Co dwu-tygodniowy pamiętnik

Postów wyświetlanych: 15 - od 1 do 15 (wszystkich: 28)
  • Autor
    Wpisy
  • #34463

    jumi

    Gdyby ktoś w sylwestra 2003 powiedzial mi jak wiele wydarzy się przez ten rok, nie uwierzyłabym. Dobre i złe chwile, wszystko poprzeplatalo się i jakoś dziwnie poukładalo.
    Dziecko – to slowo zawsze ruszalo mnie niesamowicie, mogłabym płakać, śmiać się, bać, cieszyć wypowiadając teraz to słowo. Wszystkiego tego doświadczylam przez ten rok w związku z dzieckiem.
    Zawsze, ale to zawsze wierzyłam, że jeszcze na studiach zajdę w ciążę i będę bronić się jako przyszła mama. I jak broniłam magistra w duchu wierzyłam, że jestem w ciąży. Jak mocno sie rozczarowałam, kiedy dostałam okres. No ale mniejsza z tym, widocznie to nie mój czas.
    Zaczęłam szukać pracy, wakacje minęły szybko, ja niczego nie znalazłam a mąż właśnie zaczynał 5 rok studiów, więc chcąc – niechcąc znów zamieszkaliśmy w Białymstoku (pochodzimy z innych miast a w Białym studiowaliśmy). Całe wakacje biłam się z myślą, co będzie ze mną, gdzie ja znajdę pracę? Same wiecie jak teraz ciężko o cokolwiek…
    No ale cóż, rozpoczął się październik, mąż studiował, ja nadal szukałam zakiegoś zajęcia. I pewnego dnia mama podsunęła mi a właściwie zaproponowała, bym zaczęła jakąś podyplomówkę. Naradziła się z tatą i opstanowili mi zasponsorować dodatkowe wykształcenie. Szybko znalazłam ciekawe podyplomowe informatyczne studia. Pomknęłam, zapisałam się, zapłaciłam…
    Było super, co tydzień – co dwa zjazdy, nowe znajomości, ciekawe zajęcia, na zjazdy czekałam z utesknieniem. Poznałam wspaniałą koleżankę. Zwierzałam się jej ze swoich marzeń o dzidziusiu. Planowałam, że akurat mogłabym zajść w ciążę, urodzić w wakacje. Mąż z dystansem odnosił sie do moich pomysłów, zawsze twardo stąpał po ziemi, w kółko powtarzał: jeszcze za wcześnie, nie mamy wystarczająco pieniędzy, nie mamy własnego mieszkania, itd.
    W duchu zgadzałam się z nim, ale coś tak mocno pchało mnie ku dziecku, że nie byłam w stanie tego zatrzymać. Codziennie zamęczałam męża, bysmy sie wkońcu lepiej postarali.
    Zbliżał się sylwester, miałam przeczucia, że to chyba teraz jestem w ciąży, odnalazłam tę stronkę i to forum. Byłam zszokowana jak wiele informacji, ciepła i pomocy od Was uzyskałam. Na forum siedziałam całymi dniami, nocami. Wsłuchiwałam się w swój organizm i byłam prawie pewna, że jest we mnie mały lokator.
    Na kolejnym zjeździe zwierzyłam się swojej nowej przyjaciółce, że chyba jestem w ciąży. Ona odpowiedziała mi promiennym usmiechem, że ona też jest 😉
    Szalałyśmy razem jak wariatki. Ona pewna swojego stanu a ja niepewna ale ślepo wierząca…
    Zaczęły się święta, ja jeszcze nie testowałam, ale juz zastanawiałam się jak to powiedzieć rodzicom. Uświadomiłam męża, że prawdopodobnie zostanie tatusiem, co przyjął dość entuazjastycznie, choć nie oszalał ze szczęścia.
    Przyszedł dzień testów. Drżąca pobiegłam do apteki, kupiłam… Opadłam na sedes i z palpitacjami serca zapuściłam kilka kropelek na test. JEDNA KRESKA
    Do dupy te tesy, źle wskazują, gówniane – byłam wściekła, rozczarowana, rozżalona, beczałam jak bóbr. I rzeczywiście przed Sylwestrem dostałam okres. W samego Sylwestra juz pogodzona z faktem, że narazie nie będę mamą odstroiłam się i pomknęliśmy na imprezę. To był trzeci dzień miesiączki, najobfitsze plamienie, które ni stąd ni z owąd zatrzymało się. OHO pomyślałam, jednak test się mylił. Zostałam więc na ten wieczór abstynentką, nie tańczyłam równiez za dużo, by nie zaszkodzic ewentualnej ciąży.
    Zaraz po sylwki poleciałam do swojej wspaniałej ginki. Zbadała mnie i kazała się uspokoić, bo żadnej ciąży nie ma, ani nie było.
    Wyłam, wyłam, wyłam. Mąż stawał na głowie, żebym przestała, ale chyba cały ten żal i złość musiała wypłynąć ze łzami. I tak sie stało. Potem oczywiście już co miesiąc byłam w ciąży, Wy mnie pocieszałyście, podtrzymywałyście na duchu, a ja ciągle sobie wmawiałam, że to własnie już…cdn

