Jak Adaś przyszedł na świat- już jest

Postów wyświetlanych: 4 - od 1 do 4 (wszystkich: 4)
  • Autor
    Wpisy
  • #36400

    bib

    Odpowiadam na apel jednej z przyszłych mam i opisuje mój poród. Końcówka jest trochę spod znaku horroru, ale uznałam, ze jak kobieta będzie wiedzieć o wszystkim to się będzie lepiej czuła, przynajmniej w moim wypadku tak było.
    Termin miałam wyznaczony na 2.09. 1 września w poniedziałek udałam się na ostatnia wizytę do mojego gina, okazało się, że szyjkę mam twarda jak dzwon i że za szybko to ja nie urodzę. Umówiliśmy się na piątek w izbie przyjęć. W razie, czego miałam wziąć zapakowaną torbę. Miałam nadzieję, że urodzę w terminie, ale to tylko nadzieja. Nadszedł piątek, pojawiłam się na izbie, mój gin mnie zbadał i stwierdził, ze ja do grudnia nie urodzę. W moich oczach pojawiły się świeczki, miałam już dość tego brzucha, zwłaszcza, że mieszkam na trzecim piętrze w bloku bez windy. Mój gin kazał mi przyjść we wtorek, gdzie zostanę przyjęta na patologie ciąży i tak też się stało. We wtorek zjawiłam się znowu na izbie, pani doktor zbadała tętno dzidziusia i oddała mnie w ręce pielęgniarki, która przeprowadziła ze mną wywiad w takim tępię, ze nie wiem jak odpowiadałam, potem kazała mi się przebrać, zmierzyła mi miednice i ewakuowała mnie na patologie ciąży. Tam zostało mi przypisane łóżko nr 12, które znajdowało się w całkiem przytulnym pokoju z różowym sufitem :). W pokojach stały po trzy łóżka, moje było po środku. I się zaczęło. Najpierw zostałam podłączona do KTG gdzie utknęłam na ponad godzinę leżąc na plecach (napomnę ze w tej pozycji traciłam oddech). Przy okazji zapoznałam się z dziewczyną z sąsiedniego łóżka, ale ona wychodziła, więc nie pogadałyśmy za wiele. Do wieczora zostałam sama. Wieczorkiem przyszła Monika z problemami nerkowymi i wreszcie miałam z kim pogadać. Biedna martwiła się strasznie, ze będzie musiała za wcześnie urodzić, a do terminu miała jeszcze półtora miesiąca. Rano dołączyła do nas Basia, ona też była przeterminowana tak jak ja. Przy porannym obchodzie przeżyłyśmy szok, tyle służby zdrowia na raz to ja w życiu nie widziałam. Przy okazji zobaczyłam jak wygląda Pan ordynator, który w tym szpitalu słynie z przeprowadzanych badań i rychło się dowiedziałam czemu. Zostałam zaproszona do pokoju badań, gdzie zastałam sześciu lekarzy i pielęgniarkę. Kazano mi się ulokować na fotelu ginekologicznym (w tej chwili myślałam, że się zapadnę pod ziemię, ale na szczęście patrzył tylko ordynator, reszta lekarzy była tak mila że odwróciła wzrok) i zostałam dogłębnie przebadana. Postanowiłam sobie, że jak na następnym badaniu mnie tak potraktuje to ja tak potraktuje jego krocze. No, ale nic, przeżyłam. Potem jeszcze USG i mam dzień wolny. Zaprzyjaźniłam się z dziewczynami, chodziłyśmy sobie po korytarzach, odwiedzały sklepiki, robiły fryzury, grały w karty i tym podobne niezbyt szpitalne rzeczy. Wieczorami popadałam w depresje, bo strasznie tęskniłam do domu. Nadchodziły kolejne dni, gdzie u mnie nie chciało się ruszyć, za to Basie chwyciło po badanku (miała odwracanie biegunu, czy jakoś tak) i przesiedziałam z nią pół nocy, aż do chwili zabrania jej na porodówkę. Rano urodziła przecudna dziewczynkę. Ona zdążyła opuścić szpital, a u mnie nic. Szpital opuściła też Monika, a ja dalej tkwiłam bez żadnych oznak nadchodzącego porodu. Miałam niesamowitego