DLA CIEBIE KRUSZYNKO

Postów wyświetlanych: 15 - od 1 do 15 (wszystkich: 16)
  • Autor
    Wpisy
  • #20206

    gacka

    03. 07. 2003 r.

    To pierwszy wpis w pamiętniku, który postanawiam prowadzić sobie na tym forum (po części chcę zaspokoić swoją potrzebę wygadania się, a po części dla tego, by móc kiedyś pokazać to mojemu dziecku).
    Mojego męża poznałam 9 lat temu. Po 2 latach znajomości pierwszy raz się kochaliśmy. Po tym cudownym przeżyciu postanowiłam pójść do gina. Szłam z paniką w oczach. Bałam się, że gin mi powie, że jestem w ciąży, a nie chciałam wówczas tego usłyszeć, bo miałam takie plany na przyszłość (podjęłam studia i chciałam je skończyć). Okazało się, że pani doktor potraktowała mnie bardzo źle. Nie tego się spodziwałam podaczas swojej pierwszej wizyty u gina (tak pięknie w czasopismach opisywano przebieg wizyty młodej kobietki u ginekologa i ja w to wierzyłam). Jak bardzo się myliłam:( W ciąży nie byłam. Kamień spadł mi z serca. Później już się zabezpieczaliśmy (przez krótki okres brałam hormonki, ale mi nie służyły) więc je odstawiła. Zaufaliśmy prezerwatywkom (chociaż 2 razy nas zawiodła:). Skończyłam studia, podjęlam pracę. Moje życie ustabilizowało się. Zaczęłam coraz częściej myśleć o ślubie, a przede wszystkim o kruszynce. Nasi znajomi zaliczyli tzw. wpadkę. Jak bardzo się zdziwiliśmy, gdy okazało się, że będą mieli bliźniaki. Koleżanka urodziła 2 wspaniałych chłopców. Gdy ich zobaczyłam coś we mnie drgnęło. Coś, co nazywają instynktem macieżyńskim, a ja czułam przypływ wspaniałych uczuć, które ciężko opisać. Zapragnęłam mieć swoją kruszynkę. Zdałam sobie sprawę z tego cudu. Wcześniej zachwycałam się niemowlakami, ale wówczas moje uczucia różniły się od tych wcześniejszych. Też chciałam być mamą. Coraz częściej porusałam ten temat z moim facetem. On przyjął postawę pasywną. Takie rozmowy prowadziły donikąd, kończyły się kłótnia. Starałam sobie póxniej tłumaczyć, że mężczyźnie jest trudniej, że oni nie mają takich silnych potrzeb posiadania dziecka, bo to nie oni przez 9 miesięcy noszą je pod swoim sercem, nie oni rodzą. Taka już jest natura. Na początku sądziłam, że kiedyś to się zmieni, że przyjdzie taki czas, że i on poczuje to co ja (chociaż w małym stopniu). Jak bardzo sie myliłam? Kolejne lata naszego życia trochę się zmieniły na gorsze. Zainwestowaliśmy duże pieniążki w nasz domek, później mój facet stracił pracę, więc o dziecku nie było mowy. Nadarzyła się okazja (wówczas wydawało mi się, że to strzał w dziesiątkę). Zainwestowaliśmy olbrzymią kasę w interes, który niestety nie wypalił. Wzięliśmy kredyty i nasza sytuacja materialna drastycznie się pogorszyła. A czas biegł nieubłaganie… Mój organizm coraz częściej mi przypominał, że jestem kobietą, że mój zegar bije…
    Podjęłam kilka kolejnych prób rozmów z moim facetem. I znowu mur, kłótnie, niezrozumienie. Żadne z przedstawianych argumentów nie były w stanie przekonać mojego faceta (począwszy od uświadamiania mu, że z roku na rok będzie nam trudniej z zajściem w ciążę, poprzez wyliczanie ewentualnych kosztów związanych z leczeniem w przypadku, gdy się okaże, że mamy problemy z płodnością, kończąc na wyrażaniu moich uczuć i potrzb, których on niestety nie brał pod uwagę – bolałao mnie to, że nie liczy się z moimi odczuciami i potrzebami).
    Postanowiłam poczekać, dać jeszcze trochę czasu. 2 miesiące temu wzięliśmy ślub. Od tego czasu nie poruszyłam tematu ciąży, bo mówiąc szczerze boję się. A boję się usłyszeć, że jeszcze nie teraz, że jeszcze nas nie stać, że zachowuję się jak rozkapryszone dziecko, które musi mieć wszystko to, co sobie ubzdura. Nie chcę już tego słuchać, bo tak nie jest, a nie potrafię już bronić się. Ja nie kapryszę. Mam świadomość, że dziecko kosztuje, że mamy ciężką sytuację finanswoą itd. Rozumiem to doskonale. Ale nie potrafię się pogodzić z tym, że nie dalibyśmy rady. Są przypadki skrajnej biedy, gdzie nie ma co do garnka włożyć, a kobieta decyduje się urodzić dziecko, bo skoro gotuje dla 3 osób, to 4 też się naje. Ja wychodzę z założenia, że jak przyjdzie czas, będzie rada. A mój mąż nie. On myśli racjonalnie, a mam także wrażenie, że myśli też tylko o sobie:( Nie liczy się ze mną, z moimi potrzebami. To boli, bardzo boli.
