pobiera badania, lekarka oznajmia,że jeśli wyniki są złe, to mała wraca do szpitala. Słyszy szmery przy serduszku i stwierdza,że lekarze przegapili,że z warszawy było wskazanie do konsutacji kardiologicznej przez nie zamknięty przewód Bottala. Masakra z tymi konowałami. Byłam na to przygotowana,że możemy w każdym momence wrócić do szpitala.
Przyjeżdża mój tata z bukietem na urodziny dla mnie i wciska Zuzi w rączkę białe stokrotki, które mi daje. Ciągle telefony z życzeniami, a we mnie jakiś lęk i ten chłód, który ciągle czułam, mimo że było prawie 30 stopni…Co jakś czas nie wiem skąd przebiegają mi przez myśl słowa “ona dziś odejddzie”, “to dziś”. A ja w myślach zaprzeczałam.
Po południu przyjeżdża pielęgniarka, mąż jedzie z nią do biura hospicjum po leki na padaczkę. Zostajemy same. Zuzia staje się niespokojna. Wzięłam ją na ręce, przytuliłam, zaczęła lecieć przez ręce. Wentylowałam, zadzwoniłam szybko do męża i krzyczałam,że Ona chyba odchodzi, niech wezwie karetkę. Dalej wentylowałam,ale Zuzia już nie chciała, na chwilę przestałam i pomyślałam “dobrze, pozwalam Ci”.Nie potrafiłam wypowiedzieć tych słów na głos …wtedy ona otworzyła szeroko oczka, wtuliła się do mego serca i uśmiechnęła tak szeroko,jakby chciała tym samym powiedzieć,że dziękuje i jest jej dobrze. Zamknęła znów oczy…znów wentylowałam i prosiłam Boga,żeby ją oddał.Nie oddał…
Ekipa reanimacyjna przybyła szybko,adrenalina, masaż serca,linia ciągła na wykresie…Patrzyłam i tak bardzo chciałam im powiedzieć,żeby już zostawili jej malutkie ciałko, że już wystarczy,ale nie potrafiłam. Jak tylko wszedł mąż, przestali. Wiedziałam,że czekali na niego, nie chcieli zostawić mnie samej…Zostaliśmy we troje. Ubrałam ją w ubranko, w którym była, owinęłam jej kocem i przytuliłam. Siedzieliśmy przy niej z mężem…Ludzie z hospicjum pojawili się momentalnie. Pomogli we wszystkim. Pomogli się z nią pożegnać, ubrać w różową sukieneczkę, rajstopki w kolorowe paseczki, bluzeczkę, czapeczkę w paseczki i śliczną chusteczkę z cekinami na szyjkę. Wyglądała, jakby śniła o czymś pięknym, radosnym…

O 23.00 przyjechał samochód, zniosłam ją. Chciałam to zrobić, bo skoro ja ja do tego domu przyniosłam,to też ja ją odprowadzę. Nie zapomnę tego chłodu plastikowego worka…

Prosiłam ją,żeby tę noc jeszcze przy nas była.Gdy się obudziłam czułam spokój i wiedziałam,że była,że jeszcze jej mała duszyczka jest przy mnie.
A mi przestało być zimno…jakby razem z Zuzią zimna śmierć opuściła nasz dom.

Następnego dnia zostaliśmy u rodziców. Wyszłam wieczorem sama na podwórko.Pamiętam,że usiadłam na huśtawce i myślałam o ty,że nie mogę jej tu dłużej zatrzymywać. Płacząc powtarzałam “leć, idź,czy cokolwiek możesz, ale bądź już szczęśliwa” Patrzyłam na jeden punkt na niebie i wtedy zaświeciła się gwiazdka…czy to Zuzia?Nie wiem, ale znak od niej na pewno.

Potem pogrzeb, pustka, rozpacz. Powolne godzenie się z tym, co się stało. Milion pytań i brak odpowiedzi. Cztery ściany były azylem, a jednocześnie miejscem pogrążania się w bólu.