    Jumi

    Moje smutki
    04.08.2003
    06.11.2003

    #451762

    smoki

    Czesc II

    Część II

    Na zjazdach obserwowałam ciągle roznący brzuch koleżanki, szukałam pretekstu, by go dotknąć, pogłaskać. Obłęd, ale jakoś musialam sobie radzić. Na podyplomówce zaczęli nas przyciskać, bo zbliżała się obrona, mąż męczył swoją prace magisterską, ogólnie była gromada roboty i malo czasu na wszystko. Myśli o potomstwie nie opuszczały mnie, ciągle marzyłam o maleńkim bobasku na moich ramionach…
    Przyszły wkońcu ostatnie miesiące naszego pobytu w Białymstoku, obydwoje kończylismy edukację, ja w międzyczasie znalazłam pracę. I moge powiedzieć z czystym sumieniem, że bez protekcji, znajomości i kombinowania – miałam szczęście po prostu.
    Czekała nas przeprowadzka do innego miasta, do moich rodziców narazie… Przerażało mnie to, sześć lat mieszkałam z dala od nich, a teraz wszyscy na jednej kupie – szok. Pogodziłam się jednak z tym.
    Ostatni miesiąc był naprawdę zwariowany, wszyscy balowali, szaleli. My bez namysłu śmigaliśmy po wszystkich imprezkach. I nadszeł tak 23 czerwiec, czyli dzień w którym powinnam dostac okres, nie pomyślałam nawet, że mój organizm jest tak rozstrojony, że w dzień miesiaczki mam dni płodne, nie miałam żadnych sygnałów, że tak jest…no i poszaleliśmy…Od razu po kochaniu poczułam jak dosłownie naciągają mi się jajowody, jakby w nich chodziły małe robaczki łaskocząc mnie od środka. A tam – na drugi dzień zapomniałam.
    Wkońcu przyszedł czas obrony męża, spanikowany poleciał na uczelnie a ja spokojnie czekałam w domu. Śmialismy się w głos z radości jak wrócił rozradowany, że już po wszystkim. Tego samego dnia grill, na drugi dzień pożegnanie znajomej pary odlatującej do stanów, imprezy sypały się jedna po drugiej.
    Przyszedł i dzien mojej obrony. Ja jak zwykle rozdygotana nerwami odchodziłam ze strachu od zmysłów ( zawsze tak panikuję ). Dostałam 5: i po co tyle nerwów? – pytała mnie Ewa z juz pokaźnym brzuchem. Po obronie wszyscy poszliśmy to uczcić, balowalismy do późnego wieczora. Na drugi dzień obudzona lekkim kacykiem zaczęłam sobie uswiadamiać, że okres spóźnia mi się jakiś tydzień. Oszalała szukałam u was pomocy, przypominałam sobie wszystkie wypite piwa i dostawałam gęsiej skórki. Bałam się. I jak uderzenie poczułam myśl, że zawsze się modliłam, żeby na obronie być już w ciąży. Tym razem nie robiłam testów, aż sama się sobie dziwiłam, że raptem odeszła mi na to ochota… Wmawiałam sobie, że to torbiele, albo coś z hormonami i odwlekałam wizytę u ginki. Wkońcu jednak polazłam…
    Gina wmawiała mi, że to stres przed obronami, nerwy itd. Wydębiłam jednak Hcg i co sił w nogach poleciałam oddać krew. Wynik miał być o 14:00. Musiałam więc wrócić do domu i czekać trzy godzinki. Nie wiem jak ja je przesiedziałam. Jak szłam po wynik nogi gięly sie pode mną. Tak bardzo chciałam mieć dzidzię i tak bardzo się tego teraz obawiałam. Dolazłam jakoś do laboratorium i poprosiłam o wynik, wiedziałam, że ponad 5 to już ciąża. Kobieta podała mi kartkę…nerwowo ją otworzyłam…i chyba na chwilę stanęło mi serce – 1600.
    Wyleciałam jak oparzona, biegiem do męża, co ja zrobię, jak powiem rodzicom a jaki wózek, imię, płeć, kiedy ubranka, niedaleko jest hurtownia z dziecięcymi ciuszkami. Tysiace myśli w przeciągu piętnasto- minutowego powrotu do domu. Wchodzę – mąż śpi. Potrząsam nim nerwowo, budzi się…
    Będziesz tatą – mówię, a on na to – znowu?
    Rozdarłam jadaczkę, tym razem napewno i pcham mu pod nos karte z wynikiem, chaotycznie tłumacząc o co w nim chodzi. Mąż zakrywa ręką oczy, ja beczę, sama nie wiem czy ze szczęścia czy ze strachu…
    Od razu zjadam coś, żeby nie byc głodną, kładę się a mąż głaszcze brzuch i mówi: no to masz w końcu tą swoją fasolkę i ściska mnie mocno. Cały dzień chodzę jak w amoku, zadzwoniłam tylko do szwagierki i powiedziałam jej o ciąży, nikt poza nia i ciężarną przyjaciółką Ewą nie wie o niczym.
    Na drugi dzień przeglądam internet w poszukiwaniu dobrego Usg w białymstoku. Zdecydowałam sie na Esculap. Wizyte mam chyba o 17:00, łażę więc z kąta w kąt i gapie się na zegarek.
    Wkońcu przychodzi czas, jedziemy, wchodzę do poczekalni, czekam na swoja kolej i juz leżę na kozetce a lekarz zagłebia usg w otchłani mojego krocza 😉
    Potwierdza ciążę, mówi, że jeszcze bardzo mała i że znów za tydzień wizyta. Ja jak głupia z bekiem wylatuje do męża, że coś nie tak z ciążą, że taka malutka i wogóle. Dzwonie do swojej ginki, opowiadam jak było, ona mnie pociesza i uspokaja. Oczywiście na drugi dzien skoro świt nękam swoją lekarkę o jakąś radę. Widzę jej politowanie dla mnie i umawiam się za dwa tygodnie.
    By odpocząć wyjeżdżamy nad jezioro, gdzie już stacjonuja moi rodzice. pogoda wspaniała, słońce, ciepło.
    postanawiamy im powiedzieć .
    Najpierw dowiadują sie teściowie, są wzruszeni (bardzo czekaja na wnuczka), rozpieszczają mnie…
    Potem kierunek Rajgród. Juz z daleka krzyczę, że przyjechalismy we trójkę. Starsi rozglądaja sie nerwowo, kogo przyciągnelismy ze sobą, ale jak pokazuje na brzuch i mówię, że tu jest lokator. Radość ogromna…
    Spędzamy trzy wspaniałe dni, pełne śmiechu, zabawy, swobody. Naprawdę odprężyłam się i nie myślałam o swoich niepokojach.
    Po powrocie jednak wszystko wróciło. Przyszedł czas kolejnego badania. Z duszą na ramieniu pojechałam do nowoczesnego gabinetu dr Szamatowicza z którym to moja lekarka ma prywatna klinikę.
    Kolejne usg, widzę po minie, że coś jest nie tak. Ginka mówi, że to pusta ciąża, odwraca monitorek. Widzę pęcherzyk, już calkiem spory, troszke spłaszczony, ale bez zarodka. Ginka liczy tygodnie i dni ciąży i stwierdza, że jeśli za tydzień nic nie bedzie, to raczej nie ma szans, by cos sie tam wykluło.
    Ogromnie rozżalona wracam do męża, płaczę całymi dniami i nocami, z nikim sie nie spotykam, jedynie Ewa jest moim powiernikiem, wszystko jej mówię.
    Dni mijały powoli, modłiłam sie gorąco, błagałam, prosiłam…
    Kolejne usg. Moja ginka przyprowadza na konsultację jakiegos profesora, na ogromnym monitorze widzę nadal pusty pęcherzyk. Profesor stwierdza: to chyba jasne co widać, prawda? i wychodzi.
    Ginka patrzy smutno na mnie i opokazuje na monitor. Od razu proponuje mi sie położyc na oddział, mówi, że wszystko załatwi i, że jutro juz wyjdę. Nie zgadzam się, jestem na nia wściekła, wydaje mi się, że oni mnie oszukują, że chca zabić moje dziecko, usunąć je. jak oszlała wylatuję z gabinetu, pędze do samochodu gdzie czeka mąż i płacząc opowiadam. Wracamy szybko do domu. postanawiamy powiedzieć wszystko rodzicom i robic kolejne badania już gdzie indziej. Jutro sie wyprowadzamy, gromada pakowania i przenoszenia.
    Wieczorem dzwonimy, ja ledwo słyszalnym głosem mamroczę coś mamie do słuchawki, opowiadam po kolei. Każą nam przyjeżdżac i załatwiać wszystko tutaj…
    Cdn…za dwa tygodnie

