Po ostatnich dwóch luźniejszych tematach czas przejść do czegoś bardziej poważnego. Pozostaniemy jednak w temacie wagi. Tym razem jednak nie będzie o wadze niemowlaka.
Ciąża i poród to ogromna zmiana nie tylko w kobiecej psychice, ale także w jej ciele. Zmiany psychiczne czasem ciężko dostrzec, zupełnie inaczej jest z tymi fizycznymi.

 

Do refleksji na ten temat oraz do napisania wpisu skłoniły mnie trzy, a w zasadzie cztery rzeczy:

  1. Na Instagramie trafiłem na zdjęcie dziewczyny sprzed ciąży i strasznie smutny opis o tym jak walczy z samą sobą, żeby do tego stanu wrócić. Niestety nie mogę już odkopać tego zdjęcia, a chciałem go Wam pokazać.
  2. W serwisie edziecko.pl przeczytałem artykuł o Annie Ogier-Bloomer, która fotografuje trudną stronę macierzyństwa.
  3. Znajoma podczas rozmowy o Annie Ogier-Bloomer przywołała dawny artykuł Agnieszki Jucewicz z Wysokich Obcasów z odważną sesją zdjęciową Zosi Ziji.
    Znajoma stwierdziła, że super są tego typu teksty i sesje. Dzięki nim oglądanie celebrytek, które tydzień po ciąży wyglądają bardziej seksownie niż przed staje się mniej frustrujące.
  4. Instagramowe konta MILFów pokroju Sary Stagektóre są zupełną odwrotnością tego co pokazuje na swoich zdjęciach Annie i znacząco odbiegają także od zdjęć Zosi.

 

Jak to z tym ciałem (a raczej ciałami) było po ciąży u nas?

Zanim przejdziemy do powyższych kwestii słów kilka o nas. W końcu to blog, a ten z natury powinien być osobisty.

Waga Sylwii przy wzroście 173 cm:

  • przed ciążą: 62 kg,
  • w listopadzie przed samym porodem: 78 kg,
  • tydzień po porodzie: 68 kg,
  • a teraz: 72 kg.

Waga po ciąży
Gorzej było ze mną.
Zanim Sylwia zaszła w ciążę pracowała od 7:00, a ja od 9:00. Woziłem ją do pracy i codziennie 1,5 godziny spędzałem na siłowni.
Gdy S. przeszła na L4 w czasie ciąży to za nic nie mogłem się zmusić do wstawania o 7:00. Później zmieniłem pracę i sam zacząłem pracować od 7:00. Siłownia poszła w odstawkę. Jedyną aktywnością pozostał dojazd do pracy na rowerze.
To natomiast porzuciłem po narodzinach córki. Szkoda mi spędzać poza domem 10, zamiast 8,5 godziny dziennie.

Jak możecie się domyślić moja waga szybko poszybowała w górę. ;(

 

Zapędziliśmy się z Sylwią trochę w kozi róg. Kiedyś motywowaliśmy się nawzajem. Teraz nie dość, że brak nam na wszystko czasu, to jeszcze brakuje przełamania się.

Jako, że ja mam mniej obowiązków w domu to planuję zrobić pierwszy krok 🙂
Mam nadzieję, że Sylwia pójdzie za mną.

 


Wróćmy jednak do tematów, które chciałem Wam przywołać.

 

Anna Ogier-Bloomer i jej trudna strona macierzyństwa

Anna Ogier-Bloomer to nowojorska artystka, która postanowiła pokazać każdą, nawet tę najciemniejszą stronę macierzyństwa. Pogryzione sutki, karmienie dziecka w toalecie, podrapana szyja. To tylko niektóre z kadrów uwiecznionych przez Annę.

Jedni widząc te zdjęcia popadli w zachwyt – inni uważają to za skrajność, a nawet jawne zaniedbanie.

Artystka w wywiadach nie użala się nad sobą i nie manifestuje nienawiści do swojego dziecka (co ostatnio stało się modne, zwłaszcza wśród parentingowych blogerów w Stanach).