Pomogły przyjaciółki, mąż, rodzina…Udało się wrócić do świata żywych i dalej funkcjonować. Teraz mam drugą córkę, która jest moim całym światem. I wiem,że mam nad sobą małą orędowniczkę, która czuwa, aby nieszczęścia nas już omijały. Wiem,że pomoże.

Mój stosunek do Boga zmienił się. Nie potrafię Go już o nic prosić, ani za nic mu dziękować. Choć nie zwątpiłam w jego istnienie, tylko wiem,że i tak On ma swój plan, którego w żaden sposób nie zmienię.

Tęsknota i ból “wybrakowanego serca” będą ze mną zawsze. Nauczyłam się z nimi żyć. Te uczucia są już częścią mnie… Nie zadaję pytań, bo nie ma na nie odpowiedzi, nauczyłam się spokoju, pokory…Moja Zuzia była naszym małym cudem, który pokazał mi świat inaczej, nauczyła cenić rzeczy wydające się błahymi, jak błękit nieba, czy promienie słońca, które znała tylko przez okno. Uśmiech, który znaczył więcej niż milion słów… Pokazała mi czym jest miłość. Jak wiele potrafiła cierpieć właśnie dla miłości do mnie i jak heroiczna potrafi być miłość matki, która pozwala odejść dziecku… Dziękuję, że mi to pokazałaś, że byłaś 9,5 miesiąca, że jesteś nadal tylko trochę inaczej…

Zawsze Cię będę kochała Panno Zuzanno, moja Mała Królewno…:*

355 odpowiedzi na pytanie: Wspomnienie miłości, walki, poświęcenia, uśmiechu…

patussia8412009-12-09 21:13:30

nie ma słów którymi możnaby opisać co poczułam czytając to…
podobno mówi się że dzieci w niebie same wybierają swoje matki..
Zuzia nie mogła trafić lepiej…
a i Natalia kiedyś ci to powie…

ciapa2009-12-09 21:46:07

Strasznie mi przykro, nie potrafię wyobrazić sobie Twojego bólu i ogarnąc ile siły trzeba aby sie z taką sytuacją zmierzyć
Nie potrafię nie płakać na mysl ile bólu muszą znieść takie maleństwa
Ale potrafię sobię wyobrazić tą bezcenną chwilę kiedy Zuzia bezpiecznie wtuliła sie w Twoje serce i odeszła, to dobrze, że mogłaś przy niej być…
[*]

tosia2009-12-09 21:49:56

Przeczytałam w całości, choć pod koniec łzy zamazywały litery..
Taka historia zmienia podejście do życia.. Problemy, które rano były dla mnie “wielkie” w tej chwili wydają się maleńkie, błahe i kompletnie nic nieznaczące..
.. właściwie mam milion myśli w tej chwili, ale nawet nie umiem ich ubrać w słowa..
Napiszę tylko, że Zuzia miała wielkie szczęście mając tak kochających i dzielnych rodziców, a Wy mieliście ogromny zaszczyt być rodzicami swojej małej, równie dzielnej księżniczki.

toffika2009-12-09 21:56:50

piękna miłość matki…
serce ściska…

kamilaz232009-12-09 22:13:40

Nie potrafię nic powiedzieć.Jesteś cudowna mamusią.Zuzia jest w lepszym świecie i jak napisałaś jest Waszą orędowniczką.Nie potrafię sobie wyobrazić Waszego bólu.Nie mogę wyobrazić sobie jak żegnałyście się,ale myslę,że dobrze się stalo,że byłaś z nią do końca i to w Twoich ramionach odeszła.Pozwoliłaś odejść choć serce na pewno pękło.Dlaczego tak się dzieje:Przytulam::Przytulam::Przytulam:
Was bardzo mocno i dla Zuzi[*][*][*]Śpij spokojnie ANIOŁKU i czuwaj nad rodzicami i siostrzyczką

paszulka2009-12-09 22:50:55

Udało mi się przeczytać i ryczę…
Nie umiem nic napisać…

:Przytulam::Przytulam::Przytulam:

lolaliciouse2009-12-10 05:29:13

Niewyobrażalne.
nawet nie wiem co napisać.
Wiem jedno-Wy to miłość w najczystrzej kryształowej postaci.