    Jumi

    Moje smutki
    04.08.2003
    06.11.2003



    #451763

    gosik

    Re: Czesc II

    Jumi kochana

    Smutno mi się zrobiło czytając twoją opowieść, mam jednak nadzieję że z czasem jak mój brzusio będzie się powiększał, twoje wiadomości będą coraz weselsze

    I że zarówno twoja jak i moja historia (której chyba nigdy do końca nie opowiem ) zakończą się szczęsliwie. Życzę ci tego z całego serduszka

    GOSIA i Maleńki Majowy Cud

    #451764

    dronka

    Re: Co dwu-tygodniowy pamiętnik

    Poplakalam sie ze wzruszenia jak przeczytalam ze nareszcie jestes w ciazy…….ale dalej doczytalam, ze jednak sie nie udalo. Jest mi strasznie smutno, ale nie martw sie, na pewno nastepnym razem sie uda. I wreszcie doczekasz sie upragnionego dzidziusia!
    Glowa do gory!!!


    Iwona i Karolinka (01.26.02)

    #451765

    lea

    Re: Co dwu-tygodniowy pamiętnik

    Jumi… pieknie piszesz… i tak mi sie wydaje, ze z pewnym dystansem juz.. o ile to w ogole mozliwe
    mam nadzieje, ze pisanie Ci pomaga
    i ze Twoje cialo tak sie po prostu przygotowuje
    kochana, jestesmy sercami z Toba
    poczekaj wiecej czasu, zanim bedziesz znowu probowala… to naprawde wazne…
    spłakałam sie strasznie 🙁 choc wiedzialam, co dalej bedzie
    Jumi, trzymaj sie…

    Lea i Mateuszek (14.03.03)