    Jako młoda dziewczyna marzyłam o tym, że dziecko będzie wynikiem naszych wspólnych starań, że będzie owocem naszej miłości i będzie chciane tak samo przeze mnie jak i przez męża. A tak nie jest. Nie czuję, by mój mąż chciał mieć małą kruszynkę, chociaż wiem, że byłby wspaniałym, kochającym ojcem. Boi się. Ale czego? Odpowiedzialności, tego, że będzie musiał zrezygnować z dotychczasowego życia, pogłębienia naszych problemów finansowych? Można wytłumaczyć to racjoanlnie, ale gdzie serce? Gdzie spełnianie się w roli matki, ojca? Czy można żyć bez zapenienia sobie komfortu spełnienia się w życiu? Ja nie potrafię. Nic nie jest w stanie zastąpić mi tej potrzeby (żadna praca, żadne pieniądze, po prostu NIC).
    W marcu tego roku moja bratowa urodziła córeczkę – Kasiunię. Poza problemami okołoporodowymi (mała urodziła sie w zamartwicy) dziś (pomimo wielkiego ryzyka konsekwencji na przyszłość takiego porodu) jest wspaniałą prawie 4 – miesięczną Smurfetką. Znalazałam w niej możliwość „wyładowania” swoich potrzeb (Boże, jak to śmiesznie brzmi:). Zastępuje mi ona moje dziecko. Oddałam się jej w całości, bardzo ją kocham, uwielbiam. Szkoda tylko, że mieszka tak daleko ode mnie (250 km) więc nie mogę jej widywać na co dzień. Ale każde spotkanie z nią staram się wykorzystać maksymalnie. Boże – jakie to wspaniałe uczucie trzymać ją na rękach, przytulać, całować, mówić do niej, trzymać za rękę, patrzeć na nią jak śpi. Jak bardzo mi tego brakuje.
    Mój mąż patrzy na to z obojętnością (takie mam wrażenie). Sądze, że on myśli, że zwariowałam, że dziwi się, iż można tak oszaleć na punkcie dziecka. On nigdy tego nie zrozumie?
    Dobija mnie także fakt, iż wszyscy nasi znajomi mają już dzieci, bądź niedługo staną się rodzicami (2 nasze koleżanki są w ciąży i mają termin porodu na wrzesień). Tak naprwdę tylko my zostaliśmy na końcu. To też mnie boli. Mam też wrażenie, że niedługo dojdzie do takiej sytuacji, że nie będę miała o czym z nimi rozmawiać. Oni będą mówić o swoich kruszynkach, o problemach z noworodkiem, pieluchach, kupkach itp. sprawach, a ja…? Co ja będę mogę powiedzieć? Jak będe miała z nimi rozmawiać, kiedy w głębi duszy będę im strasznie tego zazdrościła (brzydkie to uczucie, ale wiem, że tak będzie). Zostaniemy sami…Sami z problemami, o których nie umiemy rozmawiać.
    A czas biegnie…
    Mam 27 lat. Teraz to już raczej z górki… Będzie mi coraz trudniej. Poza tym boję się, że nie będzie nam łatwo z zajściem w ciążę. Mam wrażenie, że toczy mnie jakaś choroba (nie ma żadnych oznak, ale tak czuję). Kilka razy kochaliśmy się w dniach, które w/g moich obliczeń mogły być płodne, ale dzidzi nie ma. Zaczynam się niepokoić.
    Postanowiłam w przyszłym tygodniu pójść do gina i z nim o moich obawach porozmawiać, zacząć się leczyć (o ile będzie taka potrzeba) i niestety musze zdać się na los. Może przypadkiem (ja świadomie, ale mąż raczej nie) uda mi się zajść w upragnioną ciążę. Ale ja nie chce przypadku… Nie zniosę myśli, że przygotowujac się do oznajmienia mojemu mężowi, że zostanie tatusiem, będę czuła się jak nastolatka, która musi oznajmić to swoim rodzicom i bardzo się boi ich reakcji. Boże, jakie to banalne…, ale jak boli….
    Teraz czekam na małpę, która ma przyjść 9 lipca. Pewnie przyjdzie (jak znam życie), chociaż co miesiąc po kryjomu liczę, że jednak nie nadejdzie.
    13 lipca jadę do mojej Kasi na chrzciny (będę jej mamą chrzestną – chociaż namiastka tego szczęścia i radość z zobaczenia małej, jej dotknięcia, poczucia jej zapachu, jej ciałka, uśmichu i może w przyszłości doczekania się słów: to jest moja mama…chrzestna).
    Wrócę tu zapewne już niedługo – może jutro, może po wizycie u gina. Napiszę o wynikach badań, o rozmowie z lekarzem. Na dziś kończę i trzymam kciuki za wszystkie sczęsliwe kobietki planujące ciążę wraz z mężami, za wszystkie szczęśliwe „zaciążone” i za wszystkie szczęsliwe mamy.