usianka2009-12-10 09:25:11

Nie potrafie znaleźć właściwych słów, by wyrazić co czuje….
:Przytulam:

mi-amp-ma2009-12-10 09:41:01

strasznie mi przykro i tak naprawdę żadne słowa nie oddadzą Tobie tego co przeżyłaś :Przytulam:

ivoonna2009-12-10 10:27:38

Juz wczesniej o Twojej coruni czytalam ale dzis i tak nie potrafilam powstrzymac lez:Przytulam:

olusia2009-12-10 10:46:09

Ewuś przeczytałam wszystko. Nie wiem co powiedzieć. Jesteś wspaniałą matką, silną i mądrą. Odważną i waleczną. Zuzia na pewno jest ci wdzięczna za czas i miłość. Śmierć dziecka boli przeogromnie. Współczuję…

magda21092009-12-10 11:01:17

Zamieszczone przez Tosia…:Przeczytałam w całości, choć pod koniec łzy zamazywały litery..
Taka historia zmienia podejście do życia.. Problemy, które rano były dla mnie “wielkie” w tej chwili wydają się maleńkie, błahe i kompletnie nic nieznaczące..

podpiszę się

A to dla Zuzi [*]

tygryska2009-12-10 11:02:28

Przeczytałam od połowy płacząc…
[*] dla Zuzi

ma-ma2009-12-10 18:01:30

Brak słów…a łzy mimowolnie napływają do oczu… :Przytulam:
[*] dla Zuzi.

ahimsa2009-12-10 18:15:50

Boże, biedne, biedne maleństwo!!!:(((((

Cudownie, że miała szczęście mieć takich rodziców, jak WY!

agula312009-12-10 18:38:22

To straszne przeżyć śmierć własnego dziecka. Ciężko się czyta takie wieści. Dobrze ze miała takich cudownych rodziców jak Wy.

:Przytulam::Przytulam::Przytulam:

wasyl2009-12-10 20:27:30

Zamieszczone przez ahimsa:Boże, biedne, biedne maleństwo!!!:(((((

Cudownie, że miała szczęście mieć takich rodziców, jak WY!

Chore dzieci nie są tak biedne. One nie znają innego życia, nie wiedzą,że można żyć inaczej. Są przyzwyczajone do sprzętu, rurek. To jest taki inny świat. W cale nie ponury. Po prostu inny. Dla nas trudny.
Miłość takiego dziecka też jest inna, bardziej wdzięczna, bardziej widoczna.Może dlatego,że dzieci chore mają inną dojrzałość duchową, tą której nie pojmiemy.

mama-eminci2009-12-10 20:34:31

Przeczytałam ze łzami w oczach Twoją historię …
Jesteś bardzo dzielna !!! Nie wyobrażalne dla mnie co czujesz (i nie tylko Ty) po tak ogromnej stracie … Śliczna Zuzinka (*) …

pozdrawiam!

gablysia2009-12-10 22:28:39

Bardzo mocno cię przytulam. Bardzo ci współczuję tego co przeszłaś. Zycie potrafi być naprawde bardzo okrutne, kiedy rani w najczulszy punkt, w matczyne serce. I to że zachowałas wiarę w Boga…. po tym wszystkim co wam pokazał.
Swieczuszka dla małej dzielnej Zuzi.
Jak piszesz o większej dojrzałości dzieci chorych… wraca mi w pamięć coś co kiedyś usłyszałam. Dzieci śmiertelnie, nieuleczalnie chore dostają taki specjalny dar od Boga. To “coś” powoduje, ze ich dusze są dojrzalsze a miłość, odwaga, cierpliwość i pokora którą wykazują szarpie za serce dorosłych ludzi. NIe można tego pojąć…. ale dzięki temu darowi świat na chwilę się zatrzymuje.

