Pani Marta musiała zmierzyć się z niewyobrażalną tragedią. Jej 10-miesięczne niemowlę zmarło porażone prądem. Wystarczyło tak niewiele, by zapobiec śmierci dziecka! Teraz przed sądem matka wraz z partnerem walczą o sprawiedliwość z właścicielem mieszkania.



Nie żyje niemowlę porażone prądem

10-miesięczne niemowlę Mattias wraz z matką panią Martą i pochodzącym z Belgii partnerem kobiety panem Robertem mieszkali w wynajmowanym mieszkaniu w Białymstoku. Konkubent pani Marty zajmował się budowlanką i sam wyremontował ich dom. Pan Robert uznał jednak, że nie ma kompetencji, by zająć się również instalacją elektryczną.

Wiele razy zgłaszałam właścicielowi mieszkania, że trzeba naprawić gniazdka i przewody, ale on się tylko śmiał – mówi pani Marta se.pl.

Rodzice zgłosili właścicielowi mieszkania potrzebę zatrudnienia elektryka. Niestety instalacja nie została wymieniona. Musiało dojść do tragedii! W czerwcu ubiegłego roku Mattias był pod opieką matki. Raczkujące niemowlę bawiąc się na podłodze chwycił gniazdko, do którego wcześniej podłączony był dzwonek. Maluszkiem wstrząsnął prąd, a pani Marta rzuciła się dziecku na ratunek. Mimo szybkiej interwencji matki oraz szybkiego przyjazdu pogotowia Mattias nie odzyskał przytomności. Niemowlę porażone prądem zmarło dwa tygodnie po zdarzeniu.

Jak podaje poranny.pl, matka w czasie śledztwa przyznała, że całość trwała sekundy:

Siedział u mnie na kolanach, ale położyłam go na podłogę, bo chciałam wstawić do zlewu kubek po kawie. Mattiasek raczkował jak zawsze. Na chwilę mi się wymknął. Straciłam go z oczu. To były sekundy.

Rodzice dziecka walczą o sprawiedliwość

Sprawa trafiła do sądu, gdzie najpierw podejrzewano o niedopatrzenia matkę dziecka. Jak wykazało śledztwo możliwe, że to właściciel mieszkania Jan B. może być winny nieumyślnego spowodowania śmierci 10-miesięcznego Mattiasa, który nie usunął usterek z wynajmowanego mieszkania.

Jan B. w sądzie nie przyznał się jednak do winy i mówił, że nigdy nie dostał informacji o problemach z instalacją od wynajmujących mieszkanie pani Marty i pana Roberta. Se.pl przytacza słowa mężczyzny wypowiedziane przed sądem:

Nie czuję się winny. Dom odziedziczyłem po ojcu i nie wiem, kto zakładał tę instalację

Śledczy uważają jednak, że Jan B. wiedział, że instalacja elektryczna jest niebezpieczna i wymaga naprawy. Sprawa jest nadal w toku, a właścicielowi mieszkania grozi do 5 lat więzienia.

Zobacz też:



[Zdjęcie główne: depositphotos.com]