Nie mam już sił i zastanawiam się, co dalej…

Postów wyświetlanych: 15 - od 1 do 15 (wszystkich: 24)
  • Autor
    Wpisy
  • #85575

    Anonim

    Uwaga! – bardzo, bardzo długie.

    Kochane, zmieniłam nicka, bo niektóre szczegóły, a właściwie wiele z nich, podane w tej wiadomości nie powinny zostać skojarzone z moją osobą przez niektórych ludzi, którzy mogą mnie tu łatwo znaleźć po zwykłym nicku… to tak, tytułem wyjaśnienia, bo zaraz ktoś mnie oceni, tak jak to już nieraz bywało – więc oświadczam, że nie boję się pisać pod własnym nazwiskiem, dopóki rzecz tyczy się wyłącznie mojej osoby. A ta się nie tyczy.

    Najpierw trochę historii. Ja i mąż jesteśmy rodzicami małego 2-letniego szkraba. Mąż pracuje, ja pracuję. Dzieckiem zajmuje się babcia – zresztą złego słowa na jej opiekę powiedzieć nie mogę.
    Paręnaście miesięcy temu, kiedy byłam na wychowawczym, a mąż wieszał psy na swojej pracy, która co prawda dawała całkiem niezłe zaplecze finansowe, ale za to też sporą dawkę negatywnych emocji i żadnych możliwości rozwoju, ten ostatni wpadł na pomysł, żebyśmy wrócili do własnej działalności.
    Nawiasem mówiąc, było to niedługo po zamknięciu poprzedniej, która przestała istnieć, bo była nierentowna, a właściwie mniej rentowna, niż praca na etacie na stanowisku, jakie zdobył mąż. Jednak praca nie dawała mu satysfakcji, jego szef też wiele pozostawiał do życzenia jako manager (obiektywnie), więc mąż wysuwał wiele argumentów w kierunku nowego zajęcia. Pokrótce mówiąc, sprawa miała wyglądać tak, że on będzie nadal pracował, zarabiał, a jednocześnie weźmie kredyt gotówkowy i ja, z pomocą mamy przy dziecku, zajmę się rozkręceniem nowego interesu.
    Ponieważ nie zamierzałam wracać do mojej firmy (szkoda gadać, dlaczego), a argument, że będąc w domu mam szansę wszystko na spokojnie przygotować, zaplanować, podszkolić się, a następnie otworzyć i rozwinąć w początkowym okresie działalność był trudny do zbicia. Plan był taki, że kiedy firma ruszy i zacznie jako tako funkcjonować, a ja przestanę sobie sama radzić ze wszystkim, on odejdzie ze znienawidzonej pracy i dołączy do mnie. Cel był jasny. W międzyczasie miał mi pomagać, wieczorami i w weekendy.
    Pewnie zastanawiacie się, co takiego mieliśmy zamiar robić. Otóż po paru dłuższych rozmowach decyzja zapadła: „otwieramy salon meblowy”.
    Otworzyliśmy.
    Ile to mnie kosztowało pracy i nerwów, męża zresztą też, chociaż w mniejszym stopniu, trudno ocenić. Najpierw ja musiałam się wiele nauczyć. Potem powstawała ekspozycja. Jednocześnie sama robiłam naszą stronę internetową. Zainwestowaliśmy w dobry program projektowy, meble, lokal kilkadziesiąt tysięcy złotych. W lokalu siedzieliśmy po nocach, wracaliśmy do domu o 3-4 rano. Urządziliśmy się w końcu, zabezpieczyliśmy środki na rozruch kolejnym kredytem 🙂 ….i ruszyliśmy.
    Nie, wcale nie było źle. Szczerze mówiąc ledwo się wyrabiałam z robotą. Z czasem pracowałam już po nocach, wieczorami, weekendami, projekty, projekty, projekty.
    Zważywszy, że jestem tam sama, a wszystko czyli przygotowanie dokumentów, pomiary pomieszczeń, podpisywanie umów, wyceny, projekty, obsługa klientów, zamówienia własne, faktury, kasa fiskalna, remanenty, łącznie z aktualizacjami strony internetowej, wszystko jest wyłącznie na mojej głowie. Dodam, żeby zobrazować, że umowa wykonania ma jakieś 20 stron, a sam projekt przygotowuje się nieraz kilka tygodni, wliczając zmiany wprowadzane przez klienta. Projekt wstępny, jaki zawsze robię klientowi za free, zajmuje dobrych parę godzin.
    Krótko mówiąc, nie mam się kiedy podrapać w wiadomą część ciała. Obecnie mam kilkadziesiąt zapytań, a w salonie nieraz nie mam kiedy do nich usiąść, bo cały czas ktoś do mnie przychodzi. W tego typu działalności nieraz poświęca się klientowi 1-1,5 godziny.
    Zajęłam się rozwojem firmy. Zmieniam ekspozycję, urządzam do końca studio. To inwestycja, która pochłonie kilkadziesiąt tysięcy złotych. Staram się więc zdobywać jak najwięcej zamówień, pracuję po nocach, prawie nie śpię, niewiele jem, bo nie mam kiedy. Dziecko nieraz ogląda mnie przez godzinę, dwie dziennie.
    Ale nie o to chodzi.
    Mój mąż już się znudził pomysłem. Firma istnieje od roku – miał mi pomagać, ale nie zrobił jeszcze nawet jednego projektu. To, co robi, to zajmuje się dzieckiem – po pracy bawi się z nim, kąpie, usypia. Wszystko to w atmosferze pretensji, że znowu mnie nie ma, że znowu siedzę przy komputerze i rysuję, rysuję, rysuję…. Zajęć mam tyle, że starczyłoby dla czterech osób, nic więc dziwnego, że często wieczorami pracuję; jestem w domu, ale jednocześnie jakby mnie nie było. No bo co mam powiedzieć klientowi, który od tygodnia czeka na wstępny projekt i wycenę? Ale do mojego męża to nie dociera. Słyszę, że dziecko mnie nie będzie chciało znać, że on ma też dosyć. Ale on poza zajmowaniem się dzieckiem nie robi nic. Jeden raz; słownie: JEDEN umył w domu naczynia (a nie mamy zmywarki jeszcze) – teraz jeżeli ktoś je myje, to moja mama, żeby nam pomóc. Czasami poodkurza i to wszystko, jeżeli chodzi o roboty domowe. Zakupy robimy razem, pranie, składanie, wieszanie itp wyłącznie ja.
    Ja średnio dwa wieczory w tygodniu zaraz po powrocie z pracy siadam znowu do komputera. Wtedy mój mąż sam cały wieczór bawi się z dzieckiem – dodam, że sam przy tym ma świetną zabawę, nie robi tego z musu, potem kąpie, karmi i kładzie spać. W pozostałe dni wieczór spędzamy wspólnie z dzieckiem, bawimy się, potem jedno z nas kąpie, drugie daje kolację. Potem któreś usypia. Następnie (a jest to mniej więcej 22-ga) mój mąż idzie oglądać TV, a ja… siadam do projektów. Idę spać średnio o 2-3 w nocy, zasypiam przed monitorem… Kiedy wracam na górę (komputer mam piętro niżej) mój mąż dawno już śpi na kanapie…
    Nie mam jak inaczej. Słyszę – zatrudnij kogoś. Tłumaczę, że jeszcze za wcześnie, że jeszcze mnie nie stać. Mam naprawdę olbrzymie koszty, teraz doszła nowa ekspozycja. Mam nadzieję, że jeszcze pół roku i będzie spokojnie, wtedy wszystko wróci do normalności. Tłumaczę mu, że przecież wiedział, co oznacza własna firma i do tego przedsięwzięcie zrealizowane z takim rozmachem. Że wiedział, że oznacza to rok, dwa wyjęte z życiorysu. Co mam teraz zrobić? Zostawić to wszystko? On mówi „odpuść sobie trochę”. JAK? Czego mam nie zrobić? Mam nie wystawić faktur? Nie przygotować umów? Co drugiemu klientowi mówić „spadaj, bo nie mam czasu, jesteś ponad program”?
    Nieraz prosiłam, kiedy szkrab już spał: choć, pokażę Ci, co i jak, nauczę Cię projektować, będziesz mi pomagał. Zawsze słyszę: „nie mam czasu, nie mam siły, teraz źle się czuję, dzisiaj mi się nie chce….” Mnie się musi chcieć, nie mam wyjścia.
    Mój mąż wymyślił sobie teraz co innego. Nową zabawkę. Chce zmienić pracę, nasze studio już go nie interesuje. Ma na oku coś lepszego. Powiedziałam OK., dlaczego nie, jeżeli woli. Tylko trochę teraz czuję się oszukana; ja robiłam to wszystko dla nas, w imię czegoś się poświęcałam, teraz okazuje się, że to wszystko robię wyłącznie dla siebie.
    W okresie międzyświątecznym, kiedy byłam na urlopie dałam swojej rodzinie całe cztery czy pięć dni w całości, spędziłam je wyłącznie z nimi, na zabawie, spacerach, rozmowach, wizytach u rodziny. I kiedy po tych kilku dniach, a kilku jeszcze wolnych przed sobą, wspomniałam, że pójdę coś nadgonię, mój ślubny urządził mi karczemną awanturę.
    Wtedy przemogłam się i dokonałam wreszcie sztuki pozbierania rozbieganych myśli. W wyniku tego napisałam mu mail, podsumowując swoje odczucia (które zresztą komunikowałam w trakcie niejednej kłótni), o którym to mailu go poinformowałam i poprosiłam, żeby przeczytał i się ustosunkował (Zamieszczam poniżej, on chyba lepiej zobrazuje to, co mam do powiedzenia. Nazwy, nazwiska itp. zmienione. Wyjaśnienia w nawiasach.)
    Dodam, że… nawet go nie przeczytał. Nie był specjalnie zainteresowany.