avi2009-12-11 07:57:25

przeczytałam Waszą historię wczoraj rano
została ze mna na cały dzień
była przy mnie kiedy zasypiałam
rodząc przeogromny bunt
i setki pytań bez odpowiedzi

jedyne z czego się cieszę to z tego, że Zuzia właśnie Ciebie wybrała sobie na swoją mamusię

:Przytulam:

dla Zuzi
[*]

ahimsa2009-12-11 11:52:51

Zamieszczone przez ewasilek:Chore dzieci nie są tak biedne. One nie znają innego życia, nie wiedzą,że można żyć inaczej. Są przyzwyczajone do sprzętu, rurek. To jest taki inny świat. W cale nie ponury. Po prostu inny. Dla nas trudny.
Miłość takiego dziecka też jest inna, bardziej wdzięczna, bardziej widoczna.Może dlatego,że dzieci chore mają inną dojrzałość duchową, tą której nie pojmiemy.

No dla mnie z boku- po prostu małe, cierpiące dziecko….a cierpiących dzieci nie powinno być!:(

Co do miłości – to widać po Tobie jaką musiała mieć Zuzia siłę!

pasiasta2009-12-11 14:20:49

Zuziu Aniołku

A Ty ewasilek jesteś cudowną kobietą i tak ciężko doświadczoną mimo młodego wieku :Przytulam:

anusia332009-12-11 20:07:59

Zamieszczone przez ewasilek:Chore dzieci nie są tak biedne. One nie znają innego życia, nie wiedzą,że można żyć inaczej. Są przyzwyczajone do sprzętu, rurek. To jest taki inny świat. W cale nie ponury. Po prostu inny. Dla nas trudny.
Miłość takiego dziecka też jest inna, bardziej wdzięczna, bardziej widoczna.Może dlatego,że dzieci chore mają inną dojrzałość duchową, tą której nie pojmiemy.

Zuzia ma ogrąmne szczęście w tak krótkim życiu zaznała ogrom rodzicielskiej miłości dla mnie jesteście cudownymi rodzicami i bardzo się cieszęże macie drugą córeczkę a Aniołek nad Wami czuwa. Przepięknie opisałaś życie i walkę o swojącóreczkę, jesteś cudowną mamą życzę Wam dużo szczęścia i spokoju.

kata2009-12-12 15:31:46

ehh, nic mądrego nie napiszę bo nie potrafię…

czy Zuzia leżała przez jakiś czas w DSK w Lublinie?

przez chwilę pomyślałam że Cię tam kiedyś spotkałam, ale potem sobie przypomniałam że i czas i wiek i imię dziecka się nie zgadza…

jak Dorianek miał 5 miesięcy leżał na sali na patologii niemowlaka z malutką Klaudią, którą odwiedzała mama, młodziutka dziewczyna… maleńka odeszła wkrótce po naszym wyjściu, krótkim bo to była zwykła infekcja…

bardzo mi przykro 🙁

lilavati2009-12-12 15:59:16

Jesteś niesamowitą Mamą równie Niezwykłej Małej Królewny
Łzy ciekną mi po policzkach jak czytam ile maciupka Panna Zuzanka Wam przekazała
Wierzę, że ta niezwykła Mała Królewna nadal czuwa nad tymi co ją tak kochają.

domi2009-12-13 01:02:42

Masz w sobie bardzo wiele bólu i jeszcze więcej siły.
Wierzę w to, że teraz to Zuzia opiekuje się Tobą… chociaż w sercu ucisk, a w oczach łzy… tym silniej to odczuwam, że też mam Zuzię i też urodzoną 23 sierpnia.
Przytulam.

wasyl2009-12-13 08:22:01

Opisałam naszą historię, bo poczułam taką wewnętrzną potrzebę.Powinnam sobie spisywać wszystko w jakimś pamiętniku,ale w dzisiejszych czasach,to kto pamiętniki pisze…a jednak taka potrzeba jest. Czuję,że w pamięci umykają mi pewne detale. najzwyczajniej zapominam o szczegółach. Mimo,że nie chcę, jest to tylko ludzką słabostką. Drugim powodem do spisania życia Królewny, a tym samym fragmentu mojego, jest to,że od kilku miesięcy już tu z Wami jestem. I chciałam, abyście troszkę lepiej mnie poznały.

