Wspomnienie miłości, walki, poświęcenia, uśmiechu…

Postów wyświetlanych: 15 - od 1 do 15 (wszystkich: 356)
  • Autor
    Wpisy
  • #102283

    wasyl

    Wychodziłam na uczelnie, zdać kolejny egzamin w sesji. Zwymiotowałam. Przekonana,że to stres. Wymiotowałam rano, w południe i wieczorem…no cóż pewnie się czymś zatrułam…Okres? Jakoś chyba niedługo będzie…Narzeczony szczęśliwy,że na bank jestem w ciąży, a ja na to,że absolutnie nie, bo jeszcze nie czas i to niemożliwe!!
    Mieliśmy już wyznaczoną datę ślubu na sierpień, ja nawet miałam już kupioną suknie ślubną. Wszystko już ustalone. Wieczorem przyniósł mi test ciążowy. Zrobiłam. Dwie krechy wyskoczyły momentalnie. Byłam zszokowana. Nie szczęśliwa, ale i nie smutna. Moje pierwsze słowa do ,wówczas jeszcze, narzeczonego, to jak ja się zmieszczę w suknię ślubną. Bawi mnie w tym momencie,że wtedy to był mój mega problem…
    Usg, żartujący lekarz,wszystko w porządku, jest 6 tydzień, widać bijące serduszko i wtedy poczułam,że kocham to małe życie powstające we mnie. Kolejne usg, w 12tc, widzimy jak się rusza, nóżki rączki, znów słyszymy,że wszystko bez zarzutów.
    W między czasie były skurcze, leki, troszkę leżenia.
    Ślub przesunięty na maj. Udało się.
    I tak żyliśmy sobie w słodkiej nieświadomości, co nas czeka.
    Gdy słyszałam,że aby dziecko było zdrowe, to myślałam,że niby dlaczego ma być chore, skoro w rodzinie nikt nie chorował. Choroba, czy śmierć dziecka były dla mnie tematami zupełnie obcymi.Boże jaka byłam głupia…

    Ślub piękny, wesele udane, mieszkamy sami, udało się uciec od teściowej. No i sukienki nie trzeba było przerabiać, heh.
    Po 2 tygodniach od ślubu zmieniłam lekarza, bo mnie mega wkurzał spóźnialstwem i nie pracował w szpitalu, w którym chciałam rodzić. Planowałam poród w wodzie, szkołę rodzenia, itp? Wszystko takie w stylu nowoczesnej mamy.

    Nowy lekarz. Po badaniu proszę o usg, bo chcemy poznać płeć. Mina lekarza nie zapowiada niczego dobrego…zaczyna się nasz koszmar, ktoś ważył się zburzyć nasz domek z kart. Wielowodzie i pewne podejrzenia, które chce sprawdzić na porządnym szpitalnym sprzęcie…płeć też poznajemy…dziewczynka, ale to już nie ważne… Wychodziliśmy już z budynku, kiedy wyszedł za nami z gabinetu i poklepał męża po ramieniu, a mnie przytulił.
    Kolejne usg. Leżę patrząc w sufit, w tym ciemnym pokoju i nie wiem, co za chwilkę usłyszę. łzy same napływają do oczu ze strachu. „Przykro mi, dziecko ma rozległą przepuklinę przeponową, powiększone komory, agenezje robaczka móżdżkowego, za nisko osadzone małżowiny. Wg mnie rokowania nie są dobre”. Zostajemy sami z mężem. Nic nie mówimy.On miota się po pokoju, mówiąc pod nosem, jak nienawidzi Boga, a ja go proszę , aby przestał…Przychodzi kolejny lekarz i kolejny…wszyscy widzą to samo. Pytam o szanse dziecka. Lekarze nie dają rzadnych. Dopiero, jak wyszli, to mój lekarz wlewa w nas nadzieję i daje skierowanie do Warszawy. Dość szybko udaje nam się umówi wizytę u specjalisty. Potwierdza diagnozę mojego lekarza. Kordocenteza nie wykazuje choroby genetycznej. Na kolejnym usg w Warszawie lekarz każe się cieszyć,że nie jest gorzej.