    „Nigdy nie sądziłam, że tak właśnie będzie to z Twojej strony wyglądać, bo gdybym miała chociaż cień podejrzeń, że tak będzie, to w ogóle bym się za to wszystko nie wzięła.
    Mam tyle roboty, że ledwo się ze wszystkim wyrabiam, a właściwie to się nie wyrabiam, bo notorycznie zawalam te mniej ważne, a raczej mniej naglące rzeczy – chociażby wyceny. Ale kiedy już mam szansę trochę się z tym wszystkim obrobić, słyszę:
    – że nie mam czasu dla dziecka,
    – że robię z Ciebie kurę domową,
    – że „co ze mnie za matka, skoro nie lubię spędzać czasu z własnym dzieckiem”
    – że uciekam
    – że się wymiguję
    – że Ty masz dosyć
    a wiesz, ja też mam dosyć. Takiego traktowania.
    Kompletnie brakuje Ci empatii, poczucia odpowiedzialności za podjęte w ramach firmy zobowiązania, zrozumienia, tolerancji, zaangażowania.
    Ironizując: tak, wiesz, pewnie że wolę siedzieć na telefonie i próbować się po raz enty dodzwonić do M. (dostawca), który nie odbiera (a klient mnie gnębi), niż zbudować z dzieckiem basen z klocków. Wolę wisieć na słuchawce rozmawiając w dziesiątkach spraw, z fabryką, z D., z A., z R., z M. (firmy podwykonawcze), z klientami itp itd – niż poczytać z dzieckiem książkę czy posłuchać muzyki. Wolę o drugiej w nocy rysować kolejny projekt i robić wycenę, którymi już rzygam, niż po prostu poleżeć sobie i pospać przed telewizorem, poczytać książkę czy po prostu iść spać jak inni normalni ludzie. Tak, pasjami uwielbiam się przepracowywać, niejedzenie to moje hobby, brak snu mnie uskrzydla a nikły kontakt z dzieckiem dodaje mi sił. Tak, kocham to. Uwielbiam.