Wręcz przeciwnie:

Niesamowite jest to, że ból i cierpienie, w tym przypadku, daje też radości. To właśnie jest w macierzyństwie niesamowite.
Anna Ogier-Bloomer

 

Czy ten ból na zdjęciach Anny jest przerysowany? Musicie ocenić sami.

matka karmi piersią na kiblu

fot: Anna Ogier-Bloomer


 

Więcej informacji o Annie znajdziecie w artykule na edziecko.pl, który podlinkowałem na początku wpisu.
Jej zdjęcia natomiast można obejrzeć tutaj (sesja LETDOWN).
A tutaj link do jej profilu na Instagramie.

 

Artykuł na edziecku miał szokować.
Jego tytuł na stronie głównej zawierał dopisek „uwaga, niektóre zdjęcia mocne”.
Wyszło na to, że tytuł z tego wszystkiego zszokował najmocniej.
Same zdjęcia także nie pozostały czytelnikom obojętne.
W komentarzach pod artykułem rozpoczęła się burza.

Moje myśli na dłuższą chwilę zaprzątnął fragment tytułu: „Mężczyznom się nie podoba”.

To prawda – mi się nie podoba. Od strony technicznej na pewno, ale rozumiem ideę idącą za taką formą wyrazu. I nie chodzi mi o to, że zdjęcia nie są wysłodzone jak te na moim blogu (taką koncepcję przyjąłem). Jak zobaczycie na końcu tego artykułu: da się zrobić zdjęcia ciekawe, kreatywne, technicznie dopracowane, a zarazem pokazujące trudny temat.

Matka podrapana przez noworodka

fot: Anna Ogier-Bloomer


 

Jako osoba mocno zakorzeniona w branży internetowej wiem, że ludzie są w stanie zrobić wszystko, żeby zaistnieć w sieci. I taki był mój pierwszy odbiór tych zdjęć: „przesadzone”, „przerysowane”, „robienie szumu swoim cierpieniem”.

I wtedy zacząłem rozmawiać na ten temat z Sylwią, a także ze znajomą z pracy (matka dwójki dzieci).
Dopiero po tych rozmowach zrozumiałem, że nawet jeśli zdjęcia Anny są robione „pod publikę” i pokazują skrajności to mogą jednocześnie czynić dobro. Budując pewność siebie u innych, którym nie wszystko idzie z górki.

Nagle te zdjęcia zaczęły mi się podobać. A raczej trochę przestały mi się nie podobać. Nadal uważam, że co innego nie móc się ogarnąć po porodzie, a co innego dwa lata po nim (a dziecko ze zdjęć jest w takim wieku).
Z komentarzy pod wpisem na edziecku wynika, że nie jestem jedynym mężczyzną, który tak te zdjęcia odbiera.

Niektórzy bardziej lub mniej przywiązują wagę do formy:

Ktoś porobił brzydkie zdjęcia, bo nie potrafi robić zdjęć i od razu wielkie halo. Mocne po byku…

 

Tu nie ma mocnych zdjęć, choć niektóre są zwyczajnie brzydkie. Mówię o zdjęciach, a nie o modelach.

 

Innym ta forma się podoba:

Kobieta w czasie macieżyństwa ukazuje swoje najlepsze oblicze. Pierwsze zdjęcie pokazuje piękno macierzyństwa. Co w tym może się nie podobać.

 

 

Noworodek na brzuchu mamy

fot: Anna Ogier-Bloomer


 

Ciężko mieć jednoznaczną opinię na ten temat. Ja miałem straszne wyrzuty moralne gdy zaczynałem tworzyć tego bloga. Nie chciałem tu pokazywać Zuzi, narażając ją na utratę intymności. Ostatecznie zdjęcia tu trafiają, bo blog stał się jednocześnie pamiętnikiem i pamiątką.

Na tak mocne zdjęcia jak Anny jednak nigdy bym się nie odważył.

A Ty jak odbierasz zdjęcia Anny? Potrzebne czy niepotrzebne? Przerysowane czy pokazujące 100% prawdy?

 


Przestylowane mamuśki

Jeśli zdjęcia Anny w sposób skrajny pokazują ciemną stronę macierzyństwa to odwortnością do nich z pewnością są konta na instagramie takie jak to Sary Stage.

„Piękne”, wysportowane, wystylizowane.

Przez jednych podziwiane, przez innych nienawidzone.