Zaskoczyłam się, bardzo pozytywnie, Waszą reakcją. Z reguły widzi się odpowiedź “bardzo mi przykro”, “brak słów”, a tu widzę,że nasza historia zmusiła wiele z Was do refleksji. To kolejny powód, dla którego życie Zuzi miało sens. Nakazuje wręcz do zastanowienia się, co mamy w życiu pięknego i jak wielkiego…A to już chyba każda mama czuje…wie…

A miłość jest nieśmiertelna.

[Zobacz stronę]

kama282009-12-13 23:04:58

Zamieszczone przez ewasilek:
Zaskoczyłam się, bardzo pozytywnie, Waszą reakcją. Z reguły widzi się odpowiedź “bardzo mi przykro”, “brak słów”, a tu widzę,że nasza historia zmusiła wiele z Was do refleksji. To kolejny powód, dla którego życie Zuzi miało sens. Nakazuje wręcz do zastanowienia się, co mamy w życiu pięknego i jak wielkiego…A to już chyba każda mama czuje…wie…

jest dokładnie tak jak piszesz,
łatwo jest zgubić ten najważniejszy wątek życia w codzienności, a zetknięcie się z taką historią jak wasza przypomina o co właściwie w tym wszystkich chodzi, otrzeźwia, jest impulsem do refleksji nad własnym życiem i postępowaniem. ja zaczynam od razu myśleć czy wystarczająco doceniam to co mam, czy nie zaniedbuję czegoś, szczególnie jeśli chodzi o moje dzieci, po co tak się na nie dziś zdenerwowałam, czy wystarczająco poświęciłam im swój czas itd. Czasem to takie detale, ale to naprawdę otrzeźwia i pozwala lepiej żyć.
dziękuję ci za to, że podzieliłaś się tą przepiękną, choć wyciskającą potok łez, historią. jesteś wspaniałą mamą, myślę o was ciepło.

pasiasta2009-12-14 06:49:52

Zamieszczone przez ewasilek: To kolejny powód, dla którego życie Zuzi miało sens. Nakazuje wręcz do zastanowienia się, co mamy w życiu pięknego i jak wielkiego…A to już chyba każda mama czuje…wie…
Tak, powoduje, że kocha się jeszcze bardziej!!!

:Przytulam:

2009-12-14 14:06:40

ewelina, znalalam Twoja historie a i tak rycze jak wariatka!!!!!!!!!!!
nie umiem nic teraz napisac…mzoe jak sie pozbieram:(

stokrotka222009-12-14 20:02:19

Zamieszczone przez nelly:ewelina, znalalam Twoja historie a i tak rycze jak wariatka!!!!!!!!!!!
nie umiem nic teraz napisac…mzoe jak sie pozbieram:(

ja również

oliweczka2009-12-15 08:09:00

Jesteś wspaniałą, silną kobietą. Zunia miała niesamowite szczęście doświadczyć tak pięknej i dojrzałej miłości.
Życzę Wam wszystkiego najlepszego :*

pscola2009-12-15 17:41:39

Ja też ledwo doczytałam do końca bo przez mokre oczy nic już nie było widać.
Nie tylko Twoja Zuzia była b. dzielna. Także i Ty jesteś potężna.
Nie wiem, czy w takiej sytuacji umiałabym postąpić tak samo.

Trzymam za Was kciuki i bardzo gratuluję Wam że potrafiliście zdać wspólnie ten chyba najtrudniejszy w życiu człowieka egzamin, jakim jest strta własnego dziecka.