    Sam siebie posłuchaj, jak głupie jest to, co mówisz.
    Na zmianę słyszę: że nic innego nie robię, tylko siedzę na forum, że nie piorę i nie sprzątam, że jestem źle zorganizowana, a za chwilę, że żyję tylko firmą i że jak nie w firmie, to ciągle mam coś do zrobienia – sprzątanie, pranie itp i że uciekam od dziecka. To kim w końcu jestem: leniem czy pracoholikiem? Zdecyduj się.

    Dzisiaj mnie olśniło, już wiem, w czym rzecz. Ty się kompletnie nie utożsamiasz z tą firmą, dla Ciebie ona nie jest NASZA, ona jest MOJA.
    Denerwuje Cię, jak Cię wciągam w sprawy studio – bo przecież one nie są Twoje.
    I dodatkowo jeszcze wkurza Cię fakt, że nie możesz mi tego wypomnieć prosto w oczy, no bo jak by to wyglądało. Trzeba zachować pozory…
    Teraz nie dość że mam na głowie taką ilość spraw, która przerasta przeciętnego człowieka, że żyję pod ciągłą presją czasu, bo jest fizycznie niemożliwe, żeby to wszystko załatwić w określonym okresie, to jeszcze dodatkowo musze się stresować Twoimi wyrzutami i pretensjami, że jak szybko się nie uporam, czy za późno wyjdę z biura, czy też poświęcę trochę „wolnego” czasu na firmę, dostanę opiernicz od Ciebie. Dziękuję kochanie za „wsparcie”. Twoje wsparcie, mówiąc metaforycznie, polega na regularnym dawaniu mi kopów w d….ę, żebym szybciej biegła, a które w rzeczywistości powalają mnie na ziemię.

    Ale Twój brak empatii w tej materii (tak przynajmniej sądzę, bo wolę wierzyć, że nie jest to obojętność) nie pozwala Ci odczuć tego wszystkiego na własnym tyłku, więc wolisz się powozić po mnie – zapominasz, że jestem tylko jedna, a każdy klient (i nie tylko klient) oznacza dziesiątki spraw do załatwienia.

    Ja muszę:
    – przygotowywać dokumenty do księgowej
    – fiskalizować sprzedaże, wystawiać faktury końcowe i zaliczkowe – żeby to zafiskalizować prawidłowo nieraz trzeba się nagłówkować, a jeżeli jeszcze klient sobie coś wymyśli….
    – robić projekty i wyceny – każdy projekt i wycena to przynajmniej dwie-trzy godziny
    – przygotowywać i podpisywać umowy – każda umowa to dziesiątki ustaleń, haczyków, poprawek, zamówień, opisów, telefonów; ale skąd masz wiedzieć, jak to wygląda, skoro nigdy tego nie posmakowałeś
    – płacić faktury, prowadzić ewidencję płatności odroczonych, robić kalkulacje, żeby na wszystko starczyło
    – uzgadniać montaże, realizacje, nieraz to oznacza dwadzieścia, trzydzieści rozmów telefonicznych w ciągu dwóch godzin; gdzie mają dowieźć sprzęt AGD i czy będzie go kto miał rozładować, gdzie i o której muszą trafić meble, czy się uda, o której kierowca przyjedzie, czy też wcześniej dowieźć, kto rozładuje, ile to będzie kosztować, zamówić sprzęt, ustalić ceny, w dniu montażu ciągły kontakt telefoniczny z montażystą, kierowcą, klientem; ustalenia, ustalenia, ustalenia, które zazwyczaj nie idą zgodnie z planem, bo zawsze wydarzy się coś po drodze itp. itd.
    – zamawiać sprzęt, akcesoria, główkować, gdzie jakie halogeny, transformatory, gdzie jakie łączenia i mechanizmy, każdą jedną duperelę muszę przemyśleć i ustalić, zwłaszcza teraz, kiedy wciąż jeszcze się uczę, jest to trudne i czasochłonne. I stresujące – bo co będzie, jeżeli czegoś nie dopatrzę, jeżeli coś przeoczę; każda pomyłka wiąże się z kosztami, które mogą być potencjalnie bardzo wysokie. A wszystko robię na własną wyłaczną odpowiedzialnośc.

    Najłatwiej powiedzieć komuś, że ucieka, że się wymiguje. Najłatwiej ranić, wygłaszając pochopne osądy i krytykować nie znając przyczyn. Czy ty naprawdę sądzisz, że nie wolałabym teraz posiedzieć z Wami?
    Chociaż swoją drogą mam do Ciebie żal i odsuwam się od Ciebie; nie wiem, czy to zauważyłeś; trudno nie mieć żalu w tej sytuacji.
    Spędziłam z Wami kilka dni będąc tylko i wyłącznie dla Was. Nie wykonałam nawet jednego telefonu w sprawach firmy – chociaż powinnam. Te kilka dni dało mi mnóstwo radości, szczęścia. Sądziłam, że Wam – Tobie – też. Ale okazuje się, że dla Ciebie to było tylko spełnienie małżeńskiego i macierzyńskiego obowiązku, miejsce kobiety jest przy rodzinie, prawda? Sądziłam, że może usłyszę „dziękuję, kochanie, za te kilka dni, które nam dałaś, doceniam”. Nie, przecież to żaden dla mnie problem i wysiłek. Przecież jedynym moim zajęciem jest się opier…..
    Sądziłam.. nie, sądziłam, to złe słowo. Miałam nadzieję – że powiesz „Kochanie, idź, masz parę dni luzu, ponadrabiaj sobie w spokoju to, co masz zaległe, my się tu wszystkim zajmiemy, ja jestem na urlopie, mam czas, mieszkanie jest posprzątane, jedzenie kupione i ugotowane, pracuj sobie spokojnie, nie stresuj się, ile Ci to zajmie, tyle zajmie, a może nasze życie wróci później do jako takiego ładu.

    Dzisiaj, w ciągu czterech godzin, od 13.00. do 17.00. wykonałam 27 telefonów – tylu wymagało załatwienie, z grubsza, sprawy p.X.
    W międzyczasie wysłałam (pomijając kłopoty ze zrywającym się połączeniem internetowym) cztery maile i kilka sms’ów w innych sprawach.
    Mam przed sobą kupę roboty, a za sobą parę niezbyt przyjemnych i budujących rozmów telefonicznych a na deser awanturę z Tobą. Genialny doping dla efektywnej pracy.
    I teraz, zamiast zając się tym, czym powinnam, piszę maila, żeby wyjaśnić (o ile się tym razem uda) Ci rzeczy, które powinny być dla Ciebie oczywiste.
    Szkoda, że nie są.

