Znacie to uczucie, prawda? Ten moment, kiedy serce na ułamek sekundy zamiera, a w głowie pojawia się tylko jedna, nerwowa myśl.
Stok narciarski. Mroźny, ale przepiękny, słoneczny poranek. Zegarek pokazywał minus siedem stopni, słońce pięknie odbijało się od śniegu, a moja najmłodsza córka, przypominająca w swoim kombinezonie uroczego ludzika Michelin, właśnie ustawia narty w swój pierwszy w życiu „pług”. Babcia już czeka na relację wideo, żona uśmiecha się z dumą, a ja… ja nerwowo klepię się po kieszeniach. Wyciągam telefon, żeby uwiecznić ten historyczny, wyczekany moment, i widzę tylko czarny ekran. Bateria, która jeszcze przy śniadaniu pokazywała 40%, na mrozie po prostu skapitulowała.
Jak to możliwe? Wieczorem rzuciłem telefon na szafkę nocną, na bezprzewodową ładowarkę. Słowo klucz: „rzuciłem”. Przesunął się o milimetr, nie załapał styku i obudziłem się z niemal pustą baterią. Sytuację komplikował fakt, o którym wiedziałem od miesiąca, ale ignorowałem: gniazdo Lightning w moim telefonie wyzionęło ducha. Działało tylko ładowanie indukcyjne. Jakiekolwiek podpięcie się kablem w barze na stoku po prostu nie wchodziło w grę.
Byłem o krok od kapitulacji i już układałem w głowie przeprosiny dla babci. I wtedy przypomniałem sobie, że na dno plecaka, wrzuciłem małe pudełko. Powerbank, który dostałem do testów (wtedy jeszcze nie planowałem go testować).

Kiedy technologia ratuje wspomnienia (i skórę)
Tym urządzeniem był Baseus PicoGo AM61. Wyciągnąłem go zmarzniętymi palcami i po prostu przyłożyłem do pleców telefonu. Klik. Magnes chwycił natychmiast.
Dla mnie, w tamtym momencie, to była czysta magia, ale z technicznego punktu widzenia to po prostu świetnie zaprojektowane bezprzewodowe ładowanie 25W w standardzie Qi2.2. W przeciwieństwie do mojej domowej ładowarki, Baseus gwarantuje precyzyjne dopasowanie magnetyczne (z tolerancją do ±0,5 mm). Dlaczego to takie ważne dla rodzica na mrozie? Bo idealne dopasowanie oznacza minimalne straty energii. Telefon dostał błyskawiczny zastrzyk prądu, a ja zdążyłem nagrać, jak moja córka z dumą pokonuje swoje pierwsze dwadzieścia metrów na deskach.
Jeden gadżet, by naładować je wszystkie
Pół godziny później siedzieliśmy w drewnianej karczmie na stoku, grzejąc ręce o kubki z gorącą czekoladą.
Mój też pada, masz jakiś kabel? Zapytała żona, patrząc na swój telefon z wejściem USB-C.
Gdybym miał klasyczny powerbank, pewnie musiałbym wybebeszyć cały plecak w poszukiwaniu odpowiedniego przewodu. Ale Baseus PicoGo to genialna, kompaktowa konstrukcja all-in-one. Nie musisz pamiętać o kablach, bo wbudowany kabel USB-C o mocy 45W jest zawsze na miejscu. Wystarczyło go wysunąć i podpiąć.

Fakt, że tak potężna moc i pojemność (10000 mAh) zmieściły się w tak małym urządzeniu, które bez problemu chowa się w dłoni, to zasługa zaawansowanych podzespołów. Baseus to w końcu lider technologii GaN (azotku galu) i szybkiego ładowania. Dzięki temu urządzenie się nie nagrzewa i jest lżejsze – a każdy rodzic wie, że w plecaku i tak nosimy już pół domu, więc każdy zaoszczędzony gram jest na wagę złota.
Spokój ducha w kieszeni kurtki
Kiedy wychodziliśmy z powrotem na śnieg, wrzuciłem powerbank do kieszeni kurtki, w której nosiłem też klucze do samochodu. Zrobiłem to bez namysłu, ale potem dotarło do mnie, że w przypadku tanich urządzeń indukcyjnych to proszenie się o kłopoty. Baseus PicoGo posiada jednak system FOD (Foreign Object Detection). Jeśli między powerbankiem a telefonem znajdzie się np. moneta czy klucze, urządzenie automatycznie odetnie zasilanie. Pełna ochrona sprzętu i, co ważniejsze, brak ryzyka poparzenia czy spięcia.
To nie jest tekst o gadżecie. To tekst o komforcie
Siedząc wieczorem w hotelu, patrzyłem na tego małego, czarnego klocka. Złapałem się na krótkiej refleksji: co by było, gdybym go nie miał? Nie chodzi o panikę, nikt nie zgubiłby się w lawinie. Ale nie miałbym tego bezcennego nagrania córki. Gdybyśmy z żoną rozdzielili się na stoku, żeby pojeździć na różnych trasach, nie mielibyśmy ze sobą kontaktu, bo mój telefon byłby martwy. Gdyby – odpukać – zdarzył się niegroźny wypadek i trzeba było zadzwonić do instruktora, byłbym zdany na innych.
Jako rodzice inwestujemy w bezpieczne foteliki, certyfikowane kaski i ciepłe ubrania. Często zapominamy, że w dzisiejszych czasach naładowany telefon to nasz podstawowy łącznik ze światem, nasza mapa i nasz aparat fotograficzny.
Powerbank Baseus PicoGo AM61 Qi2.2 nie jest dla mnie kolejnym technologicznym gadżetem. Stał się moim absolutnym niezbędnikiem, czymś, co pakuję do plecaka równie odruchowo, co chusteczki nawilżane czy plastry. Bo w byciu rodzicem chodzi o to, żeby być przygotowanym na niespodzianki – te małe i te duże – i móc skupić się na tym, co naprawdę ważne. Na przykład na uśmiechu dziecka, które właśnie odkryło, że potrafi zjechać z górki i się nie przewrócić.
Dla kogo jest ten powerbank?
- Dla rodziców, którzy mają dość noszenia poplątanych kabli (wbudowany kabel USB-C rozwiązuje problem).
- Dla wszystkich, którzy cenią kompaktowy sprzęt, który ratuje sytuację, gdy telefon domaga się prądu w najmniej oczekiwanym momencie.

Baseus PicoGo AM61 Qi2.2
jest dostępny w cenie 199,00 zł