    Codziennie czytam o chorobie mojego dziecka, ‚anatomia’ studentów medycyny, to moja ulubiona lektura, zapoznaję się z medycznymi pojęciami i tym, co będzie dalej. Codzienne powtarzam Zuzi, że musi być silna i dzielna, że mama ją kocha i wierzy, że się uda. Opowiadam jej, co się z nią będzie działo, że jej nie przytulę od razu, że będzie miała operację, że będzie bolało, będzie, zimno i strasznie, ale ja zawsze będę i nadejdzie moment, że się mocno przytulimy i będzie jej mięciutko i cieplutko, jak teraz. Jestem chyba jedyną osobą,która wierzy w Zuzie i jej siłę. Nie płaczę. Wiedziałam,że nie mogę, bo moja słabość, to jej słabość, a Zunia, nie ma czasu na bycie słabą, musi walczyć.

    Jest 14sierpnia. Nie czuję ruchów. Jedziemy do szpitala. Położna po badaniu detektorem pobiegła po lekarzy. Przeczytali dokumentacji, łaskawie zrobili usg, po czym stwierdzili, że są spadki tętna dziecka, ale żebym jechała do domu i czekała, bo oni tu i tak dziecku nie pomogą. Zuzia zaczyna się wiercić coraz mocniej. Jednak po rozmowie na drugi dzień z lekarzem, mam echać do Warszawy, bo to co czuję, to mogą być ruchy martwego płodu.

    16 sierpnia jestem w szpitalu na Karowej. Ktg ładne, usg w porządku, nie chcą mnie przyjąć. Powiedziałam,że nie wyjdę, bo następnym razem nie zdążę. Przyjmują mnie na jednodniową obserwację. Zdążyłam się rozpakować na patologii, podłączono mnie pod ktg i znów spadki tętna. Biegiem przewożą mnie na trakt. Uspokoiło się… alarm odwołany. Ciągły monitoring. Przychodzą lekarze i pytają,czy zdaję sobie sprawę w jakim stanie urodzi się dziecko, a czy wiem,że będzie w stanie tragicznym. Z opanowaniem odpowiadam,że wiem,że zdaję sobie sprawę,jak trudny jest przypadek mojego dziecka. Jednego dnia nie wytrzymuję, płaczę bez przerwy. jestem sama, rodzina 160km ode mnie, jak przyjedzie mąż czy mama, to 5 minut nie więcej widzenia się.Łamiący się głos męża przez telefon i świadomość, że on też jest sam w tym wszystkim nie pomaga…

    23 sierpnia.ZOstaję obudzona ostrym światłem, wkłuciem wenflonu, maseczka przy ustach i słowa,żebym głeboko oddychała. Spojrzałam na wyświetlacz ktg, tętno 53, 50, 48…nie czułam, że moje dziecko chce odejść… Jestem na stole operacyjnym, łzy ciekną po policzkach, widzę jak ją wyciągnęli, malutką, mieściła się w dłoniach lekarza. Odwracam głowę i widzę, jak jej małe całko leży bezwładnie, pełno kabelków, rurka w gardle masaż serca, patrzyłam na nią i prosiłam „walcz, walcz, kocham Cię”. Wtedy jej mała rączka złapała białe prześcieradełko. Wtedy już wiedziałam,że jest,że wróciła i pomyślałam,że zostanie. To był mój pierwszy mały cud.

    Mierzyła 41cm, ważyła 1200g. 31 tydzień…za wcześnie… ale ja ciągle wierzę, że się uda. Musi!!
    Miała piękne czarne włoski, moje usta i nos tatusia.

    25 sierpnia miała operację. Zakończyła się pomyślnie. Jednak wada okazała się jeszcze gorsza niż na usg.Po tygodniu potrzebna byla kolejna operacja. Zuzia rosła w inkubatorku czasami oddychała sama, a potem znów respirator, CPAP i tak w kółko. POtrzebne były kolejne zabiegi. Wkłucie centralne, rurka tracheostomijna.
    jeździłam do niej z lublina do warszawy, nie przerwałam studiów dziennych, bo uważałam,że za ładnych kilka lat będzie ze mnie dumna,że chciałam jak najwięcej normalności dla niej w jej chorym świecie. Specjalnie dla niej szybko zrobiłam prawo jazdy. Zdałam za pierwszym razem, bo wiedziałam,że nie mam czasu na poprawki. Dzięki temu czas dojazdu z lublina do szpitala się skrócił. Bawiłyśmy się, uśmiechała się czasami.
    Wcześniactwo niosło ze sobą kolejne powikłania. Dwa wylewy drugiego stopnia, niedotlenienia. Stwierdzo dziecięce porażenie mózgowo. Płuca były słabiutkie, ale rozprężone, serduszko przesunięte, ale nie uszkodzone. Zawsze widziałam coś pozytywnego. Nie dawałam się przygnieść złym wiadomościom. Coraz częściej słyszeliśmy,że najprawdopodobniej Zuzia ma jakąś bardzo rzadką chorobę metaboliczną. Znaleźli, był to Zespół Barttera, rzadka choroba nerek.Nadal jednak uważałam,że da się i to opanować, aby tylko uzupełniać sole w organiźmie i robić regularne badania oraz trzymać dietę.
    Pierwszy raz wzięłam ją na ręce, gdy skończyła 4 miesiące. To było piękne. Cały dzień jej nie odkładałam. Wyjątkowo byłyśmy same na sali.Saturacja zaczęła spadać, a ona słabła mi na rękach, zrobiła się taka blada i delikatnie się uśmiechnęła….nie pozwoliłam jej…jeszcze nie czas…szybka akcja lekarzy i wróciła…Jak ciężko tego wieoczoru się wracało…