dola. Gdyby nie maż to chyba bym zwariowała. Gdy szłam kolejny raz na badanko, nadmienię ze dziewczyny rodziły już po drugim, ja już zaliczałam czwarte, ordynator, gdy mnie zobaczył stwierdził, że przyszła weteranka. Rozłożyłam się na fotelu, lekarz zbadał wody, rozwarcie, które okazało się, że jest minimalne, szyjka twarda; coś tam zakręcił i odesłał do pokoju. W tym samym dniu miałam robione USG przez mojego gina i umówiliśmy się, tak na żarty, że skoro jutro ma dyżur to ja sobie urodzę. Po obiedzie poczułam taki dziwny ból w podbrzuszu, tak jakbym miała mieć miesiączkę. Pochodziłam trochę i się nasilało, wiec stwierdziłam, że skoro zaczynają się jakieś skurcze to lepiej sobie poleżeć, bo przecież mam urodzić jutro J I tak minęła reszta dnia, pogadam z dziewczynami, które przyszły na wolne łóżka i czekałam. Wieczorem zjadłam pół paczki laysow paprykowych, bo jak urodzę to już nie mam szansy na takie rzeczy. W nocy obudził mnie ból brzucha. Była godzina 2.30. Poszłam do toalety, bo pomyślałam że to laysy mogły mi zaszkodzić, ale opróżniłam tylko pęcherz. Wróciłam na łóżko, po pół godzinie brzuch dalej boli, pojawiły się skurcze, odliczam z zegarkiem, co 5minut, zgłosiłam pielęgniarce, ta mnie podłączyła pod ktg, jakieś skurcze zarejestrowało i zostałam zabrana na porodówkę. W ciągu tej godziny skurcze pojawiały się, co 3 minuty. Na porodówce mile położne mnie zbadały, ja rozwarcie na 1 cm, szyjka zgładzona w 25%. No to pomyślałam, że urodzę dopiero na drugi dzien. Przebrałam się w koszulkę szpitalna i panie zaprowadziły mnie do pokoju porodów rodzinnych. Tam się rozpakowałam, położna przyniosła mi herbatkę anyżkowa, która doprowadziła mnie do wymiotów. Potem poszłam na lewatywkę, mowie wam, po prostu cudowna sprawa jak dla kogoś, kto przez cale życie cierpi na zaparcia :))). Później prysznic – baaaaaaardzo długi pod gorącą wodą i powrót do pokoju. O godzinie 7.00 zadzwoniłam po męża i poinformowałam wszystkich ze rodzę. Około ósmej odeszły mi wody (tutaj byłam bardzo zdziwiona, bo się nie spodziewałam, że to tak wygląda; poczułam pyk i że się cos leje jak z kranu) i zaczęły się już porządne skurcze. Chodziłam po pokoju, bo przynosiło mi to ulgę, ale około 10.00 tętno paluszka zaczęło spadać, wiec już utknęłam na łóżku do samego rozwiązania w pozycji najbardziej korzystnej dla paluszka i najbardziej bolesnej dla mnie, czyli pół leżąco na boku. Choć była jedna chwila, kiedy pozwolono mi zejść z łóżka na piłkę, ale jak już usiadłam na ta piłkę to expresem znalazłam się na łóżku z powrotem. Na piłce za bardzo bolało. O 11.00 badano na skurczu, rozwarcie na luźne dwa palce, szyjka zgładzona w 50 %, ja sobie myślę, że naprawdę urodzę dopiero w grudniu, ale akcja nabrała takiego tępa ze o okolo13.00 zaczęły się skurcze parte. Nie miałam już sił na parcie wiec podłączono mi kroplówkę z oksytocyna. Po czwartej serii parcia położna nacięła mi krocze, ale niestety nie trafiła w szczyt skurczu i poczułam ten zabieg wyraźnie. Nie jest zbyt bolesny, ale szczypie. I wreszcie po kolejnym skurczu partym udało mi się wypchnąć Adasia na świat. Po odessaniu mu wydzieliny położyli mi go na chwilkę na brzuchu. To, co wtedy przeżyłam było nie do opisania. Był taki malutki, mokry, na główce miał czarne włoski i był taki bezbronny. Czułam, że go kocham jak nikogo innego. Ale niestety zabrali go po odcięciu pępowiny. Dostał na