    #451766

    jumi

    Re: Czesc III

    Odkładam słuchawkę, opadam na wersalkę. Wszędzie gromada porozwalanych ubrań, naczyń, pościel. Przeprowadzka dobija mnie totalnie, chciałam skulić się w kłębek i zaszyć w najciemniejszym kącie pokoju…pakowałam kartony do późnej nocy.
    Rano czekała mnie szybka pobudka, dużo biegania i jazda do domu. W drodze miałam napady gadania i milczenia, nie płakałam…
    Zajechalismy najpierw do teściów zostawić część rzeczy. Teściowie róznież wiedzieli o moim smutku i pełni paniki przywitali mnie w domu. Starałam się być opanowana, jeszcze raz musiałam zdać relację z badań, wizyt i wszytkiego. Moja teściowa przeszła równiez dwa poronienia, wiedziała co mnie czeka, płakała i współczuła. Jeszcze tego samego dnia pojechliśmy do moich rodziców. Mama przywitała mnie pełnymi łez, smutnymi oczami. Kolejne opowieści, zwierzenia itd. Nie płakałam juz tego dnia, choć w duchu wyłam i błagałam o jakąkolwiek nadzieję. Jeszcze tego samego dnia pojechalismy obejrzeć mieszkanie do wynajęcia, nie podobało nam się i daliśmy narazie spokój. Wiedziałam, że na drugi dzień czekają mnie zmagania z samą sobą u kolejnego lekarza. Stosy kartonów zalegały wszędzie, nikt jednak nawet nie myślał o tym, by się do nich teraz zabierać.
    W nocy obudził mnie skurcz (miewałam je już wczesniej), nie był mocny, ale na tyle przeszywajacy, by mnie obudzić i porządnie przestraszyć. Trwał zaledwie kilkanaście sekund, a myśl o nim nie pozwoliła mi juz zasnąć spokojnie.
    Rano obudziłam się totalnie rozdygotana, grałam przed rodziną twardziela, łzy łykałam po kątach, wyglądałam jak siedem nieszczęść. Zrobiły mi się sińce pod oczami i byłam strasznie blada, nie starałam sie tego tuszować, szybko wykąpałam się i pobiegłam do lakarza. Nie miałam w tym mieście żadnego sprawdzonego gina, więc zapisałam się do tego, który akurat przyjmował.
    Gin przeprowadził krótki wywiad i zabrał na USG. Niestety nie było nadziei, znów ujrzałam juz naprawdę spory pęcherzyk, niestety pusty. Od razu wypisał mi skierowanie do szpitala. To był piatek, zapytałam jedynie czy mogę poczekac z zabiegiem do poniedziałku, zgodził się.
    Zapis Usg zupełnie mnie zaczarował, widziałam na nim ładne, okrąglutkie kółko, moją uprawgniona ukochaną ciążę, mój skarb, moje marzenia. Gapiłam sie na nie przez cały dzień, ręce same zaciskały mi sie w pięść. Przeklinałam ten cholerny los, ten popieprzony świat, nieidealne spełnienie moich marzeń.
    W domu oświadczyłam, że czekam do poniedziałku, nie było takiej siły, która tego dnia zmusiłaby mnie do zabiegu.
    Znów wyjechaliśmy na wieś do teściów.
    Cały weekend nie miał dla mnie sensu, w głowie kolatała mi się ta uporczywa myśl, że już w poniedziałek przeżyję kolejny koszmar, że stracę coś bezpowrotnie. Na szczęście u teściów miałam parę wolnych chwil na myslenie, płakanie, żal. Już sama nie wiedziałam kogo obwiniać, byłam przestraszona, roztrzęsiona, załamana. Nie potrzebowałam nikogo i niczego, nic nie było w stanie mnie pocieszyć. Weekend minął niespodziewanie szybko. Teściowa przed moim wyjazdem płakała, bała się tak samo jak ja i to w sumie ja ją pocieszałam i obiecywałam, że bedzie ok. Patrzyłam w jej oczy i naprawdę jakbym widziała siebie – zmęczoną, zapłakana osobę, ocierającą łzy kobietę, która żyje jedynie miłością do dzieci. Szybko odwróciłam głowę, po pół godzinie bylismy znów u moich rodziców. Nie wiem czemu, ale uparłam się, by nikt nie widział moich łez, dopiero po jakimś czasie dane mi było dowiedzieć się jak fatalny błąd popełniłam unikajac wylania z siebie tej rozpaczy.