    W lutym zabraliśmy ją do Lublina. Potrzebna była nasza blkiskość. Z medycznego punktu widzenia zrobiono wszystko. Pobyt w Lublinie był krótki, bo nastąpił nawrót po pierwszej operacji. Opieszałość lekarzy była żenująca, dopiero po awanturze z mojej strony, po 15 minutach był gotowy transport do Warszawy..
    Kolejna operacja. Znów udana.Jestem przy niej, kiedy się budzi. Widać,że nie wie, co się dzieje. Serce pęka,bo moje dziecko znów cierpi, znów ból,a ja nie mogę przy niej zostać. Nie mogę zabrać od niej cierpienia. Muszę ją uczyć z nim żyć.Tylko jak?

    Po jakimś czasie znów wróciliśmy do Lublina,aby była możliwość zabrania małej ze sprzętem do domu. Użeranie się z konowałami w tym szpitalu, było codziennością.Widać było,że nie wiedzą, co robić, jak leczyć naszą Zuzię. Ona jednak była dzielna i nie poddawała się.

    19 maja 2008 roku. Dla nas wielka data, w prezencie na rocznicę ślubu otrzymaliśmy wiadomość,że Zuzanka wychodzi do domu. Po raz kolejny powiedziałam Bogu „A widzisz, znów ja wygrywam”. Toczyłam z Nim moją małą walkę o Zuzie, choć wiedziałam,że to i tak On decyduje…

    29 maja Zuzanka jest w domu.Podróż ze szpitala karetką była koszmarna, w domu czekał na nią personel medyczny z hospicjum i sprzęt. Była taka szczęśliwa,choć nigdy nie była w tym miejscu, to było po niej widać,że wie,że to dom. Jej łóżeczko, jej zabawki, jej ubranka, jej wózek…i nasza miłość i troska.Przeżyliśmy wspólnie kilka cudownych chwil. Lęk czy sobie poradzimy schował się gdzieś. Odsysanie, higiena wkłucia, rurki, inhalacje, wszystko to przychodziło jakoś tak lekko, taki naturalny porządek dnia przy Zuzi. W domu zaczęła jeść z łyżeczki, a nie przez sonde. Zaczęła ssać moją pierś, choć przez 9,5 miesiąca swojego życia nigdy tego nie robiła i butelki też w szpitalu nie chciała. Nasza mała wojowniczka w kilka dni zrobiła przeogromne postępy, a co najważniejsze zaczynała oddychać bez pomocy tlenu. Po raz kolejny postawiła lekarzy w osłupieniu. A my cieszyliśmy się, jak wariaci.