początku 7 punktów w skali Agpar, bo był nie dotleniony. Przez to całe szczęście nawet nie zauważyłam jak urodziłam łożysko. I tu mój kolejny szok. Patrzyłam na coś, co przypominało nerkówkę, a pani doktor z położna oglądali je oceniając. Doszły do wniosku, że nie jest w całości wiec zrobiły mi łyżeczkowanie. To nie jest jak dla mnie bolesne tylko trochę dziwne, bo czuje się jakby dzidziuś kopal w brzuchu tylko metalowymi nóżkami :). Później miałam szycie szyjki na żywca, bo popękałam. Tego nie bardzo pamiętam, bo się zdrzemnęłam 15 minut i jak się obudziłam położna szykowała już zastrzyk, aby mi znieczulic okolice krocza. Jednak zaczym go dostałam zostałam zdezynfekowana od środka jodyna, a później na zewnątrz jakimś żrącym preparatem w sprayu. Jak ja strasznie żałowałam, że nie śpię !!! Ale już podczas szycia krocza powiedziałam do męża, że chcę następnego dzidziusia :). Po całym szyciu położyli mnie wygodnie na łóżku i przynieśli maleństwo do karmienia. Mały przyssał się do piersi tak, że nawet nie mogłam obejrzeć jego buźki. Po dwóch godzinach przewieźli mnie na położnictwo. I tu tez nie było tak wesoło, bo jak wchodziła położna to aż się trzęsłam ze strachu, że do mnie, a to, dlatego, że miałam sprawdzane jak obkurcza się macica. Polega to na tym, ze kładzie rękę na brzuchu, naciska mocno i kreci. Ten ból to jest dopiero coś. Miałam ochotę zabijać. Późnym wieczorem umówiłam się z pielęgniarka, że jak teraz dam się zbadać to już więcej mnie nie dotknie :). I dotrzymała słowa, ale przyszła lekarka i cala akcja się powtórzyła.
    Teraz podsumowanie. Mój mąż był ze mną cały czas. Przydał się do podawania wody do picia i czasem do masażu krzyża. A poza tym jego obecność dodawała mi siły, za co jestem mu bardzo wdzięczna. Również personel medyczny był wspaniały, ani na chwilę podczas porodu nie zostałam sama, ciągle ktoś przy mnie był, położne, lekarka, a nawet stażystki. Bardzo mile dziewczyny. W czasie porodu dostałam zastrzyk przeciwbólowy i przyśpieszający rozwieranie szyjki. I co chyba najważniejsze w naszych czasach nie zapłaciłam ani grosza nikomu, a opiekę miałam wspaniała – ja i mój paluszek.
    I drogie przyszłe mamy nie bójcie się porodu, bo to nic strasznego. Ból jest naprawdę do wytrzymania, a strach powoduje ze odczuwa się go coraz silniej. Tak wiec głowy do góry i na porodówki 🙂
    Bardzo gorąco pozdrawiam przyszłe mamy 🙂
    PS: Do dzisiaj pamiętam, że sufit na porodówce był zielony, a na położnictwie niebieski. To tylko takie moje skrzywienie :)))

    Bib i Adam 18.09.2003r.

    #475680

    reno

    Re: Jak Adaś przyszedł na świat- już jest

    Dzięki za taki pokrzepiający opis :)))

    Reno (05.02.2004)



    #475681

    magdzik

    Re: Jak Adaś przyszedł na świat- już jest

    Piękny opis porodu! Przypomniały się moje problemy z rozwieraniem szyjki i szczęśliwy finał!!!
    Faktycznie, po porodzie tez mi badano obkurczanie macicy i pamiętem, że z bólu oderwałam ręke połoznej od mojego brzucha.

    Pozdrawiamy,

    Magda i Albercik ur. 8.09.03

    #475682

    ciku

    Re: Jak Adaś przyszedł na świat- już jest

    Uffff i kolejny dzidzius na swiecie:)) teraz to juz pewnie kawal chlopa:) Ladny opis.

    Ciku i Kacperek
    12 luty 2004

Postów wyświetlanych: 4 - od 1 do 4 (wszystkich: 4)


Forum ‘Wszystko o porodzie’ jest zamknięte dla nowych tematów i odpowiedzi.

Close