    Nic nie wiesz o tym stresie, który towarzyszy mi każdego dnia, przy każdym zamówieniu i beztrosko dokładasz mi kolejnych, w postaci braku zrozumienia, pomocy, bezpodstawnych oskarżeń i pretensji.

    Gdybyś rzeczywiście chciał mi pomagać, gdybyś ustożsamiał się z firmą, sam byś zaproponował, że coś załatwisz, że zostaniesz z małą, że jakąś sprawę przejmiesz. Ale nie. To co robisz, robisz, bo Ci nie wypada odmówić. Nie dlatego, że chcesz mi pomóc. Mi meble i mieszkania śnią się już po nocach. A mogę liczyć tylko na siebie. Jestem sfrustrowana, przemęczona, zgnębiona.”

    No i tyle, to chyba wszystko wyjaśnia. Nie wiem, dokąd nas to wszystko zaprowadzi. Byliśmy kochającym się, zgodnym, szczęśliwym małżeństwem. Teraz bardzo odsunęliśmy się od siebie. Mój mąż jest pracowitym, odpowiedzialnym, kochającym, troskliwym człowiekiem… i nie mam pojęcia, dlaczego tak się zachowuje. Dlaczego mnie nie wspiera. Co dalej?

    A może to ze mną jest coś nie tak?

    Przepraszam Was, że tak długo… musiałam się komuś wreszcie wygadać. Jeżeli ktoś dobrnął do końca i zechce napisać parę słów, chociażby krytycznych, bardzo mu za to dziękuję.

    Pozdrowienia dla Was wszystkich,
    D.

    #1298825

    ahimsa

    Re: Nie mam już sił i zastanawiam się, co dalej…

    Własna firma to zawsze oogrom pracy! Zwłaszcza w okresie jej tworzenia. Pierwszy rok to ciężka orka. Mój tata, który prowadził swoją firmę, nie miał urlopu 20 lat! Nie pozwolił sobie na to…
    A Twój mąż zachował się jak nieuczciwy wspólnik, który nie dotrzymał umowy. No cóż…jesli jesteś zdecydowana powalczyć to chyba dobrze. Pogadaj z mężem konkretnie. To wszystko, co tu napisałaś przedstaw mężowi. I może jakoś uda się rozsądnie podzielić obowiązki? Szkoda rezygnować z dobrze prosperujacego, dającego satysfakcję przedwsięzięcia!
    Powodzenia! Nie rezygnuj z tego co robisz:)

    Mat 2,4l. i lipcowy chłopczyk



    #1298826

    gruszki

    Re: Nie mam już sił i zastanawiam się, co dalej…

    Przeczytałam do końca i w pełni Cię rozumiem. Też mam pracę, w której nie da się odpuścić sobie, zrobić sobie wolniejszy dzień, czy sie nie stresować. Dlatego jestem od 2 miesięcy na zwolnieniu, bo takie tempo nie najlepiej wpływa na moja ciążę. Po prostu, albo pracuje pełną para, albo w ogóle, nie ma tu kompromisu. Wyrozumiałości co do mojej pracy nie mają moi rodzice, którzy zachowują się tak, jakbym specjalnie zostawała po godzinach, żeby nie być z dzieckiem. Tłumacze to tym, ze oni żyli w innych czasach, gdzie normą była praca od 7 do 15. Jednak wściekam się strasznie, bo pewnych rzeczy nie da się pogodzić. Współczuje Ci jeżeli tego zrozumienia nie masz u męża. Tym bardziej, ze działalność gospodarcza miała być Waszym wspólnym przedsięwzięciem. To on tak na prawdę namówił Cię do tej pracy. Miałaś wykonać najgorszą pracę polegającą na rozkręceniu firmy. Właściwie z tego co piszesz, to już blisko do stabilizacji firmy. Nie rozumiem, dlaczego Twój maż się tak zachowuje, może obawia się, ze jak zacznie Ci pomagać to też będzie miał taki zawrót głowy i wtedy żadne z Was nie będzie mogło poświęcić wystarczająco dużo czasu dla dziecka. jednak chyba o to chodzi w działalności gospodarczej, jak masz dużo klientów to jest sukces, który oznacza też dużo pracy. Życzę Ci, żebyś jak najszybciej mogła pozwolić sobie na zatrudnienie pracownika, chociaż wiem, że i tak pewne sprawy najlepiej poprowadzi się samemu. Zupełnie nie wiem co Ci doradzić. Podziwiam Cię, że miałaś odwagę otworzyć działalność gospodarczą, która jest tak dużą inwestycją i dla mnie oczywiste jest to, że prowadzenie jej wymaga poświecenie duuużo czasu. Czemu o tym zapomniał Twój mąż,?Zupełnie nie rozumiem.