    6 czerwca.Od rana Zunia jest jakby słabsza. Mimo,że dziś nie miało być wizyty lekarki, dzwonię,aby przyjechała. Niunia oddawała galaretowaty mocz, którego nie mogłam pobrać. Przyjeżdża pielęgniarka, przy której mała tryska energią, a ja wychodzę na przewrażliwioną. Pielęgniarce udaje się złapać mocz, który jest normalny, pobiera badania, lekarka oznajmia,że jeśli wyniki są złe, to mała wraca do szpitala. Słyszy szmery przy serduszku i stwierdza,że lekarze przegapili,że z warszawy było wskazanie do konsutacji kardiologicznej przez nie zamknięty przewód Bottala. Masakra z tymi konowałami. Byłam na to przygotowana,że możemy w każdym momence wrócić do szpitala.
    Przyjeżdża mój tata z bukietem na urodziny dla mnie i wciska Zuzi w rączkę białe stokrotki, które mi daje. Ciągle telefony z życzeniami, a we mnie jakiś lęk i ten chłód, który ciągle czułam, mimo że było prawie 30 stopni…Co jakś czas nie wiem skąd przebiegają mi przez myśl słowa „ona dziś odejddzie”, „to dziś”. A ja w myślach zaprzeczałam.
    Po południu przyjeżdża pielęgniarka, mąż jedzie z nią do biura hospicjum po leki na padaczkę. Zostajemy same. Zuzia staje się niespokojna. Wzięłam ją na ręce, przytuliłam, zaczęła lecieć przez ręce. Wentylowałam, zadzwoniłam szybko do męża i krzyczałam,że Ona chyba odchodzi, niech wezwie karetkę. Dalej wentylowałam,ale Zuzia już nie chciała, na chwilę przestałam i pomyślałam „dobrze, pozwalam Ci”.Nie potrafiłam wypowiedzieć tych słów na głos …wtedy ona otworzyła szeroko oczka, wtuliła się do mego serca i uśmiechnęła tak szeroko,jakby chciała tym samym powiedzieć,że dziękuje i jest jej dobrze. Zamknęła znów oczy…znów wentylowałam i prosiłam Boga,żeby ją oddał.Nie oddał…
    Ekipa reanimacyjna przybyła szybko,adrenalina, masaż serca,linia ciągła na wykresie…Patrzyłam i tak bardzo chciałam im powiedzieć,żeby już zostawili jej malutkie ciałko, że już wystarczy,ale nie potrafiłam. Jak tylko wszedł mąż, przestali. Wiedziałam,że czekali na niego, nie chcieli zostawić mnie samej…Zostaliśmy we troje. Ubrałam ją w ubranko, w którym była, owinęłam jej kocem i przytuliłam. Siedzieliśmy przy niej z mężem…Ludzie z hospicjum pojawili się momentalnie. Pomogli we wszystkim. Pomogli się z nią pożegnać, ubrać w różową sukieneczkę, rajstopki w kolorowe paseczki, bluzeczkę, czapeczkę w paseczki i śliczną chusteczkę z cekinami na szyjkę. Wyglądała, jakby śniła o czymś pięknym, radosnym…

    O 23.00 przyjechał samochód, zniosłam ją. Chciałam to zrobić, bo skoro ja ja do tego domu przyniosłam,to też ja ją odprowadzę. Nie zapomnę tego chłodu plastikowego worka…

    Prosiłam ją,żeby tę noc jeszcze przy nas była.Gdy się obudziłam czułam spokój i wiedziałam,że była,że jeszcze jej mała duszyczka jest przy mnie.
    A mi przestało być zimno…jakby razem z Zuzią zimna śmierć opuściła nasz dom.

    Następnego dnia zostaliśmy u rodziców. Wyszłam wieczorem sama na podwórko.Pamiętam,że usiadłam na huśtawce i myślałam o ty,że nie mogę jej tu dłużej zatrzymywać. Płacząc powtarzałam „leć, idź,czy cokolwiek możesz, ale bądź już szczęśliwa” Patrzyłam na jeden punkt na niebie i wtedy zaświeciła się gwiazdka…czy to Zuzia?Nie wiem, ale znak od niej na pewno.

    Potem pogrzeb, pustka, rozpacz. Powolne godzenie się z tym, co się stało. Milion pytań i brak odpowiedzi. Cztery ściany były azylem, a jednocześnie miejscem pogrążania się w bólu.

    Pomogły przyjaciółki, mąż, rodzina…Udało się wrócić do świata żywych i dalej funkcjonować. Teraz mam drugą córkę, która jest moim całym światem. I wiem,że mam nad sobą małą orędowniczkę, która czuwa, aby nieszczęścia nas już omijały. Wiem,że pomoże.

    Mój stosunek do Boga zmienił się. Nie potrafię Go już o nic prosić, ani za nic mu dziękować. Choć nie zwątpiłam w jego istnienie, tylko wiem,że i tak On ma swój plan, którego w żaden sposób nie zmienię.