    Kładłam sie spać i dopiero wtedy zaczynały sie smutki, nie wiem co przezywał mój mąż widząc mnie w takim stanie. Beczałam w poduchę, gryzłam paznokcie, jak opętana jedną myślą zadręczałam się pół nocy. Zasnęłam. Obudził mnie przeszywający skurcz, duzo silniejszy od wszystkich pozostałych. W sekundzie zrobiłam sie mokra, trwał kilkanaście sekund i wykończył mnie tak mocno, że dosłownie w przeciągu kilku nastepnych sekund zasnęłam. Nie dane mi było dospać spokojnie. Za jakiś czas nastepny skurcz przeszył mój brzuch, kręgosłup i całe ciało. Wiedziałam, że nie jest dobrze, nie budziłam nikogo. Zwinęłam się na pościeli i zagryzłam róg kołdry. Ogarnął mnie ogromny żal, za to, że nikt nade mną nie czuwa, za to, że i tak pełna bólu, rezygnacji i rozterek doświadczam takich przykrości. Sama siebie pytałam, dlaczego nikt nade mną nie czuwa, dlaczego nikt nie widzi jak ciepię, dlaczego mimo swojej sytuacji doświadczam takich okropności zamiast spać spokojnie? Nie wiem jak nazwać te uczucia, czy to wogóle mozna nazwać, chyba tylko kobieta, która traci dziecko, wie o czym mówię i wie jak ta okropna „żałość” rozrywa…
    Skurcze sie nie powtórzyły, rano wiedziałam (od was), że muszę być na czczo. Skoro świt pojechaliśmy z mężem i mamą do szpitala. Najpierw musiałam przetoczyć się przez izbę przyjęć. Uprzejma i bardzo gruba Pani wypytała mnie o szegóły i kazała zmierzyć temperaturę, która zresztą nie była zachęcająca – 36,2. Stwierdziła mało uprzejmym głosem, że to nie jest temparatura ciążowa, miałam chęć krzyknąć jej „odwal się klempo”, ale przerwała moje myśli i kazała przebrać sie w piżamę. I to był chyba krytyczny moment, jak zobaczyłam sie w lustrze w piżamie dotarło do mnie gdzie jestem i co mnie za chwilę czeka. Wyszłam okropnie smutna i poczłapalismy na oddział. Tam fajna pielęgniarka przejżała moje papiery i stwierdziła „puste jajo? jest juz przed panią jedna delikwentka z pustym jajem”, rozsmieszyła mnie jako pierwsza osoba tego dnia. Dowiedziałam się, że narazie nie ma anastezjologów i zabieg będę miala najwczesniej za 4 godziny.
    Odprawiłam więc męża i mamę. Patrzyłam w ich oczy i nie umiałam nic powiedzieć, nie umiałam pocieszyć sama siebie a co dopiero pocieszać innych.
    Na sali byłam sama, ta druga dziewczyna z pustym jajem dostała równiez oddzielny pokój obok mnie. Widok z moich drzwi bynajmniej nie podnosił mnie na duchu. Kobiety z wielkimi ciązowymi brzuchami przeciągały sie leniwie na łóżkach, głaskały swoje wielkie brzuchole i usmiechały sie rozbrajająco. Boże, jak ja im zazdrościłam, jak bardzo chciałam stamtąd uciec, schować się, tak, żeby nikt mnie już wiecej nie znalazł, nawet los…
    Opadłam ciężko na łóżko i postanowiłam przemysleć całą sprawę. Staralam sie bardzo obiektywnie spojrzeć na swoja sytuację, wiedziałam, że nic juz nie jestem w stanie zrobić, że nie ma odwrotu. Dzień po dniu analizowałam to co sie działo, czułam ciepłe łzy na policzkach, ocierałam je ukradkiem chusteczką, udawałam, że czytam, łaziłam z kąta w kąt. Uprzedziłam pielęgniarkę, że jak tylko zjawią sie lekarze, żeby mnie uprzedziła, bo chcę się jeszcze wykąpać. W między czasie zrobiono mi jeszcze dwa razu Usg, które niewiele wniosły do całej sprawy, podpisałam zgodę na zabieg a uprzejma pani doktor poinformowała mnie o ewentualnych powikłaniach w czasie zabiegu i po… Byłam jej niezmiernie wdzięczna, że dobiła już i tak skołatane nerwy.
    Chwile mijały leniwie, nagle ni stąd ni z owąd zrobiło sie zamieszanie, zobaczyłam jak towarzyszka niedoli równie załamana jak ja ciągnie nogę za nogą na sale operacyjną. Od tego czasu wszystko działo sie w przyspieszonym tempie. Szybki telefon do domu, prysznic w expresowym tempie i czekanie. patrzyłam jak wywozili ją z sali, bladą, śpiącą. Serce waliło jak oszalałe, niemal słyszałam jak stuka. Przyszli i po mnie. Wszytkie kobiety wyszły z sal i musiałam uważać, by nie ocierać sie o ich brzuchy, nie widziałam współczucia…