    i synek 03.07

    #1298827

    kotus

    Re: Nie mam już sił i zastanawiam się, co dalej…

    Pierwsze myśli po przeczytaniu całego Twojego posta są takie…. wyobraż sobie,że jesteście zaprzęgnięci do jednego wozu,który ciągniecie i jeden koń rozpędził się,a drugi po prostu nie nadąża.Zobrazowanie z dziedziny sportu to Ty jesteś długodystansowcem Twój mąż nadaje się tylko do biegu na krótki dystans.Wiesz…nie każdy może być takim komputerkiem jak Ty,który ma zainstalowanych tyle programów.Powiem Ci szczerze,że rozumiem Twojego męża i w moim domu to ja stopuję swojego męża.On swego czasu miał nieskonczoną ilośc pomysłów na biznes,a z moich ust wychodziło często-NIE !!.I co z tego,że tyle pomysłów jak chłop wszystkiego nioe ogarnia i żyje w stresie.Na dodatek to co robił samowolnie np otworzył drugi sklep,z którym ja się nie zgadzałam nie przynosił żadnych zysków.Co zaobserwowałam w naszym małżeństwie,że kiedy robimy coś w jedności jest w tym błogosławieństwo,a jesli on cos robi na własną rękę nie przynosi to żadnego pożytku.Nie wszystko można przeliczyć na pieniądze.Dla mnie spokój i szczęscie rodzinne jest droższe od pieniędzy.Ostatnio spotkałam kolegę,który jakiś czas temu chwalił się,że jego żona otworzyła zakład fryzjerski i po prostu rewelacja.!!!Na dobrą sprawę to on nie musiałby pracować.I co się po jakimś czasie stało?Dobre kochające się małżeństwo zaczęło się rozpadać.On wyprowadził się do matki,bo nie potrafią się dogadać.Pocieszyłam go że wszystko będzie dobrze,wielkie wody nie ugaszą miłości i miłość mocna jest jak śmierć.Powiedziałam,że wierze,że wszystko będzie dobrze.Na te słowa przytaknął mi.Następnym razem kiedy się spotkaliśmy powiedział,że w zasadzie jest już bardzo dobrze.Jego żona zwolniła tępo,przestali przeliczać wszystko na pieniądze,kupili sibie wielka wannę wskakują do niej siedzą i gadaj,gadają i gadają 🙂 Teraz w dobie pogoni za pieniędzmi można się nie żle zapędzić w kozi róg.Masz dobrego męża,który kocha Cię i Wasze dziecko i nie pozwól,aby wasze małżeństwo rozpadło się.Mówisz,że on ma za mało empatii dla Ciebie,ale to może Ty masz za mało empatii dla niego.Zrozum go,że on nie daje rady .Ja w czasie sezonu kiedy otworzyliśmy pensjonat przez 2 mies zapomniałam jak się nazywam.Trója starszych dzieci choć nam pomagała to jednak mimo wszystko są na głowie matki.Wyprać za nie wyprasować,dać jeśc,zakupy.czwarta Marysia zaczynająca chodzić.Cała chałupa ok 400m2 do posprzątania.Przez 2 mies zapomniałam jak się nazywam.Psychicznie dochodziłam do siebie do grudnia.Nasze małżeństwo niestey tez troszkę ucierpiało ,relacje musieliśmy odbudowywać.STOP !! nigdy więcej.Na drugi rok zatrudniam ludzi do pracy.Wolę nmniej zarobić,ale spokojniej zyć i tak,żeby dzieci miały spokojną matkę,a mąz żonę.Tak myślę,że musisz sobie wszystko poukładać,bo ,albo ucierpi na tym Twoja rodzina,albo Twoje zdrowie.Sorry,że tak chaotycznie napisałam..Pozdrawiam

    #1298828

    eunike

    Re: Nie mam już sił i zastanawiam się, co dalej…

    Uważam że mąż zachowuje się bardzo nie fair wobec Ciebie. Naprawdę nawet nie przeczytał tego maila? Pogadaj z nim bardzo stanowczo, wręcz zmuś go, żeby Cię wysłuchał! Ja bym wręcz postawiła mu ultimatum (tak tylko żeby nim wstrząsnąć, dać mu do myślenia), że albo Ci pomoże, tak jak się przecież umawialiście, albo zamykasz tą działalność.


    Cyprianek (listopad 2005)

    #1298829

    eunike

    Re: Nie mam już sił i zastanawiam się, co dalej…

    Kotuś, ale z czym on niby nie daje rady?? Ze swoją ciepłą posadką, z bawieniem się z dzieckiem czy spaniem przed telewizorem? Przecież to nie jest przypadek typu – mąż i żona żyją sobie spokojnie i nagle żona wpada na pomysł, że SOBIE otworzy działalność i zaniedba rodzinę. Oni mieli wspólne plany, żona wykonała całą najgorszą robotę, a mąż zwyczajnie się na wszystko wypiął! To nie fair z jego strony.


    Cyprianek (listopad 2005)



    #1298830

    daga-j23

    Re: Nie mam już sił i zastanawiam się, co dalej…

    Współczuję Ci trudnej sytuacji. Twój mąż pewnie nie wyobrażał sobie ile to roboty z własną firmą i to taką jak Wasza, sporą, gdzie naprawdę trzeba się narobić, nad wszystkim czuwać, zgodzić pracę wielu ludzi i jeszcze, żeby klient nie narzekał, a chwalił. Wzięłaś na siebie bardzo dużo i na pewno potrzebujesz pomocy, a jeśli nie jest możliwy jakiś etat, to przynajmniej wsparcia w domu, co nie. Mam nadzieję, że Twój mąż w końcu przeczyta tego maila i zrozumie Twoje odczucia, bo chyba on rzeczywiście pomyślał, że Tobie się ta firma tak spodobała, że jest dla Ciebie ważniejsza niż dom. A to nie o to chodzi, co nie. Chodzi o to by rozruszać interes, a nie tylko zacząć, stwierdzić, że jest za trudno i zwinąć żagle. Nic nie przychodzi bez wysiłku. A w małżeństwie do wspólnego celu powinien prowadzić wspólny wysiłek.. Twój mąż namawiała Cię do własnego interesu i mówił, ze porzuci starą pracę byście razem pracowali na swoim, doprawdy nie rozumiem, czemu się mu odmieniło, ale nie znam go przecież, więc jedynie Ci życzę by to przemyślał i Ci zaczął pomagać. Jeśli rozłożycie część pracy na dwoje to będziecie mogli na zmianę być przy dziecku i nikt nie będzie poszkodowany. A interes się rozkręci i tak jak mówisz, za jakiś czas będziecie mieli pewnie więcej luzu. Twój mąż musi poczuć ciężar tej pracy by mógł Cię docenić i zmienić swoje nastawienie. Kredyty są Wasze wspólne, więc może ten argument na niego zadziała, że trzeba pracować by to spłacić. Z góry powiedzieć np., za tydzień we wtorek pokażę Ci jak robić projekt i zrobisz jakiś tam a ja w tym czasie wykąpię dziecko i ułożę do snu. No taki przykładowy krok do przodu..
    Oj, życzę powodzenia!