    03. 07. 2003
    g. 21:44

    gacka

    #281468

    gacka

    Re: DLA CIEBIE KRUSZYNKO

    04. 07. 2003 r. (piątek)

    Jestem tu jdnak dziś. Właśnie przeczytałam kilka pamiętników dziewczyn na tym forum. Jak bardzo jestem zaskoczona, że w kilku z nich znalazłam dokładnie te same slowa, które wczoraj przelewałam na „kartkę”. Widzę, że każda z nas czuje to samo. Chęć posiadania dziecka za wszelką cenę staje się czasami ogromnym bólem (nawet podejrzewam bólem fizycznym, bo ja tak to czasami odczuwam). Każda z tych dziewczyn również walczy z uczuciem zazdrości w stosunku do innych szczęśliwych rodziców (a myślałam, że tylko ja jestem taka wstrętna). Widzę, że nie jestem sama, chociaż tak naprawdę jestem. Ja nie mam wsparcia w mężu, przyszłym ojcu mojej kruszynki. Ten ból noszę sama i jest mi ciężko. Chyba łatwiej jest znosić smak porażki z kochającą osobą, łatwiej jest, mając świadomość, że ktoś obok mnie również przeżywa to, co ja. Tak mi się wydaje.
    Od dziś mam urlop w pracy. Będę leniuchować przez cały tydzień. W piątek jadę do mojej Kasi – już dziś się bardzo cieszę i zaczynam liczyć dni. Zobaczę ją, dotknę, na chwilkę złagodzę swój ból, zapomnę.
    Właśnie się zastanawiam, czy przypadkiem nie popadam w jakąś obsesję. Może niepotrzebnie się zadręczam, może wcale nie jest aż tak źle?
    Ale ja czuję się źle. Chce mi się wyć (to pewnie też z powodu zbliżającej się małpy – huśtawka nastrojów).
    A może nie przyjdzie? Może już mieszkasz we mnie mała Kruszynko?Wiesz, że bardzo Cię pragnę i bardzo Cię potrzebuję. Wołam do Ciebie, wskazuję Ci drogę do mojego serca. Przyjdź – proszę, błagam. Obiecuję, że będzie nam razem dobrze. Słyszysz mnie……………..?
    Na pewno słyszy, tylko czy zechce już teraz przyjść? Myślę sobie, że może coś jest ze mną nie tak. Może nie jest mi dane zostać mamą? Ale dlaczego? Co zrobiłam, czego mi brakuje?
    Jakie to trudne do wyjaśnienia.
    Kurcze – kobieto – trochę optymizmu!!! Już dobrze, już nie będę.
    Boli mnie lewy jajniczek, swędzi mnie prawy cycuszek. Co to znaczy? Jesteś? Dajesz mi sygnały? Pukasz do mojego serca? Zapraszam Cię, jesteś jedynym i najmilszym gościem. Czekałam na Ciebie.
    Może tak jest. A może ja chcę, by tak było, a organizm płata mi figle, bo ja nim steruję? Ale warto czasami się łudzić. To daje energię. Dzięki temu chce mi się żyć, chociaż przez kilka dni w miesiącu, dopóki nie przyjdzie małpa. Potem lekki dołek i kolejna nadzieja. Stale na huśtwace – miło? Czasami.
    Kończę sobie na dziś. Wrócę tu, napewno. Mam teraz dużo czasu dla siebie, będę myśleć, analizować, może zagadam do męża? Brrr…. już na samą myśl trochę się boję. Chyba jednak nie poruszę tego tematu. Zdam się na los…

    04. 07. 2003 r.
    g. 19:44



    #281469

    riiba

    Re: DLA CIEBIE KRUSZYNKO

    Pewnie Cię to nie pocieszy, ale Wiesz, co? Ja też trzymam za Ciebie kciuki w tej wiadomej sprawie:) Wiem, że to żadna pociecha, ale będę o Tobie bardzo ciepło myśleć, Widzę, że małpy się spodziewamy w tym podobnym, niiedługim terminie.
    Duża buźka przesyła kibicująca Ci

    Marysia zwana riibą

    Edited by smoki on 2003/07/07 13:23.