    Rozebrałam się, położyłam na fotelu, przypięto mi nogi, polano miejsce zabiegu czymś co zaczynało mocno piec. Ja dostałam głupawki, coś plotłam do lekarek, jakieś totalne farmazony, strasznie się bałam, że nie zasnę i że zrobią mi zabieg na żywca. Poinformowano mnie, że dostanę trzy zastrzyki i że po drugim zasnę. ja zawsze wyobrażałam sobie powolne zasypianie, budzenie się i takie tam. Po pierwszym zaczęło mi się kręcic w głowie, w połowie drugiego straciłam przytomność….
    Otwierałam i zamykałam oczy, cos majaczyło przede mną „proszę się obudzić, proszę sie obudzić…”
    Ocknełam się już w swojej sali. Pierwsze co poczułam to ból brzucha. Nie miałamm siły, żeby unieść sie na ramionach. Podnosiłam się i opadałam. Okropne uczucie, jak pijana, zamroczona. Zasypiałam i budziłam się. Odkryłam kołdrę i zobaczyłam wielką podpaskę miedzy nogami, nie wiem jakimi siłami założyłam bieliznę leżąca obok. Sięgnełam po telefon, zadzwoniłam do domu i mamrotałam coś…
    Leżałam nieruchomo i płakałam, nie miałam siły otrzec łeż, narkoza nadal działała. Było mi potwornie smutno, że nikogo przy mnie nie ma. Wiedziałam, że już jadą, ale najwazniejszy był moment przebudzenia. Czułam się cholernie samotna, opuszczona a jednocześnie wielką ulgę, że żyje, że sie udało.
    Zasnęłam.
    Wpadł mąż i rodzice. Przytulona przez męża czuła się bezpiecznie, płakałam i dziękowałam, że to już za mną, nie miałam siły opowiadać, cokolwiek mówić. Mąż był umowiony na rozmowę o pracę, musiał jechać, została ze mną mama a ja bardzo szybko zasnęłam. Obudził mnie lekarz, zamaszyście wszedł do sali, był czerowny i rozgadany, pouciskał mój brzuch, powiedział, że jest dobrze i że jak poczuje sie lepiej to moge wyjść dziś. W dwie godziny po zabiegu wstałam do łazienki, zaraz osaczyły mnie ciążówki i domagały sie relacji. Po krótce powiedziałam o co chodzi, byłam osłabiona ale z uporem dopraszałam sie wyjścia, mama niechętnie, ale przystała na to, pomogła sie ubrać i czym predziej pojechałysmy do domu. Tego dnia spałam, cały czas spałam, myslałam o tym wszytkim, płakałam jak nikt nie widział. Nie wiem czemu uparłam sie, by nikt nie widział moich łez. Rany goiły się. W trzy dni po zabiegu dopadły mnie okropne bóle, skrecało mnie potwornie, czulam jakby coś rozrywało mnie od środka. Ginekolog stwierdził, że to goi się macica, zalecił cierpliwość i wypoczynek.
    Potem wszystko toczyłio się bardzo szybko. Wynajęlismy z mężem mieszkanie, od września poszłam do pracy. Chodziłam jak zaklęta, pierwsza praca, obowiązki…Od zabiegu minał miesiąc i własnie teraz zaczełam odczuwać skutki tego o czym pisałam wcześniej – braku płaczu, wylania z siebie żalu. Z dnia na dzień traciłam swój wieczny optymizm, wracałam z pracy i wyłam całe dnie. Dopiero teraz wracały do mnie koszmarne wspomnienia trzech miesięcy ciąży, zabiegu, badań, bólu. Widziałam niepokój męża, widziałam swoją twarz w lustrze i nie wierzyłam, że to ja. Zawsze zadbana, umalowana wygladałam teraz jak zombi. Ubeczana, czerwone oczy, spuchnięta twarz. Codziennie to samo: powrót z pracy i płacz aż do zasnięcia. Dlaczego los tak mnie doświadczył? Nadal nie potrafie spokojnie o tym myśleć, jak wspominam tamte dni zawsze kręci mi się łza w oku. Dlaczego unikałam tamtego tematu, dlaczego nikt nie pozwoli mi tego przeżyć tak jak powinnam czyli becząc, gadając. Nikt nie poruszał tego tematu, bo bali się, że mnie urażą a ja potrzebowałam, rozpaczliwie potrzebowałam tych zwierzeń. I teraz to wróciło, ze zdwojona siłą. Niespokojne noce to codzienność…
    Pierwszy okres to w zasadzie było plamienie i choć już po nim lekarz pozwolił starać się o dzidziusia, ja miałam czekac do lutego, tak postanowiłam i tego chciałam sie trzymać. Drugi okres był nieco obfitszy, myslałam, że juz jest ok. Po wielu dyskusjach z mężęm stwierdzilismy, że jednak nie bedziemy czekać. Ja popadałam w stany depresyjne, uparcie myślałam o kolejnym dziecku a mąż widząc co sie ze mną dzieje, mimo swoich obaw zgodził się na kolejne starania o szczęście, które miało odmienić nasze życie. Nie wiedzielismy wtedy jak fatalną w skutkach decyzję podejmujemy…cdn