    Tęsknota i ból „wybrakowanego serca” będą ze mną zawsze. Nauczyłam się z nimi żyć. Te uczucia są już częścią mnie… Nie zadaję pytań, bo nie ma na nie odpowiedzi, nauczyłam się spokoju, pokory…Moja Zuzia była naszym małym cudem, który pokazał mi świat inaczej, nauczyła cenić rzeczy wydające się błahymi, jak błękit nieba, czy promienie słońca, które znała tylko przez okno. Uśmiech, który znaczył więcej niż milion słów… Pokazała mi czym jest miłość. Jak wiele potrafiła cierpieć właśnie dla miłości do mnie i jak heroiczna potrafi być miłość matki, która pozwala odejść dziecku… Dziękuję, że mi to pokazałaś, że byłaś 9,5 miesiąca, że jesteś nadal tylko trochę inaczej…

    Zawsze Cię będę kochała Panno Zuzanno, moja Mała Królewno…:*

    #3076802

    patussia841

    nie ma słów którymi możnaby opisać co poczułam czytając to…
    podobno mówi się że dzieci w niebie same wybierają swoje matki..
    Zuzia nie mogła trafić lepiej…
    a i Natalia kiedyś ci to powie…



    #3076803

    ciapa

    Strasznie mi przykro, nie potrafię wyobrazić sobie Twojego bólu i ogarnąc ile siły trzeba aby sie z taką sytuacją zmierzyć
    Nie potrafię nie płakać na mysl ile bólu muszą znieść takie maleństwa
    Ale potrafię sobię wyobrazić tą bezcenną chwilę kiedy Zuzia bezpiecznie wtuliła sie w Twoje serce i odeszła, to dobrze, że mogłaś przy niej być…
    [*]

    #3076804

    tosia

    Przeczytałam w całości, choć pod koniec łzy zamazywały litery..
    Taka historia zmienia podejście do życia.. Problemy, które rano były dla mnie „wielkie” w tej chwili wydają się maleńkie, błahe i kompletnie nic nieznaczące..
    .. właściwie mam milion myśli w tej chwili, ale nawet nie umiem ich ubrać w słowa..
    Napiszę tylko, że Zuzia miała wielkie szczęście mając tak kochających i dzielnych rodziców, a Wy mieliście ogromny zaszczyt być rodzicami swojej małej, równie dzielnej księżniczki.

    #3076805

    toffika

    piękna miłość matki…
    serce ściska…

    #3076806

    kamilaz23

    Nie potrafię nic powiedzieć.Jesteś cudowna mamusią.Zuzia jest w lepszym świecie i jak napisałaś jest Waszą orędowniczką.Nie potrafię sobie wyobrazić Waszego bólu.Nie mogę wyobrazić sobie jak żegnałyście się,ale myslę,że dobrze się stalo,że byłaś z nią do końca i to w Twoich ramionach odeszła.Pozwoliłaś odejść choć serce na pewno pękło.Dlaczego tak się dzieje:Przytulam::Przytulam::Przytulam:
    Was bardzo mocno i dla Zuzi[*][*][*]Śpij spokojnie ANIOŁKU i czuwaj nad rodzicami i siostrzyczką



    #3076807

    paszulka

    Udało mi się przeczytać i ryczę…
    Nie umiem nic napisać…

    :Przytulam::Przytulam::Przytulam:

    #3076808

    lolaliciouse

    Niewyobrażalne.
    nawet nie wiem co napisać.
    Wiem jedno-Wy to miłość w najczystrzej kryształowej postaci.

    #3076809

    usianka

    Nie potrafie znaleźć właściwych słów, by wyrazić co czuje….
    :Przytulam:

    #3076810

    mi-amp-ma

    strasznie mi przykro i tak naprawdę żadne słowa nie oddadzą Tobie tego co przeżyłaś :Przytulam:



    #3076811

    ivoonna

    Juz wczesniej o Twojej coruni czytalam ale dzis i tak nie potrafilam powstrzymac lez:Przytulam:

    #3076812

    olusia

    Ewuś przeczytałam wszystko. Nie wiem co powiedzieć. Jesteś wspaniałą matką, silną i mądrą. Odważną i waleczną. Zuzia na pewno jest ci wdzięczna za czas i miłość. Śmierć dziecka boli przeogromnie. Współczuję…



    #3076813

    magda2109

    Zamieszczone przez Tosia…
    Przeczytałam w całości, choć pod koniec łzy zamazywały litery..
    Taka historia zmienia podejście do życia.. Problemy, które rano były dla mnie „wielkie” w tej chwili wydają się maleńkie, błahe i kompletnie nic nieznaczące..

    podpiszę się

    A to dla Zuzi [*]

    #3076814

    tygryska

    Przeczytałam od połowy płacząc…
    [*] dla Zuzi

    #3076815

    ma-ma

    Brak słów…a łzy mimowolnie napływają do oczu… :Przytulam:
    [*] dla Zuzi.

Postów wyświetlanych: 15 - od 1 do 15 (wszystkich: 356)


Musisz się zarejestrować lub zalogować, żeby odpowiedzieć

Close