    #281470

    gacka

    Re: DLA CIEBIE KRUSZYNKO 3

    05. 07. 2003 (sobota)

    Zdecydowałam się pisać dziś, ponieważ mój mąż właśnie siedzi sobie w pokoju obok z kolegą (mi się nie chce tam siedzieć, ponieważ forum wydaje mi się ciekwsze).

    Dzisiaj złapałam typowego leniucha. Nic mi się nie chciało robić przez cały dzionek, szlajałam się po domku z kąta w kąt. Ból jajniczka ustąpił, cycuszki nie swędzą :(. Za 4 dni przyjdzie małpa.

    Leżąc na tapczaniku w pokoju, który przeznaczony jest dla Ciebie Kruszynko, oczami wyobraźni widziałam Twoje łóżeczko, Twoje zabawki, kosmetyki, ubranka. Widziałam jak podchodzę do Ciebie jak śpisz i patrzę na Ciebie. Jesteś taka malutka, piękna, taka moja i tylko moja. Jakie piękne to marzenia.

    Myślę sobie teraz, że nie powinnam jednak w przyszłości pokazywać Tobie tego pamiętnika. W końcu dowiedziałabyś się, że na chwilę obecną to tylko ja Ciebie pragnę. A nie chciałabym, byś poczuła się niechciana przez swojego tatę, byś przestała go szanować. Ale Twoja mamusia tak czuje i to przeżywa. Nie ma z kim o tym porozmawiać, bo chyba nawet już nie chce. Wierzę w to, że już niedługo wzejdzie słoneczko i jego promyczki przyniosą uśmiech na moje usta. Bardzo w to wierzę.

    Będę kończyła, bo już dosyć późno. Zerknę jeszcze na forum dla starających się i położę się spać – w Twoim pokoiku.

    Dobranoc Kruszynko

    gacka

    05. 07. 2003 (g. 23:07)

    #281471

    gacka

    Re: DLA CIEBIE KRUSZYNKO

    Dziękuję Tobie Marysiu. Nie wiem dlaczego, ale mam przedziwne wrażenie, że jesteś mi bardzo bliska. Czuję jakieś ciepło płynące od Ciebie, które już niejednokrotnie bardzo mi pomogło i podniosło mnie na duchu. Jestem Tobie bardzo wdzięczna. Liczę na to, że nie doczekamy się małpy – bardzo na to licze i trzymam kciuki.

    Serdeczne dzięki Tobie za wszystko

    Duża buźka

    gacka

    #281472

    gacka

    Re: DLA CIEBIE KRUSZYNKO 4

    09. 07. 2003 r. (środa)

    Już jest późno, ale postanowiłam popisać trochę.

    Dziś sądny dzień – termin nadejścia małpy, ale jej nie ma. Czy się cieszę? Niestety nie, ponieważ mam przeczucie, że i tak przyjdzie. Tak czuję. Chociaż dziś zastanawiałam się, co bym zrobiła, gdybym na teście zobaczyła 2 tłuste krechy? Już miałam wizję tej chwili. Na pewno płakałabym ze szczęścia, nie wiedziałabym co mam ze sobą zrobić, szalałabym z radości. Ale za moment taka myśl – Co ja sobie wyobrażam? To jest niemożliwe. Nie teraz. Dlaczego miałoby tak być? To nie dla mnie. Ach – te hormonki:)

    W niedzielę brat przesłał mi pliki z nagranym głosem Kasi (śmieje się, gaworzy). Jezu – jakie to piękne. W poniedziałek dopełniło się moje szczęście – dostałam na kompa zdjęcia małej. Teraz to już mam ją całą – i widzę i słyszę. Mogłabym tak siedzieć, patrzeć i słuchać w nieskończoność. Jestem bardzo szczęsliwa.