    Jumi

    Moje smutki
    04.08.2003
    06.11.2003



    #451767

    jumi

    Re: Czesc IV

    Podjęcie decyzji o rozpoczęciu starań było dla mnie zbawienne. Powrócił optymizm, chęci do życia. Znów byłam wesołą, zadbaną dziewczyną, wiedziałam, że tym razem wszystko sie uda. Mąż mi ciągle powtarzal (nie wiem czy miał przeczucie, czy mnie pocieszał), że na 100% uda sie za pierwszym razem, oczywiście nie wierzyłam, ale co tam. Niecierpliwie wypatrywałam pierwszych oznak płodności. Pojawiły się juz w kilka dni po „miesiaczce”, ruszyliśmy więc do boju…Jakos specjalnie nie wnikałam i nie analizowałam swojej sytuacji, po prostu co pare dni kochalismy się z nadzieją, że zaskoczy. Pamietam dokładnie, że 14 października był dzień nauczyciela. Szkoła zorganizowała nam imprezę. Pojechaliśmy do pięknego zajazdu, ogromny kominek na środku sali, pyszne jedzenie, super atmosfera. Bawiłam się świetnie, tańczyłam jak oszalała.
    Po powrocie do domu wzięłam kąpiel, czułam sie tak fantastycznie odprężona, o niczym nie myślałam i nawet nie za bardzo miałam ochotę na przytulanie. Pomyślałam jednak a co mi tam, przecież to o krok przybliży mnie do szczęścia. W duchu wariowałam z radości, gdy po przytulaniu poczułam znajome „robaczki” w jajowodach. Naprawdę uwierzcie potrafię to wyczuć, nigdy czegoś takiego nie czuję bez powodu. Nadzieja rosła z dnia na dzień, wkońcu zaczęłam czuć znajomy ciężar w brzuchu i ściąganie, napinanie ścięgien w pachwinach i wiedziałam już co jest grane. Nie testowałam jednak.
    Mąż załapał jakąś cholerną grypę, kichał, prychał, wyglądał naprawdę okropnie, musiałam się nim opiekować, weekend postanowilismy spędzić zaszyci w domu, nie wychodzilismy z łóżka, on się kurował a ja odpoczywałam. Okropnie bałam się, że i ja zachoruję. Nie myliłam się, po weekendzie dopadło i mnie. Bóle stawów, mięśni, ogólne osłabienie. Na wtorek miałam wizyte u dentysty, wiedziałam, że przed nią powinnam zrobić test, choć było dopiero 12 dni od ewentualnego zapłodnienia. Wieczorem w tajemnicy kupiłam test. Rano wymknęłam się z łóżka i ze znajomym napięciem zrobiłam go. Byłam spokojna o wynik, poważnie intuicja podpowiadała mi, że nie mam się o co martwić. I nie zawiodła mnie. Ujrzałam ten utęskniony widok, dwie cudowne kreseczki. Znów zauroczona gapiłam się w test. Poleciałam jak na skrzydłach budzić męża i oznajmiłam nowinę. A on biedny, zaspany usmiechnął sie i stwierdził, że wiedział, że uda sie za pierwszym razem. A ja beczałam i beczałam z radości, ze strachu.
    Do dentysty nie poszłam. Błagałam Boga, żeby pozwolił mi szczęśliwie donosić maleństwo. Za dwa dni powtórzylam test i za dwa kolejne dni również. Oczywiście wszystkie pozytywne. Nauczona jednak doświadczeniem postanowiłam nie mówić rodzicom o niczym. Pobiegłam do gina, który umówil sie ze mną za 2 tygodnie na usg. W pracy chciałam wszystkim wyspiewać moje szczęście, jednak bałam się „życzliwych” a jest ich pełno. Przeziębiebnie zaleczyłam malinami, lipą, wit. C i innymi domowymi specyfikami. Czułam sie dobrze, brzuszek „ciągnął”, piersi krąglały. Czekałam tylko na usg a czas leciał.
    Minęło półtora tygodnia. Rano otrzymaliśmy telefon o śmierci dziadka mojego męża…
    panika, bieganie, załatwianie urlopu, nerwy, nerwy.
    W domu zobaczyłam brązową plamkę na wkładce, zlekceważyłam ją, choć serce zamarło mi na ten widok. Na drugi dzień pojechalismy do teściów, pomóc w przygotowanich do pogrzebu, który miał odbyć się nastepnego dnia. Znów ujrzałam plamki, nie było tam ginekologa, nie wiedziałam co robić, jak oszalała wydzwaniałam do swojego, który jak się potem dowiedziałam spędzał urlop w górach. Potępicie mnie może, ale zdałam sie na los, rano pojechaliśmy na pogrzeb, było potwornie zimno, zeszło nam caly dzień. Późnym wieczorem wróciliśmy do domu…rano do pracy.
    Rano nic sie nie działo, myślałam, że może wszystko ucichło, ale za kilka godzin dane mi było dowiedzieć się, że to cisza przed burzą…
    W pracy ścisnął mnie brzuch, zabolało i rozeszło się, za chwilę znów ból rozłał się po brzuchu…
    Poszłam do łazienki…przeżyłam tam koszmar, uwierzcie wiekszy od koszmaru łyżeczkowania…
    Pewnie wyda się Wam to nieprawdopodobne…….. nie wiem czy wogóle dalej pisać…..
    Powiem tyle, że widziałam swoją ciążę na zewnątrz…widziałam swój pęcherzyk ciążowy, błony….
    Dotarłam do domu, w głowie mętlik, nie wiedziałam co robić, zawiadomiłam męża…
    Jakby tego było mało zapisałam się na dwudniowy kurs dokształcający, zapłaciłam, chciałam na nim być.
    Mój lekarz, no cóż, stwierdził, że coś było nie tak (nie jest już teraz moim lekarzem). Ogólnie tydzień koszmarny, okropne krwotoki, bóle, złe samopoczucie.
    Uparcie wysiadywałam godzinami na kursie i czułam jak ronię. Potworne doświadczenie, nie życze najgorszemu wrogowi. Płakałam całymi wieczorami, miałam również wiele chwil, w których nic nie czułam. Było mi obojętne, miałam wszystko gdzieś, nie można się było ze mna dogadać. Nie wiem jak mój mąż to zniósł. Ja popadałam ze skrajności w skrajność. Ogólnie psychicznie przeżyłam to lepiej niż poprzednio, jedynie widoki jakie dane mi było oglądać są bardziej drastyczne.
    Nie walczę z instynktem macieżyńskim, bo to nierówna walka, nigdy nie wygram i nie chcę wygrać. Każdego dnia czuję nieodpartą chęć posiadania dziecka.
    teraz chodze do innego lekarza, jestem w trakcie badań, zamierzam starać sie o kolejne dziecko w lutym/marcu. Dostałam nareszcie normalnej miesiaczki. Takiej jak przed zabiegiem, obfitej, bolesnej, 6-dniowej, chyba za takim okresem tęskniłam. Czekam teraz na wyniki toxo, jesli bedzie ok, to zacznę się psychicznie przygotowywać na kolejną ciążę, łykam folik, odżywiam się zdrowo…
    Wiem jedno, moje doświadczenia nie pozwolą mi z samą radością spojrzeć na pozytywny test ciążowy, zawsze będzie towarzyszył temu strach i niepewność. Nie tak miało to wszystko wyglądać, nie tak wymarzyłam sobie przyszlość…cdn

    Jumi

    Moje smutki
    04.08.2003
    06.11.2003

    #451768

    martato

    Re: Czesc IV

    Jumi trzymam kciuki za Ciebie i Twoja fasolke. Wierze ze juz niedlugo i tobie uda sie dolaczyc do grona mam.