 

O nich także trudno wyrobić sobie jednoznaczną opinię.
Widać po zdjęciach, że mnóstwo czasu poświęcają zarówno sobie, jak i samym zdjęciom, które publikują.
Ciężko stwierdzić czy wszystko robią same czy stoi za nimi sztab stylistów, fotografów i opiekunów.

 

Zdziwiłybyście się ile osób pracuje nad jednym z bardziej popularnych blogów modowych w Polsce.
Blogi powoli przeradzają się w małe korporacje.

Jeśli te instagramowe mamuśki ogarniają to wszystko same to CZAPKI Z GŁÓW.
Jeśli stoi za tym sztab ludzi to zwyczajnie piorą mózgi biednym matkom.
Warto stawiać sobie poprzeczki jak najwyżej, ale mierząc siły na zamiary.

Ja obserwując Sylwię wiem, że nie ma w dobie tylu godzin, żeby zajęła się Zuzią (ta akurat lubi być w centrum uwagi), posprzątała mieszkanie, uprała, uprasowała i jeszcze ogarnęła psa.
Podziwiam ją bardzo mocno, że daje sobie radę sama. Bez pomocy mamy, teściowej czy innych opiekunek.

Fizycznie jest niemożliwe upchnięcie w tym zamieszaniu: zakupów, makijażu, fryzury, sesji foto.
A przecież najpopularniejsze instamatki i blogerki publikują wystrzałowe zdjęcia prawie codziennie.

 

 

I jak tu nie zwariować? Widząc takie skrajności?
Osobiście będąc kobietą po ciąży wolałbym się inspirować stylowymi, wysportowanymi mamami. Jednak brak czasu na 30% tego co one robią mocno by mnie frustrował.

Z drugiej strony oglądanie zdjęć podrapanej Anny także nie napawa optymizmem. Owszem ból może być przyjemny, a uśmiech dziecka wynagradza baaaardzo dużo. Można go jednak uniknąć lub przynajmniej zmniejszyć jego ilość (obcięcie paznokci dziecku to nie rocket science, a te rany wyglądają groźnie).

Może zwyczajnie, jak we wszystkim warto znaleźć złoty środek?
Próbować w miarę możliwości dbać o siebie, myśleć „poza pudełkiem” i prostować pewne trudności macierzyństwa?

 

Nie wiem jak się na to zapatrują inni tatusiowie, ale z mojego punktu widzenia:

  • Nie musisz miesiąc po porodzie mieć figury Lewandowskiej. Ważne, żebyś miała świadomość, że warto dążyć do zdrowego/wysportowanego ciała. Wpłynie to zarówno na Twoje samopoczucie, jak również samopoczucie dziecka.
  • Zaakceptuj swoją czasową obecność w „obcym ciele”. Im bardziej się sfrustrujesz tym trudniej Ci będzie wrócić na właściwe tory.
  • Nie krępuj się poprosić o pomoc tatusia. Wątpię, żeby którykolwiek odmówił pytaniu: „Kochanie posiedzisz dwie godziny z dzieckiem? Lecę na siłownię robić pośladki.

 


 

Na koniec sprawdźcie jeszcze zdjęcia matek wykonane do artykułu w Wysokich Obcasach.
Podziwiam kobiety, że zdecydowały się na te zdjęcia. Kobiety na nich wyglądają naturalnie. Nie są przesadnie zaniedbane, ale też nie błyszczą jak te z instagrama.

 

Czy to jest ten złoty środek? Oceńcie sami:

Figura po ciąży

fot. Zozia Zija

 

Biust po ciąży

fot. Zozia Zija

Brzuch po ciąży

fot. Zozia Zija

 


 

Na koniec apel do tatusiów (chociaż widzę po statystykach, że zbyt dużo ich tu nie zagląda):

Akceptujcie i kochajcie swoje partnerki!
Pamiętajcie, że to one wynosiły pod sercem tego małego diabełka, który teraz gryzie im sutki, drapie i nie daje odetchnąć. Ten sam diabełek mam nadzieję przewrócił Wasz świat do góry nogami i nadał mu nowy sens.
Czymże przy tym jest parę rozstępów i kilka kilogramów nadwagi?

 

A dla mam informacja:

Dramat po ciąży