    A dziś? Dziś pokłóciłam się z mężem – o banał (znowu hormonki). Od południa nie gadamy ze sobą. Jest mi z tym ciężko, ale moja duma nie pozwala mi odezwać się pierwszej. Zabrałam się za porządki w domku. Myłam okno i zaobserwowałam piękną scenkę. W bloku obok mojego mieszka rodzina – młode małżeństwo z malutką dzidzią i psem. Czasami widywałam opiekunkę (dziś zastanawiałam się, czy to jest opiekunka, czy ktoś z rodziny), bo widzę, że kobieta jest bardzo zżyta z dzieckiem. Codziennie około godziny 16 widzę ją z małą na dworzu + piesek, który jest dobrą koleżanką mojego psiaka (Jenny). dziś akurat widziałam, jak mała stawia swoje nieporadne kroczki (a jeszcze nie tak dawno jeździła w wózku), a jej opiekunka bardzo się starała, by mała chodziła jak najwięcej – Pani opiekunka to osoba starsza więc pozycja półpionowa na pewno nie jest dla niej przyjemna:). Wiedziałam, że w każdej chwili może podejść mamusia dziewczynki. Czekałam, bo chciałam zobaczyć jak wita się z córką. Boże – jak to cudownie wyglądało. Sprawiała wrażenie, jakby nie widziała małej ze sto lat. Wzięła ją na ręce (przy okazji spdała jej torebka, ale to nie było ważne), wyściskała, wycałowała, podrzucała małą do góry. Piękny widok, naprawdę. Pani opiekunka wsiadła na rower, odjechała, a mama z córką + pies poszły do domku.
    Ja też tak chce. Też chcę cieszyć się z każdej małej chwili bycia razem z moją Kruszynką. Poczekam, wiem, że kiedyś tak będzie. Bardzo w to wierzę.

    A mój mąż? Nie wiem. Już nawet nie zastanawiam się nad nim (może tylko dziś-hormonki). Nie liczę się z jego zdaniem. Nie obchodzi mnie to, że dziecko teraz jest mu nie na rękę. Mam to gdzieś. Dam sobie radę sama, bo tak naprawdę cały czas jestem sama w tych staraniach o Kruszynkę więc w zasadzie nic się nie zmieni. o nie, zmieni się – będzie nas już dwoje, a on sam. Będę miała maleństwo i w dwójkę staniemy na podbój świata, na przekór wszystkim i wszystkiemu. Może już niedługo? Czas pokaże.

    Do Kasi jadę jednak w sobotę wcześnie rano. Jeszcze tylko 3 dni i ją zobaczę. To tak niewiele:)))))))))).

    Kończę na dziś. Aha – postanowiłam iść jutro do gina, ale nie wiem, czy to zrobię. W sumie nie chcę już jutro się dowiedzieć, że nie jestem jednak w ciąży. Wolę żyć w tej nieświadomości i wyczekiwaniu. Boże – a co bym zrobiła, gdyby okazało się, że gin mi powie – Pani jest już w ciąży? Szok!!! Chyba bym go wyściskała z całych sił. Naprawdę. Ale jeszcze zawsze może jutro przyjść małpa – więc już nie będę mogła odwiedzić pana gina.

    Idę jeszcze do dziewczyn starających się.

    09. 07. 2003 r (środa)
    gacka (g. 23:10)



    #281473

    anet

    Re: DLA CIEBIE KRUSZYNKO 4

    bardzo chcialabym zeby Ci sie udalo, ja tez w kwietniu zaczelam starania – mocno trzymam kciuki!!!!!!!!!
    a moze juz sie udalo?
    powodzenia i pozdrowka

    Aneta (17.01.04)+Agniesia (ur 7.07.02)

    Edited by smoki on 2003/07/14 09:41.

    #281474

    gacka

    Re: DLA CIEBIE KRUSZYNKO 4

    Wiesz Anetko – chyba się udało :))) Tak naprawdę – zrobiłam już 2 testy (oba wyszły pozytywne), a dziś (środa) idę do gina na usg. Jestem bardzoooooooo szczęśliwa. Najbardzej na świecie – i tu miłe zaskoczenie – mój mąż także.

    Duża buźka

    gacka i Kruszynka

    #281475

    kzaremba

    O facetach

    Kiedy powiedziałam mojemu Mężowi o drugiej kresce wpadł w szał. Nie było ważne, że jesteśmy małżeństwem od trzech, że mnie stuknęło 28 lat i BARDZO chcę mieć nasze maleństwo. Przez jakiś tydzień może dwa chodził przygnębiony i prawie sie nie odzywał. Oczywiście uważał,że nie damy rady finansowo, a jego kariera naukowa jest przekreślona.
    Dziś jestem w szóstym miesiącu. A mój Mąż- uważa że nasz dzidziuś to najpiękniejszy dar od Boga. Jest szczęśliwy i dumny. A na pierwszym USG, gdy zobaczył naszą małą fasolkę, to popłakał się ze wruszenia. Myślę, że mężczyźni naprawde są z Marsa. A instynkt ojcowski? On chyba pojawia się gdy kobieta zachodzi w ciąże i rośnie razem z dzidziusiem.
    Jestem pewna, że Twoj Mąż, nawet gdyby zareagował tak jak mój, to potem, tak jak mój będzie kochał dziecko bezgranicznie. Napewno niedługo zobaczysz drugą kreską, a wtedy wszystko się ułoży. A wakacje to cudowny czas na powołanie KOGOŚ do życia.
    Życzę Ci tego z całego serca.