    Dagmara i

    #1298831

    kotus

    Re: Nie mam już sił i zastanawiam się, co dalej…

    Monia ja tak patrzę ze swojego punktu widzenia.Ja go przecież nie znam.Może dorotka mogłaby w tej kwestii cos powiedzieć.Męzczyżni na ogół są bardziej uparci,być może trzyma go jaklaś duma ,że zona rozkręciła biznes,na dodatek musi go uczyć.Ona będzie się czuła usatyafakcjonowana,a on może czuje ,że tylko potrafi bawić dzieci….Nie wiem tylko gdybam.Być może,że chłop miał dobre chęci prowadzić ten biznes,ale widząc poświęcenie zony to wszystko przerasta go.Może nie chce tak życ,może chce spokoju tak jak ja.Może pomagał by jej gdyby zatrudnili kogos do pomocy.Być może ta gonitwa powoduje,że chowa głowę w piasek.Nie każdy jest tak silny psychicznie i fizycznie,żeby tyle czasu pracować.Mój mąż też narzekł cały czas,że mu cięzko w tym co robi.Słuchajac go tak ciągle wymyśliłam coś lżejszego .Bardzo chciałam mu w tym pomagac i gdyby nie ciąża to pewnie zaangazowałabym się tym na maxa.Też nam jest cięzko,ale kiedy ciężary przygniataja nas rozmawiamy i pytam się ,a może sprzedamy ten interes ja jestem gotowa na wszystko ,nic ponad siły,a wtedy on zastanawia się i mówi,że nie warto,że musimy to przetrwać,że opłaca się przez jakiś czas przemęczyć ,chwila zastanowienia i idziemy dalej…Tak i dorotka musi znalezc jakies wyjście.Jesli nie chce odpowiadać na maile to może musi znalezć inny klucz ,aby dotrzeć do swojego męża,albo zatrudnić kogoś,być więcej z męzem,a jemu dać wolną wolę,żeby znalazł sobie nową pracę,niewiem….:-/

    #1298832

    ahimsa

    Re: Nie mam już sił i zastanawiam się, co dalej…

    W odpowiedzi na:


    Na dodatek to co robił samowolnie np otworzył drugi sklep,z którym ja się nie zgadzałam nie przynosił żadnych zysków


    Hmm…zdaje sie, że tu sytuacja jest diametralnie inna!

    W odpowiedzi na:


    zaobserwowałam w naszym małżeństwie,że kiedy robimy coś w jedności jest w tym błogosławieństwo


    No to niech się chłop wreszcie zjednoczy i zacznie pomagać! Dlaczego to kobieta ma rezygnowac ze swych ambicji i tego, co jej sprawia przyjemność w imię ratowania małżeństwa? A gdzie JEGO odpowiedzialność i dotrzymywanie słowa? Nie każa kobieta się sprawdzi przy garach i kuchni;)
    Muszą RAZEM poważnie przemyśleć sytuacje. I znaleźć kompromis. A rezygnacja z pracy i to dobrej pracy- to dla mnie słaby kompromis!

    Mat 2,4l. i lipcowy chłopczyk

    Edited by ahimsa on 2007/02/10 22:18.

    #1298833

    nucha

    Re: Nie mam już sił i zastanawiam się, co dalej…

    „Mój tata, który prowadził swoją firmę, nie miał urlopu 20 lat! Nie pozwolił sobie na to… ”

    Mogłabyś napisać jaką firmę prowadził tata? Chyba dosyć sporą, skoro nie mógł pozwolić sobie na urlop…:(

    Ania i



    #1298834

    ahimsa

    Re: Nie mam już sił i zastanawiam się, co dalej…

    Właściwie to miał dwie. Jedna- to był właścicielem szkoły nauki jazdy a druga to kredyty- też swoja działalność. Jedną filię prowadziłam mu ja. Na serio, czasem tylko się odwrócisz a pracownicy okradną:(((( I niby zaufani. Ale to na inną story.

    Mat 2,4l. i lipcowy chłopczyk

    #1298835

    kamelia

    Re: Nie mam już sił i zastanawiam się, co dalej…

    A jeśli Twój mąz po prostu boi się przyznać, że przeliczył swoje siły… Że myślał, że podołacie, a teraz stracił taka wiarę… A jak nie wierzy, to i się nie angażuje… A może jest zwyczajnie słaby i cierpi na „niemoc” (zwyczajny leń na przykład, tak też może być)…

    Nie wiem czy mogłabym zrozumieć, wybaczyć, bo z tego co piszesz nadużył Twojego zaufania. Miało być „razem” a teraz to nawet wsparcia nie ma z jego strony, nie mówiąc już o współdziałaniu… Myślę, że sytuacja dojrzała do zmian, długo tak nie pociągniesz i długo tego nie zniesie Twoje małżeństwo. Pora na szczerą rozmowę i zmuszenie męża do dokonania wyborów, kto i czym się zajmuje…

    Kamelia z Michałkiem (ponad 3 lata) i chyba-Mają (35 tc)



    #1298836

    Anonim

    Re: Nie mam już sił i zastanawiam się, co dalej…

    Kochane, dziękuję Wam bardzo za odpowiedzi, za to, że przebrnęłyście przez te moje przydługie wypociny… Postaram się wyjaśnić niektóre kwestie przez Was poruszane, może to da bardziej przejrzysty obraz. Dlatego odpowiem pod swoją wiadomością, tak będzie mi łatwiej.

    Kotuś, ten biznes to był Jego własny pomysł. Tym bardziej nie rozumiem, dlaczego zupełnie się ode mnie w tej sprawie odsunął. Czuję się trochę zostawiona sama sobie. Teraz jemu pojawiła się inna możliwość pracy, nie powiem, atrakcyjna i powiedziałam mu sama, że mu daję wolną rękę, jeżeli chce, ma moje błogosławieństwo, ja sobie w studio dam radę jeszcze przez jakiś czas, a potem kogoś zatrudnię. Ale nie rozumiem jego ciągłych pretensji. Wiem, że jemu jest ciężko, bo prawie mnie nie ma, bo to on w większości zajmuje się dzieckiem, ale to nie jest nasza pierwsza działalność i wiedział, z czym wiąże się rozkręcenie biznesu – a zwłaszcza w wypadku dość skomplikowanej i kapitałochłonnej branży, jaką jest projektowanie wnętrz i wykonanie mebli. Ale mnie wcale nie jest łatwiej, tym bardziej, że dochodzi do tego wszystkiego poczucie winy, że mam bardzo mało czasu dla dziecka.

