Chyba nikt nie zaprzeczy, że całowanie osób, które lubimy i kochamy jest jedną z najprzyjemniejszych rzeczy na świecie. Do tego stopnia, że ustanowiono nawet specjalny dzień na świętowanie tej przyjemnej czynności. Kiedy przypada Międzynarodowy Dzień Pocałunku w 2017 roku?



Międzynarodowy Dzień Pocałunku 2017

Zapamiętajcie tę datę, ponieważ świętowanie może być wyjątkowo przyjemne! W 2017 roku Międzynarodowy Dzień Pocałunku przypada 28 grudnia, a więc tuż po świętach Bożego Narodzenia. Z tej okazji warto dać buziaka wszystkim, których kochamy.

My dzisiaj dla Was mamy ciekawą opowieść o tym, jak powstały pocałunki. Pochodzi ona z książki „Wakacje na starej farmie” Lucy Maud Montgomery, autorki „Ani z Zielonego Wzgórza”.

Zdarzyło się to dawno, dawno temu w małej skalistej Grecji, w której chętnie mieszkali bogowie. Przedtem ludzkość nie znała pocałunku, a tam został niespodzianie wynaleziony i opisany dla potomności.

Żył tam pewien młody pasterz — prosty i zgrabny — imieniem Glaukon. Mieszkał w Tebach, które podówczas stanowiły jeszcze małą wioskę. Z czasem miały się przemienić w wielkie, kipiące życiem miasto i ważny ośrodek kultury, ale za czasów Glaukona życie biegło tam spokojnie i monotonnie. Zbyt spokojnie i zbyt monotonnie dla niego.

Chłopiec ten był ciekawy świata i dalekich stron, postanowił więc wyruszyć na wędrówkę. Zabrał torbę podróżną i kij pasterski i opuścił Teby. Dotarł do Tesalii, która naówczas była krainą bogów. Jak wiecie, mieli oni swoją górę — Olimp i tam właśnie mieszkali… To jednak opowiadanie działo się na stokach innej góry — Pelionu.

Glaukon najął się do wypasania owiec bogatego pana, który był właścicielem wielkich stad. Jako pasterz każdego dnia wyprowadzał je na hale i pasł właśnie tam, na Pelionie… Pilnując zaś owiec, grał na fujarce tęskne piosenki o dziewczynie imieniem Aglaja. Była to córka właściciela stad — śliczna i pełna wdzięku. Glaukon pokochał ją całym sercem od pierwszego wejrzenia. Kiedy więc przykładał fujarkę do ust, melodie same się układały, a kiedy przerywał grę, patrzył na błękitne niebo i morze w oddali, marząc, że sam będzie kiedyś bogaty i pojmie Aglaję za żonę. A okolice były tak piękne, że pragnął na zawsze tam pozostać i zbudować dla siebie i pięknej Aglai mały domek w dolinie.

Również i dziewczyna darzyła go uczuciem i nieraz słuchała ślicznych dźwięków jego fujarki, ukryta nieopodal wśród skał. Długo nie dawała młodzieńcowi poznać, jak bardzo jest w nim zakochana, a on nie przypuszczał wcale, iż ta, do której płyną jego myśli, często jest tak blisko.

Ale w końcu Glaukon odkrył, że Aglaja darzy go wzajemnością i odtąd razem przesiadywali na łąkach, rozmawiając o wspólnej przyszłości, chociaż po dawnemu grywał też dla niej na fujarce.

Być może w dzisiejszych czasach zamożny właściciel stada niechętnie patrzyłby, jak jego córka zadaje się z najemnym pasterzem, ale obyczaje ówczesnej Grecji cechowała większa prostota.

Zdarzyło się pewnego dnia, że Aglaja szła inną niż zwykle drogą na spotkanie z ukochanym i trafiła na mały strumyk. Dostrzegła, że pomiędzy żwirem na dnie coś błyszczy. Schyliła się i podniosła mały kamyk, nie większy od ziarnka grochu, ale migoczący w słońcu wszystkimi barwami tęczy. Aglaja postanowiła zanieść go Glaukonowi. Już miała, biec do niego, kiedy usłyszała tupot kopyt, a kiedy obejrzała się za siebie, omal nie umarła z przerażenia. Stał przed nią bożek Pan, który miał postać pół kozła, a pół człowieka. Nie wszyscy bogowie w Grecji byli piękni i nie zawsze było bezpiecznie spotkać ich twarzą w twarz.

— Oddaj mi to, co znalazłaś — zażądał Pan, wyciągając rękę. Ale Aglaja, chociaż zdrętwiała ze strachu, nie chciała mu wręczyć kamyka.

— To podarunek dla kogo innego — odpowiedziała odważnie.

— Muszę go mieć, żeby ofiarować pewnej pięknej nimfie wodnej — rzekł Pan. Zaczął napierać na nią, ale dziewczyna rzuciła się do ucieczki. Mknęła po zboczu, słysząc za sobą stukot kopyt i pokrzykiwanie Pana. Ufała, że znajdzie opiekę przed zagniewanym bożkiem, kiedy tylko dobiegnie do Glaukona, i nie zawiodła się. Czekał na nią jak zawsze, pilnując powierzonego mu stada. Aglaja zdyszana padła mu w ramiona, a zaraz za nią nadbiegł dziwaczny bożek Pan.

Ale Glaukon nie uląkł się, bo wiedział, że jest to bóg pasterzy i nie może odmówić żadnej ich prośbie. Błagał więc Pana, ażeby nie straszył jego narzeczonej i w końcu Pan musiał odejść, pomrukując gniewnie.

— Powiedz mi, moja śliczna Aglajo, dlaczego przybiegł tu za tobą? — zapytał Glaukon z czułością.

Dziewczyna opowiedziała mu całą historię.

—Gdzie schowałaś ten lśniący kamyk, a może zgubiłaś go uciekając? — pytał zaciekawiony chłopiec.

Nie, nie zgubiła go. Z całym kobiecym sprytem włożyła go sobie do ust, a teraz trzymała między wargami, gdzie lśnił i jarzył się kusząco.

— Weź go ode mnie sam — szepnęła.

Ale jak miał to zrobić? Trzymał dziewczynę w ramionach. Bał się, że kiedy ją puści, Aglaja upadnie, tak była słaba i drżąca. I wtedy przyszło mu na myśl, żeby odebrać ten kamyk własnymi ustami. Pochylił się nad nią, aż jego wargi dotknęły lekko warg dziewczyny. Uczucie było tak miłe i nowe dla obojga, że zapomnieli o kamyku i o groźnej postaci podstępnego bożka Pana. I tak wynalezione zostały pocałunki.