    Kasia i Sardynka (30.10.03)

    Edited by smoki on 2003/07/17 09:51.

    #281476

    agusiak

    Re: DLA CIEBIE KRUSZYNKO 4

    Boże, popłakałam się ze wzruszenia i radości.
    Śledzę Twoje starania od początku i trzymałam kciuki. No i udało Ci się !!!!!!!!!!! Gratulacje.

    Agusia ze styczniowym Bąbelkiem

    Edited by smoki on 2003/07/17 20:42.



    #281477

    gacka

    Re: DLA CIEBIE KRUSZYNKO 5

    18. 07. 2003 r. (piątek)

    Boże – ile się wydarzyło od mojego ostatniego wpisu. Ale zacznę od początku.

    W czwartek 10. 07 wracałam od mamy do domku. Przechodziłam obok apteki i postanowiłam zakupić test. Ale nic z tego. Apteka nieczynna z powodu awarii komputerów. Trochę się zdenerwowałam, bo podjęłam ważną dla mnie decyzje, a tu plany pokrzyżowane.

    W piątek – 11. 07 wstałam rano i poszłam do apteki. Poprosiłam o test z dzidzią na opakowaniu, a pani mi mów, że nie ma tych testów, ale ma inne, równie wiarygodne. Kupiłam więc go. Przyszłam do domu i zabrałam się do testowania. Mówiąc szczerze podeszłam do tego tak jak zawsze – na pewno będzie 1 krecha. Po kilku minutach spojrzałam na wynik – i standard (1 krecha). Włożyłam test do pudełka, pudełko do plecaczka i poszłam na zakupy. Po 2 godzinach wracałam do domku i postanowiłam wyrzucić do śmietnika test. Coś mnie jednak tknęło, by spojrzeć w niego jeszcze raz. Zbliżam się do śmietnika, wyjmuję test i co widzę? Drugą bladą krechę:) Nogi mi się ugięły. Stanęłam jak wryta. Zaczęłam szukać klucza do domu. Boże, gdzie on jest? Ręce mi się trzęsą. Stoję pod drzwiami do domu. W jednej ręce trzymam test, a drugą szukam w plecaku nerwowo klucza. No nie ma. Dzwonię do męża. Odrzuca mi rozmowę. Dzwonię za chwilkę znowu. Ledwo opanowuję zdenerwowanie i euforię. Muszę trochę poczekać, bo mąż jest w centrum miasta w banku i trochę potrwa zanim dojedzie. Motam się chodząc pod tym blokiem. Patrzę w ten test i niedowierzam.
    Czytam jeszcze raz instrukcję – jest napisane, że nawet jeżeli jedna z krech jest słabo widoczna, to i tak oznacza to ciążę. Nie wierzę, po prostu w to nie wierzę. Przyjeżdza mąż. Wchodzimy do domu, idziemy z psem na spacer. Ja milczę. Sama w to nie wierzę, bo podejrzewam, że ten test coś zaszwankował. Leżał kilka godzin w moim plecaku i coś się mu pomyliło.
    Wrcamy do domu. Staję w kuchni, otwieram plecak, wyjmuję kartonik, wyjmuję test i daję go do ręki mężowi. Na pytanie – co to jest – mówię test ciążowy. Tłumaczę. Patrzę na rekację i co widzę? Uśmiech – widzę uśmiech radości na ustach mego męża. Widzę też, że stara się tłumić radość, ale mu nie wychodzi. Jego pierwsze słowa – a gdzie my wstawimy łóżeczko? Boże, nie wierzę. Dziś świat mnie zaskakuje. To jest mój mąż? To ten sam, który nie chciał nawet ze mną rozmawiać o dziecku? Jestem mile zaskoczona. Mówię, że nie chcę się jeszcze tak cieszyć, bo nie wiem czy to faktycznie ciąża, czy test się pomylił. Ale już cały dzień mam głowę zaprzątniętą. Postanawiamy, że powtórzę test w poniedziałek.

    W sobotę wstaliśmy o 4 rano, bo jechaliśmy do Warszawy na chrzest Kasiuni. Czułam się jakoś dziwnie. Śpiąca, brakowało mi siły, jakoś tak dziwnie. W niedzielę już było lepiej.