    W odpowiedzi na:


    Nie wszystko można przeliczyć na pieniądze.Dla mnie spokój i szczęscie rodzinne jest droższe od pieniędzy.


    Kotuś, dla mnie także, ale to nie o to tu chodzi. My zainwestowaliśmy w tą działalność ok. 80 tys zł – dodam, że pożyczonych. Nie mogę jej teraz tak po prostu zamknąć, bo zostanę z długami, w sumie nie mam wyboru. Poza tym, to byłoby bez sensu – poświęcenie moje, jego i naszego dziecka również, a także mojej mamy, która pomaga nam jak tylko może, poszłoby przysłowiowemu psu na budę. Tym bardziej chcę tą działalność ustabilizować. Nie chodzi o to, żeby zarobić więcej, tylko żeby zachować płynność finansową. Muszę jeszcze spłacić ekspozycję oraz spróbować przynajmniej w części spłacić kredyty. Na razie nie stać mnie na pracownika, mam za duże koszty, może za dwa, trzy miesiące będę mogła sobie na to pozwolić, żeby kogoś przyjąć i mieć więcej czasu.
    Sama działalność nie powstała dla zdobycia bogactwa , chcieliśmy mieć po prostu więcej samodzielności, środki na życie i decydować sami o sobie, to był nasz cel, działalność jest tylko drogą do tego celu… zawrócić z niej teraz, kiedy jestem już prawie u kresu.. to bez sensu.

    W odpowiedzi na:


    Też nam jest cięzko,ale kiedy ciężary przygniataja nas rozmawiamy i pytam się ,a może sprzedamy ten interes ja jestem gotowa na wszystko ,nic ponad siły,a wtedy on zastanawia się i mówi,że nie warto,że musimy to przetrwać,że opłaca się przez jakiś czas przemęczyć ,chwila zastanowienia i idziemy dalej…


    No właśnie… a mój mąż zdaje się nie rozumieć tego, że nasze wspólne poświęcenie do czegoś prowadzi. Przecież nie jest to sztuka dla sztuki. Kiedy zaczynaliśmy, rodzice panikowali, a znajomi pukali się w głowę. Bo kto normalny bierze olbrzymi kredyt, żeby otworzyć działalność, w której nie ma żadnego doświadczenia? Ale my mocno wierzyliśmy w to, że damy sobie radę, przede wszystkim ja musiałam w to wierzyć, bo to na mnie głównie spoczął ciężar odpowiedzialności. I udało się. I co, teraz mam to wszystko ot tak „wyrzucić do kosza”?

    W odpowiedzi na:


    Powiem Ci szczerze,że rozumiem Twojego męża i w moim domu to ja stopuję swojego męża.On swego czasu miał nieskonczoną ilośc pomysłów na biznes,a z moich ust wychodziło często-NIE !!.


    Pewnie się zdziwisz, ale to mój mąż u nas jest przede wszystkim takim komputerkiem, który ma sto pomysłów na minutę Pomysł studia zrodził się o tak: jechaliśmy samochodem z dzieckiem do lekarza, nagle mąż ni z tego ni z owego stwierdził „a wiesz, gdybym miał odejść z (tu nazwa firmy, gdzie pracuje) to bym otworzył salon meblowy….. a wiesz co, a może Ty się tym zajmiesz?” Ze względu na wykonywaną pracę miał kilka kontaktów, które mogły ułatwić nam start, bo ktoś nas mógł troszeczkę poprowadzić, dlatego pomysł się przyjął. Oboje jesteśmy spontaniczni, szaleni, nie boimy się ryzyka, generalnie dobrze się dobraliśmy; pierwszą naszą firmę otworzyliśmy na trzecim roku studiów, kilka miesięcy później zatrudnialiśmy już ponad 20-tu przedstawicieli handlowych, więc wiedzieliśmy, z czym się to je. Niestety pierwsza firma przestała przynosić dochody (specyficzna branża), więc mąż i zaczęliśmy szukać pracy u kogoś. Nie byliśmy jeszcze wtedy małżeństwem. Potem, w 2003 roku się pobraliśmy, ja zaszłam w ciążę, a mąż znalazł nową pracę – i tu pewnie znowu się zdziwisz – pracował po 16 godzin na dobę w charakterze doradcy finansowo-ubezpieczeniowego. Jego praca była podobna do obecnej mojej – w dzień odbywał spotkania, wieczorem umawiał te spotkania, a nocami przygotowywał klientom indywidualne oferty. Do domu wracał średnio o północy, a wychodził o 7 rano. Były efekty, gdyż w konkursie sprzedażowym długo był pierwszy w Polsce, potem drugi, dostał wysoką premię. Ale były i koszty – bo całą ciążę przesiedziałam sama, z zagrożeniem porodem przedwczesnym i generalnym remontem mieszkania na głowie. Potem podobnie wyglądało, kiedy urodziło się dziecko. Siedziałam sama z noworodkiem, a mąż wracał w nocy, na dodatek zdziwiony, że mieszkanie jest nieposprzątane. Co ciekawe, nie pozwolił wtedy mojej mamie mi pomagać (to znaczy mi nie pozwolił, żeby moja mama nosiła małą), bo brała silne leki, które miały skutki uboczne w postaci spowolnienia ruchów i on był święcie przekonany, że moja mama na pewno małą upuści. Tak więc mieszkając z moimi rodzicami nie mogłam korzystać z ich pomocy, a mając 39 stopni gorączki przy zapaleniu piersi funkcjonowałam wyłącznie dzięki końskim dawkom paracetamolu. Do tego wymyślił sobie, że on będzie kąpał dziecko, a ponieważ wracał o 1 w nocy, mała miała nocne sesje kąpielowe. W końcu się zbuntowałam i zaczęłam córkę kąpać sama, więc doszło do tego, że on nie robił przy niej nic, nawet w weekendy, kiedy był w domu. W nocy również do niej nie wstawał, ponieważ po pierwsze nie słyszał jak płakała (ma bardzo mocny sen, nawet jak go kiedyś próbowałam dobudzić, nic to nie dało), a po drugie było mi go szkoda, że wraca zmęczony, więc dawałam mu spać i wstawałam do córki wyłącznie ja. I ja go wtedy mimo wszystko wspierałam, bo wiedziałam, że robi to dla nas, chociaż miałam żal, że nie okazuje małej uczuć i nie bawi się z nią nawet wtedy, kiedy jest w domu i siedzi przed telewizorem. Potem wszystko się zmieniło, ale same zobaczcie – sytuacja jest analogiczna. Teraz ja potrzebuję zrozumienia i wsparcia i co dostaję? Wieczne pretensje, a wydarzenia, o których piszę powyżej on przytacza jako argument – że wtedy było źle, że tak pracował, a ja teraz robię to samo. Tyle, że on wtedy musiał, bo miał kryteria do spełnienia (to jedna z firm, która pracownika przeżuwa i wypluwa), a ja teraz muszę, bo mam płatności, kredyty i daleko wciąż jeszcze, ale coraz bliżej światełko w tunelu z postaci ostatecznego urządzenia studia i stabilizacji, a co za tym idzie zatrudnienia pracownika i spokoju. Ale to wymaga jeszcze trochę wysiłku…. nie tylko mojego.
    Owszem, czasami mi pomaga, to znaczy gdy trzeba coś skądś przywieźć czy coś odebrać z hurtowni (ja nie mam jeszcze prawa jazdy, właśnie oblałam 2-gi egzamin) to on pojedzie (inna sprawa, że jeszcze nieraz pomarudzi). Ale nic poza tym.