    Marta i Amelka(7.09.03)

    #451769

    anialublin

    Re: Czesc IV

    witam cię bardzo cieplutko.Ja jestem mamą małego człowieczka Michałka,ma 6 mc.Bardzo mocno będę trzymała za ciebie ( za was) kciuki-wierzę że się uda.Bardzo pięknie piszesz i nie przestawaj.Czekam na cd -mam nadzieję że nastąpi Pozdrawiam Ania i Michałek

    #451770

    jumi

    Czesc V

    Jak długo mnie nie było, praca, przeprowadzka, wszystko pochłaniało mnie bez reszty. Nie zapomniałam o maleństwie, ciągle sie staram, ciągle tęsknię…..
    Wypróbowałam już clostilbegyt – niestety bezskutecznie, sama nie wiem co się dzieję, nie mogę uwierzyć, że mamy takiego pecha, że przez tyle miesięcy nie trafiamy. To chyba nie to…
    Wrzesień to dla mnie miesiąc odpuszczenia, chcę dac sobie odpocząć od tabletek, stresów, mierzenia tempki itd. Po ostatnim lamencie jaki urządziłam 1 dnia cyklu postanowiliśmy odpocząć.
    Jedyne co mnie naprawdę zaniepokoiło, to reakcja mojego męża. On- zawsze spokojny, opanowany, cierpliwy zaczął się niepokoić, przebąkiwał, że chyba coś nie tak, że zaczyna się martwić, że po tym cyklu weźmiemy się za badania…ruszyło mnie to. Ja nie poznaje mojego męża, nie mogę uwierzyć, że kiedyś musialam go namawiać na dzidziusia a teraz patrząc na jego minę jak dostaje okresu widzę czekającego, martwiącego sie tatusia. To naprawdę wzruszajace uczucie…
    Wierzę, że i nam się wkońcu uda.

    Jumi



    #451771

    jumi

    Czesc VI

    „Czekam na Ciebie”

    Mam nadzieję, że zobaczę jutro na teście moje maleńkie szczęście. Tęsknię za nim/nią jak za kimś kto już istnieje. Ciągle łudzę się, że to już, płaczę, przeklinam lekarzy, siebie, wszystkich….
    Naprawdę z utęsknieniem czekam na moje maleństwo, dwie nieudane ciąże to o dwie za dużo, chcę wkońcu cieszyć się dzieckiem…
    Zastanawiam się jak to będzie jak znów zobaczę pozytywny test. Za pierwszym razem euforia, za drugim płacz i strach i wiele radości, co teraz będę czuła? Jestem jednak pewna, że niezależnie od tego jakie emocje będą mną targać, chcę je poczuć, chcę znów ze łzami w oczach budzić męża (jakoś tak się dziwnie składa, że on za każdym razem śpi 😉 i patrzeć w oczy pełne zachwytu, że się udało!
    Wierzę, że kolejny post będzie właśnie taki jak sobie wymarzyłam….

    Jumi

    #451772

    jumi

    Czesc VII

    …A niestety nie jest, bo to kolejny miesiąc czekania, starania i sama nie wiem jaki efekt…
    Zawsze modliłam się, żeby już w Święta Bożego Narodzenia dzieszyć się dzieciątkiem w brzuszku i od świąt 2002 każde Boże Narodzenie spędzam „sama”. Jak będzie tym razem? Ciągle sie sugeruję, że może teraz, że październik to najbardziej plodny miesiąc, że w tamtym roku załapałam własnie w październiku…W Święto Zmarłych myślałam o moich małych duszyczkach, nie dane mi było dowiedziec się jakiej płci są, nie ma to dla mnie najmniejszego znaczenia…ale ciekawość i taki smutny niedosyt ciągle mną tragają…
    Strasznie się boję, ale jeżeli teraz sie nie udało, postanowilismy z mężem, że zaczynamy się pożądnie badać, a na wstępie on. Czuję się okropnie jak sie dowiaduję, że koleżanki są w ciąży, jak widz kobiety z „brzuszkami” to aż mnie zazdrość skręca, wiem, że to niedobre emocje, ale tak jest…
    Zobaczymy jak będzie z tą łaskawością losu…może tym razem?

    Jumi



    #451773

    jumi

    Czesc VIII

    Niestety Boże Narodzenie spedzilam „sama”.
    Ale teraz jest inaczej…
    14 stycznia 2005 poczęlo się nasze najukochańsze dzieciątko. Ma zaledwie 9 tygodni, a kochamy je jakby było z nami przez całe życie. Wierzyłam, że wkońcu przyjdzie do nas…i chociaż zaczeło się nieciekawie – moim pobytem w szpitalu, podejrzeniem pozamacicznej, potem podejrzeniem poronienia – nic takiego się nie stalo.
    Widzialam bijące serduszko – moje marzenie, cudowne…
    Wierzę, że wszystko będzie dobrze, że maleństwo nareszcie zapragnęło pojawić się na świecie i po tylu staraniach, wylanych łzach i nieszczęściach nareszcie przytulę swojego malego szkraba.
    Trzymajcie kciuki…

    Jumi

    #451774

    Anonim

    Re: Czesc VIII

    Droga Jumi,
    bardzo sie ciesze Twoja radoscia i modle, zeby tym razem sie UDALO!!! czekam na kolejna czesc

    Ania i 2Aniolki (14.05.2004 i 18.02.2005)

    #451775

    kiniat

    Re: Czesc VIII

    Czytałam Twoje pamietniki i miałam łzy w oczach (chociaż sama ma dwóch bobasków), bardzo sie cieszę, że sie udało i będzie wszystkie 6 szt. kciuków trzymać za Waszą „Trójeczkę”. Trzymajcie sie ciepło.

    Kinga z Kacperkiem i Kubusiem

Postów wyświetlanych: 15 - od 1 do 15 (wszystkich: 28)


Musisz się zarejestrować lub zalogować, żeby odpowiedzieć

Close