    A Kasiunia – słodka iskierka. To już duża panna. Teraz ma nową zabawę. Odkryła, że ma stópki i usilnie stara się je wcisąć sobie do buźki. W ogóle wszystko co wpadnie w jej rączki wędruje do buźki. Grzechotka, gryzak, wszystko. Mile mnie zaskoczyła, bo nie płakała na mój widok – bałam się tego, bo ona już rozpoznaje ludzi, a mnie na pewno nie pamięta. Przez 2 dni praktycznie nie odstępowałam jej na krok. Nosiłam, gadałam z nią, karmiłam, patrzyłam jak się kąpie, zasypia itd. Jest piękna, słodka, moja chrześniaczka.

    Wracaliśmy w niedzielę w nocy.

    W poniedziałek wstaliśmy około 10. Mąż pojechał z teściem na zakupy, a ja wyskoczyłam do apteki. Tym razem kupiłam już test z dzidziusiem.

    Wynik – po niecałej minucie 2 piękne krechy !!! Ale to akurat już czułam. W ogóle czułam ciążę już wcześniej, ale dopiero teraz wiem, że objawy na nią wskazywały. A ja myślałam, że to przed małpą, albo, że sugestywnie tak odczuwam. A z drugiej strony teraz mogę powiedzieć, że jednak przeczuwalam tę ciążę. Tak jakoś czułam to w sobie. Poza bolącymi cycuszkami, poza lekkimi kłuciami w lewym jajniczku nic więcej nie czułam – no czasami zakręciło mi się w głowie.

    Jestem szczęśliwa, a mój mąż chyba jeszcze bardziej. Naprawdę. Dba o mnie, codziennie kupuje mi świerze owoce, jogurciki, nie każe mi nosić zakupów. Jest po prostu cudowny. Więc czego się bałam?

    Przepraszam Cię Słońce Moje za to, że tak Cię oceniałam. Nie dałeś mi wczesniej podstaw, bym mogła myśleć inaczej, ale teraz już wiem, że pewnie Cię trochę skrzywdziłam. Jesteś naprawdę wspanaiłym facetem, jesteś wspaniałym mężęm, i będziesz wspaniałym tatusiem (a w to akurat ja nigdy nie wątpiłam). Przepraszam Cię bardzo.

    W środę 16.07 byłam u gina. USG wskazało – jest dzidzia, zagnieżdzona prawidłowo (bałam się pozamacicznej), ale nie chciała dać się uchwycić do zmierzenia. Lekarz twierdzi, że to może być 3 tydzień. Posyła mnie na różne badania – krew, grupa krwi, czynnik Rh, mocz. Kontrola – za miesiąc (14. 08). Zapisał mi Duphaston (mówiłam, że wcześniej brałam, ponieważ podejrzewano u mnie niedobór progesteronu) do tego kwas foliowy i witaminkę E. Mówił, że w razie jakiś lekkich bóli mam wziąc no spę. Aha – już chciał mi wypisać zwonienie z pracy :). Nie wzięłam jeszcze teraz, bo wszytsko jest ok, a ja pracuje w prywatnej spółce więc nie mogę sobie pozwolić na nieobecność przez 12 miesięcy.

    Jestem bardzo szczęśliwa. O, taraz mogę już pisać, że jesteśmy szczęśliwi – ja, mój mąż i nasza Kruszynka, która ma przyjść na świat 19 marca 2004 roku. mam przeczucie, że jest to chłopiec – nasz cudowny, słodki, wspaniały synek Kacperek albo Bartuś. Już bardzo go kocham i już nie mogę się doczekać kiedy z nami będzie.

    Kończę, bo jutro idę do pracy (niestety).

    Miłych snów Kruszynko (tu pogłaskałam się po brzuchu).

    Duża buźka

    gacka

    18. 07. 2003 r. (g.23:50)

    #281478

    anet

    Re: DLA CIEBIE KRUSZYNKO 4

    jej!!!!!!!!!!! SUPER!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! GRATULACJE!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

    pozdrawiam cieplutko

    Aneta (17.01.04)+Agniesia (ur 7.07.02)

    Edited by smoki on 2003/08/01 07:34.



    #281479

    amber

    Re: DLA CIEBIE KRUSZYNKO 5

    Gacuniu i doczekałaś się Teraz trzymasz w ramionach swoją śliczną malutką Juleczkę.
    To naprawdę wspaniałe
    Pozdrawiamy!