    W odpowiedzi na:


    Ja bym wręcz postawiła mu ultimatum (tak tylko żeby nim wstrząsnąć, dać mu do myślenia), że albo Ci pomoże, tak jak się przecież umawialiście, albo zamykasz tą działalność.


    To nie miałoby sensu – już pisałam wyżej. Całe nasze poświęcenie i przy tym spora ilość pieniędzy poszłoby na marne. Gdyby firma nie przynosiła żadnych dochodów, wtedy mogłabym to rozważyć. Ale ona się rozwija, stabilizuje. Trzeba jeszcze tylko trochę wytrzymać… Nie sztuką przecież jest wejść do wody, trzeba jeszcze nauczyć się pływać. Najbardziej brakuje mi jego wsparcia psychicznego, zrozumienia… bo mi nie przeszkadza to, że on pójdzie do innej pracy, niech idzie, życzę mu powodzenia, ja sobie dam jakoś radę, ale niech zrozumie, dlaczego postępuję tak, a nie inaczej – dla mnie jest to oczywiste i nie potrafię zrozumieć, mimo szczerych chęci, dlaczego dla niego nie jest. Ja wiem, że nie jest łatwo – jest ciężko, ale tak na razie być musi. Tymczasem czuję się jakbym rozmawiała z dzieckiem, któremu ciężko nieraz wytłumaczyć niektóre rzeczy.

    W odpowiedzi na:


    być może trzyma go jaklaś duma ,że zona rozkręciła biznes,na dodatek musi go uczyć

    W odpowiedzi na:


    Nie, on jest dumny ze mnie, mówi mi to nieraz. Ale jednocześnie się na mnie wścieka, że przesadzam… ale ja jestem tylko jedna i się nie rozerwę, a niektórych spraw nie jestem w stanie odłożyć, po prostu się nie da….

    W odpowiedzi na:


    Być może ta gonitwa powoduje,że chowa głowę w piasek.Nie każdy jest tak silny psychicznie i fizycznie,żeby tyle czasu pracować.


    Jak pisałam wyżej – tym bardziej powinien mnie zrozumieć, że sam przez coś takiego przeszedł… tyle, że on odchodząc „tylko” został bez pracy (hipotetycznie, bo tak naprawdę to odszedł już mając podpisaną umowę z obecną firmą); ja naszej firmy nie mogę tak po prostu zamknąć, bo zostaną długi… jak się powiedziało A, to i B trzeba niestety powiedzieć… co lepsze, ta firma działa pod jego nazwiskiem, więc gdybym to wszystko zostawiła w chol….ę to nawet nie mnie by wierzyciele ścigali

    #1298837

    magdzik1

    Re: Nie mam już sił i zastanawiam się, co dalej…

    ddoroto;
    Przeczytałam wszystko 🙂
    Moim zdaniem przede wszystkim rozmowa z mężem
    Bez rozmowy z nim, nie znajdziesz odpowiedzi co dalej.
    Zobacz ile chcialabyś mu powiedzieć, pisząc do nas ten post, ile jest w Tobie żalu do niego.
    I bardzo dobrze, że wyrzuciłaś to z siebie. Ale pora na następny krok. Musisz z nim porozmawiać, aby nawzajem się usłyszeć. To Ci może wiele wyjaśnić, inaczej można ciągle szukać nowych, rozwiazań problemu; przyczyn sytuacji – a wszystko to może być nie trafione. Mur miedzy Wami będzie rósł.

    Magda i Wiktoria

    #1298838

    eunike

    Re: Nie mam już sił i zastanawiam się, co dalej…

    Ja wiem, domyślam się, że zamykanie firmy w tym momencie nie miałoby sensu, chodziło mi tylko o to, aby użyć jakiś mocnych słów, tak aby nim poruszyć, żeby się zastanowił nad tym wszystkim.

    W każdym razie powodzenia w dogadaniu się z mężem, i z prowadzeniem firmy 🙂


    Cyprianek (listopad 2005)

Postów wyświetlanych: 15 - od 1 do 15 (wszystkich: 24)


Musisz się zarejestrować lub zalogować, żeby odpowiedzieć

Close