PS.
Trafilam na ten wątek bo sama czekam na poronienie. Niby 7 tydz. a zarodka nie widać a beta się chwieje w te i we wte.

ania-ania232009-12-18 16:42:03

“…Jedynie serce matki uczuciem zawsze tchnie, jedynie serce matki o wszystkim dobrze wie…Dać tyle ciepła umie i każdy ból zrozumie…” Podziwiam Cię, jestem poruszona do głębi. Pięknie piszesz o miłości, heroicznej walce o maleńką. Ja poroniłam 3 dni temu w 7 tyg, serce mi pęka…

synthia2010-01-04 16:53:10

“Umiera się nie dlatego by przestać żyć, lecz po to by żyć inaczej…”

Każdemu dzieciątku życzę takich Rodziców jak Wy :Buziaki:

Wszystkiego dobrego i dalszej tak wielkiej siły jaka jest w Tobie :Buziaki:
Wierzę, że Zuzia sprawuje opiekę nad Waszą rodziną tam z góry i macie swojego osobistego Ukochanego Wymarzonego Aniołka Stróża :Przytulam:

wasyl2010-01-04 21:02:41

Zamieszczone przez synthia: “Umiera się nie dlatego by przestać żyć, lecz po to by żyć inaczej…”

Każdemu dzieciątku życzę takich Rodziców jak Wy :Buziaki:

Wszystkiego dobrego i dalszej tak wielkiej siły jaka jest w Tobie :Buziaki:
Wierzę, że Zuzia sprawuje opiekę nad Waszą rodziną tam z góry i macie swojego osobistego Ukochanego Wymarzonego Aniołka Stróża :Przytulam:

Piękne słowa. Dziękuję.

mania782010-02-01 15:58:54

Dziękuję, że pozwoliłaś nam poznać Waszą historię.
Dzięki niej kocha sie jeszcze mocniej.

wasyl2010-02-01 20:02:37

Kiedyś miałam wygodne trampki, dziś niewygodne trepy, które obciskają…i droga jakaś trudniejsza,pełna kamieni, ale idę, choć nie wiem, dokąd zaprowadzi mnie ta moja kręta ścieżka. Czasami mijam piękne kwiaty i kolorowe motyle,ale tak wiele jest suchych drzew i zwiędnietych róż między krzyżami szeroko rozpościerających ramiona, a z zanich wygląda szeroko uśmiechnięta buzia. Idzie w moją stronę i łapie mnie za ręke…doprowadzi mnie do końca mojej drogi, a potem skręci w swoim kierunku…

[Zobacz stronę]

serduskojulia2010-02-04 16:29:15

łzy same cisną sie do oczu 🙁 taki mi przykro :* [*]

wasyl2010-03-17 13:21:43

Znów ślęczałam nad dokumentacją medyczną,znów dojrzałam nowe fakty, znów zastanawiałam się, jak Ona to zrobiła,że była…Taki mały człowieczek, małe serduszko i tyle miłości. Jak wiele potrafiła znieść…jak wiele bólu fizycznego…i to dla/z miłości? Boże…jak ja Ją kocham…
Ta miłość jest inna niż do mojej drugiej córki,nie większa, po prostu inna.

Mój mały Wielki Człowiek…Wyjątkowy…Niepowtarzalny…Mój.

[Zobacz stronę]

Znasz odpowiedź na pytanie: Wspomnienie miłości, walki, poświęcenia, uśmiechu…?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Tematy, których nie znalazłam w forum
Pytanie w stylu EwkiM:)
Problem na kształt[I]kole oko kole[/I]:) Artur wybitnie lubi śpiewać, ale niewyraźnie jeszcze mówi. Znacie piosenki i podacie mi treść ich? [B]Pierwsza piosenka:[/B] Mikołaj, mikołaj, jedzie samochodem(?) jedzie kupić saneczki .... co dalej? Druga piosenka: kogut zapiał z całej siły ............... Teraz Konradowa
Czytaj dalej
Karmienie
Bromergon na zatrzymanie laktacji
Witam wszystkich około 7 miesięcy temu zakończyłam karmienie mojego Oliverka ale nadal pojawiają się kropelki mleka w jednej piersi.Strasznie mnie to denerwowało zwłaszcza podczas współżycia.Dodatkowo momentami miałam wrażenie jakby mi mleko
Czytaj dalej