    Beata i Maciuś 11.02.2004

    #281480

    gacka

    DLA CIEBIE KRUSZYNKO-REAKTYWACJA

    22.09.2007 (sobota)

    Dziś odkopałam swój pamiętnik i spędziłam miłe chwile na wspominaniu tego, co działo się w 2003 roku. Jak to dziwnie teraz, z perspektywy czasu się układa – tamtą część zaczęłam pisać w momencie, w którym byłam już w ciąży, choć oczywiście o tym nie wiedziałam. Szkoda, że w tym akurat przypadku historia się nie powtórzy, bo na milion procent dziś w ciąży nie jestem.
    Ile od lipca 2003 roku się zmieniło? Sporo. Julka ma już 3,5 roku, jest słodkim, ukochanym dzieckiem, jest wszystkim dla mnie, jest najcenniejszym skarbem jaki mam i dziękuję Bogu, że ją mam.
    Dziś czytając o moim mężu i jego stosunku do dziecka wiele mogłabym zweryfikować. Niestety niewiele z tego pozytywnego, o czym pisałam w I części potwierdziło się w rzeczywistości. Ale chyba nie ma sensu o tym pisać.
    Pamiętam jak zaraz po porodzie powiedziałam, że nigdy więcej . Stwierdziłam, że jeżeli Julka będzie miała rodzeństwo to na pewno adoptowane, bo nie będę w stanie kolejny raz przeżyć porodu. Bardzo długo trwało zanim we mnie zaczął na nowo rodzić się instynkt macierzyński. Trwało to dobre 3 lata od porodu Julki.
    Dziś wiem, że jestem na początku tej samej drogi, jak w przypadku starań o Julkę.
    Dziś wiem, że czuję znów ten sam zew, te same uczucia.
    Dziś wiem, że już jestem w pełni gotowa na przyjęcie Ciebie Kruszynko.
    Dziś też niestety wiem, że przede mną chyba dłuższa droga niż poprzednio.
    Po pierwsze – czas nieubłaganie ucieka. Dziś mam już 31 lat. Sporo, ale i tak nie jest jeszcze za późno.
    Po drugie – pojawiły się u mnie problemy zdrowotne i nie wiem, czy nie wpłynęłyby na przebieg ciąży. Boję się o tym w ogóle myśleć. Boję się o tym rozmawiać z lekarzami, bo boję się usłyszeć, że ciąża byłaby dla mnie poważnym zagrożeniem.
    Po trzecie i najważniejsze – znów historia zatoczyła koło i się powtórzyła – do tanga trzeba dwojga, a w tych staraniach o Ciebie zostałam znów sama. Mój szanowny M nie chce w ogóle słyszeć o ciąży, o kolejnym dziecku. Twierdzi, że jeszcze nie teraz, że nie jest przygotowany na to, by znów przeżywać wraz ze mną 9 miesięcy ciąży, bo poprzednio – to fakt – bardzo przeżywałam, bardzo się bałam, wsłuchiwałam się maksymalnie w swoje ciało ze strachu przed poronieniem, przed przedwczesnym porodem, zatruwałam życie sobie i swojemu otoczeniu i mój M nie jest na to przygotowany. Nie wie też niestety, czy kiedykolwiek będzie.
    Ale ja wierzę, że to nastąpi, że już całkiem niedługo będę mogła zrobić test i zobaczyć dwie piękne krechy.
    A może jednak czasami koło historii tak zatoczy, że miło mnie zaskoczy? Kilka rzeczy i spraw zaczyna mi się ładnie układać.
    Moja bratowa jest w ciąży i w styczniu urodzi słodką panienkę – moją imienniczkę . Przed ciążą z Julką była na świecie już Kasia.
    Może tym razem też będzie podobnie? Może jak urodzi się Ania to ja zajdę w ciążę? Może znów będę się przygotowywać do wyjazdu na chrzest Ani i zrobię test, który pokaże mi dwie krechy?
    Śmieszne takie skojarzenia, ale ja muszę się czegoś trzymać więc trzymam się skojarzeń, zbiegów okoliczności . Pamiętam, że zanim zaszłam w ciążę z Julką postawiłam sobie w necie wróżbę, która wskazała, że w niedługim okresie czasu powiększy mi się rodzina. Spełniło się. Może powinnam zacząć wierzyć wróżbom?
    Zobaczymy. Dziś wiem, że stoję na początku drogi do Ciebie Kruszynko i mocno chcę wierzyć, że niedługo się na niej spotkamy.

    Julka

    #281481

    Anonim

    Re: DLA CIEBIE KRUSZYNKO-REAKTYWACJA

    powodzenia 🙂

    Monika i
    Nina (niedługo 4)

Postów wyświetlanych: 15 - od 1 do 15 (wszystkich: 16)


Musisz się zarejestrować lub zalogować, żeby odpowiedzieć

Close