Oceny systemu edukacyjnego niejednokrotnie słyszeliśmy z ust rodziców oraz uczniów. Tym razem swoje zdanie na temat sposobu nauki w polskich szkołach oraz postaw uczniów wyraził jeden z nauczycieli, który ma możliwość obserwowania dzieci z trochę innej niż my rodzice perspektywy. Jego post na Facebooku zdobył 17 tysięcy polubień! Nie dziwi nas to…



Udają, że mogą umieć wszystko bardzo dobrze

Z własnego doświadczenia wiem, że już na etapie 3 klasy szkoły podstawowej okazuje się, iż ilość przerabianego przez dzieci materiału jest zatrważająca. Dla dzieci i dla nas rodziców również. 3 kartkówki i 1 klasówka w tygodniu. Nowa lektura co dwa tygodnie. Codziennie co najmniej 1 godzina poświęcona na odrabianie pisemnej pracy domowej. Gdzie czas na pasje, zajęcia pozalekcyjne i… odpoczynek?

Sytuacja nie wygląda źle, jeśli jedno z rodziców nie pracuje i może odebrać dziecko ze szkoły wcześniej. Jeśli jednak uczeń zostaje na świetlicy do 17:00, po powrocie do domu jest zmęczony, a czeka go dalsze ślęczenie nad książkami. Odrabianie lekcji jest machinalne i nastawione na „wykonanie zadania”. Co mają powiedzieć uczniowie 7 i 8 klas, którzy mają po 8-9 lekcji dziennie, a w domu muszą z powrotem usiąść do nauki? Gdzie tu miejsce na frajdę ze zdobywania wiedzy? Możliwość poszerzania horyzontów poprzez wizytę w muzeum, kinie czy doświadczenia przeprowadzone samodzielnie w domu lub szkole?

Powstaje błędne koło reguły 3 razy Z

Udają, że uczą się wszystkiego, udają, że wszystko ich interesuje, udają, że mogą umieć wszystko bardzo dobrze. Powstaje błędne koło reguły 3 razy Z i permanentny brak czasu na pasje tak szkolne, jak i te nieoceniane pozaszkolne. Nauka jest powierzchowna mimo otrzymywanych 6. – pisze w swoim piśmie do Ministerstwa Oświaty pan Marcin Stiburski.

źródło: profil na Facebooku Marcin Stiburski

Zanim pan Marcin zdecydował się na wysłanie pisma przedstawiającego sytuację uczniów w polskich szkołach, zamieścił post na Facebooku. Jego obserwacje poczynione podczas pierwszego roku pracy w szkole w charakterze nauczyciela fizyki wzbudziły żywą reakcję 17 tysięcy osób. Niemal 14,5 tys. użytkowników portalu zdecydowało się udostępnić post. Dlaczego? Bo dotyczy tego, z czym mierzymy się codziennie w polskich szkołach!

Po ukończonej fizyce na uniwersytecie zajmowałem się przez dwadzieścia lat zagadnieniami technicznym. – pisze pan Marcin Stiburski na swoim profilu na Facebooku – W tym roku poproszono mnie, abym wypełnił wakat nauczyciela fizyki w szkole podstawowej na kilka godzin w tygodniu.
Jako człowiek z zewnątrz systemu edukacyjnego, zaobserwowałem jedno, w mojej ocenie, niepokojące zjawisko, które być może umyka pedagogom, którzy latami pracują w systemie edukacji.

Uczniowie nie są zainteresowani poszczególnymi przedmiotami, a jedynie możliwymi do uzyskania dobrymi ocenami z tych przedmiotów. Nie mają w sobie ciekawości, charakterystycznej dla dzieci przedszkolnych, a jedynie ambicję uzyskania dobrej oceny i tzw. czerwonego paska. Nie interesuje ich wiedza wynikająca z ciekawości, a jedynie dobra ocena. Mają całkowicie stłumione pasje. Nie potrafią już zadawać pytań jak? gdzie? kiedy? dlaczego?

Oczywiście uczniowie realizują potrzeby swoich rodziców, a te wynikają z chłodnej kalkulacji powstałej w wyniku dostosowania zachowań do systemu edukacyjnego.

Główny problemem, na który chcę tu zwrócić uwagę jest to, że podczas kwalifikacji na kolejne progi edukacyjne, brana jest pod uwagę średnia ocen.
To powoduje, że rodzice i później uczniowie chcą mieć 6 od góry do dołu, aby uzyskać kilka punktów więcej w systemie klasyfikacji. Nie koncentrują się na 2-3 przedmiotach będących realną pasją, każdego człowieka.
Udają, że uczą się wszystkiego, udają że wszystko ich interesuje, udają, że mogą umieć bardzo dobrze wszystko.
Powstaje błędne koło reguły 3 razy Z i permanentny brak czasu na pasje tak szkolne, jak i te nieoceniane pozaszkolne.

Na koniec należy także wspomnieć o samych szkołach, które obsesyjnie walczą o pierwsze miejsca w międzyszkolnych rankingach, opartych o średnią z ocen uczniów.
O szkołach, które potrafią pozbyć się słabo ocenianego ucznia, gdyż zaniżałby on ocenę szkoły w tych rankingach.
Mamy tu obraz szkoły-korporacji, gdzie liczy się wyłącznie cyfra, a nie człowiek i jego pasja.

 

Nie kreujmy kolejnych Leonardów Da Vinci!

Zarówno my rodzice, jak i nasze dzieci codziennie stajemy przed dylematem: które elementy programu są pożyteczne i należałoby się na nich skupić? Jak kładąc nacisk na rzeczy ważne nie narobić sobie zaległości, które mogłyby być przyczyną problemów z przyswajaniem wiedzy w przyszłości? I czy skupiając się na tym, co faktycznie interesuje dziecko i mając dostateczne oceny z pozostałych przedmiotów nie pozbawiamy naszych dzieci szans na dobre liceum, a potem studia? Czy nie chcąc przeciążać ich nikomu do niczego nie potrzebną wiedzą nie zamykamy im jakiejś drogi, którą być może chciałyby obrać w przyszłości?



Zmieniający się z roku na rok rynek pracy pokazuje nam, że przyszłością są ludzie ukierunkowani na stosunkowo wąską dziedzinę. Nasz system edukacji idzie w zupełnie inną stronę. Być może rozwiązaniem problemu byłoby zapewnienie uczniom „szwedzkiego stołu”: możliwości zdobycia wiedzy na każdym polu, ale bez ambicji wykreowania kolejnych Leonadów Da Vinci czy Michałów Aniołów – ludzi wszechstronnie uzdolnionych i spełniających się na wielu płaszczyznach. Większości uczniów wystarczy bycie dobrym lekarzem, prawnikiem, programistą czy elektrykiem. Pozwólmy im być mistrzami jednej dziedziny i nie zmuszajmy poprzez presję średniej podczas rekrutacji do liceów do nauki wszystkiego.

A Wy? Uważacie, że ograniczenie do średniej z wybranych przedmiotów podczas naboru do szkół pozwoliłoby wielu uczniom odetchnąć z ulgą i z większym entuzjazmem zdobywać wiedzę?

[Zdjęcie główne: Depositphotos]