Jak sie rodzila Natunia

Postów wyświetlanych: 15 - od 1 do 15 (wszystkich: 19)
  • Autor
    Wpisy
  • #38486

    oliweczka

    Czekalam na ten dzien z utesknieniem. Magiczna data 10 stycznia 2004 roku tlukla sie w mojej glowie od pierwszej wizyty w gabinecie lekarskim. Obserwowalam siebie, swoje cialo – jak tu i owdzie cos sie poszerzalo, tam gdzies cos odstawalo, spodnie zrobily sie za ciasne, a o bikini w lecie moglam tylko pomarzyc.
    Dotrwalam do konca… Dziewiaty miesiac ciagnal sie niemilosiernie – bezsenne noce, czeste wizyty w toalecie, zgaga, ktora codziennie siadala mi na piersi, duszac poteznymi lapskami. Kiedy wreszcie?…

    Niedziela, 11 stycznia 2004 roku

    Dzien jak co dzien. Slonce dawno juz wstalo, zaglada przez szybe. Warstewka sniegu na ulicy. Rozczochrane wlosy, poduszka odbita na policzku. Nic nowego… Z westchnieniem ide do lazienki, patrze w lustro. Kiedy?…
    Krzatam sie po domu. Poludniowa kawa, smiechawki z mezem, obiad. Zadnych oznak, cisza…
    Leniwe popoludnie z Alem Pacino w roli glownej na DVD. Jest 18.30. Zaczynam odczuwac dziwne skurcze. Komorka laduje w rece. Licze… 18 minut… 10 minut… 15 minut… Jeszcze nie czas. Jestem zawiedziona.
    Godzina 21.00. Licze dalej. Zaraz… Co ja robie nie tak? 5 minut… 3 minuty… Dziwnie sie czuje – boli mnie brzuch, ciagnie krzyz i te skurcze. Czeste, w miare chyba regularne?!
    – Daj, sprawdzimy – maz zabiera mi komorke. Patrzy na zapis. – Przeciez Ty masz skurcze w zasadzie co 3 minuty! Ile to juz mierzysz? 45 minut?
    – Tak, ale poczekajmy jeszcze. Nie jestem pewna, czy to juz. Chyba cos zle robie, bo niemozliwe, aby tak nagle.
    Robie sie niespokojna. Boli coraz bardziej, wyraznie czuje faze szczytowa.
    – Dzwon do lekarza, zapytaj. Ja ide pod prysznic, moze ciepla woda cos pomoze.
    Z trudem wstaje z lozka. Czuje jak cos cieplego ze mnie wycieka. Dotykam… Krew… Juz wiem, ze sie zaczelo. Dziwny spokoj w sercu, ale rece drza, kiedy zakladam czyste ubranie. „To juz. Nareszcie…” Kilka kanapek, kilka butelek wody mineralnej, gazeta. Torba spakowana, teraz zapieta juz na amen. Juz nie ma odwrotu – zaczelo sie. Jedziemy…
    W samochodzie z trudem informuje rodzine, ze to juz. Zatyka mnie w szczytowej fazie, szybko wydmuchuje powietrze. Rece zaciskaja sie na uchwytach. „Predzej, predzej”.
    Godzina 22.30. Szpital uspiony, ciemne okna. Gdzieniegdzie swiatla. Czarnoskora portierka sadza mnie na wozek inwalidzki. Czekam na meza, ktory parkuje samochod. Wreszcie jest, biegnie. Jedziemy na gore, na porodowke. Glupio sie czuje na tym wozku, ale bol nie pozwala mi zrobic kroku. Jestesmy… Sprawdzaja moje dane, pielegniarka prowadzi nas do pokoju. Wrecza niebieska koszule, kaze sie przygotowac, wypytuje o symptomy. Znikam w lazience, zostawiajac tlumaczenia mezowi. Zdejmuje ubranie, bielizna zaplamiona krwia. Przez glowe przemyka mysl – ” Czy wszystko dobrze z dzieckiem? Dlaczego ta krew? I czemu tak nagle?” W drodze na lozko plamie podloge. „To z pani?” – „Tak”.
    Dwa pasy na brzuch – jeden od skurczow, drugi od tetna dziecka. Przywoza kroplowke, wbijaja sie w zyle. Ja czuje inny bol. Poteguje sie w zaskakujacym tempie. Informuje pielegniarke o znieczuleniu – ze jestem zdecydowana, ze chce, ze czekam! „Lekarz jest w drodze, on zadecyduje kiedy”… „Ale mnie boli! Chce, aby ktos sprawdzil rozwarcie”. Wolaja lekarza – obcy facet o twarzy wykutej z kamienia. Zimny… Sprawdza rozwarcie, otwiera szerzej oczy, patrzy na mnie. „Tutaj jest juz 8-9 cm”. Nie wierze. Jak to??? Przeciez ja mam dostac znieczulenie! Przeciez mialo nie bolec”… Czuje lzy na policzkach – sama juz nie wiem, czy z bolu, czy z zawodu, jakiego doznalam. Czuje sie oszukana… „Gdzie jest moj lekarz?” – moze myslalam, ze to pomylka. Ze MOJ lekarz stwierdzi co innego – da nadzieje, ktora odebral mi ten zimny typ. Jeszcze musze poczekac, jeszcze 10 min. i bedzie moja Pani Doktor – ona mnie zna, ona mnie badala, ona bedzie wiedziec, co zrobic…
    Patrze na meza. Stoi caly czas przy tym nieszczesnym lozku, drapie sie nerwowo po brzuchu i za wiele nie mowi. Ale to dobrze… Ja nie moge sie skupic, rozmowa o czymkolwiek chyba by mnie teraz zabila. Slucham swego ciala – to jest moja rozmowa. Sciskam tylko Jego dlon, z jednakowa prawie juz sila. Widze w oczach nadzieje. Dziekuje Ci, kochanie, za ta milosc, i za to, ze jestes…
    Miarowy stukot serca dziecka otacza mnie z kazdej strony. Pulsuje w uszach, glaszcze nerwy. Lzy nie przestaja moczyc oczu, juz nawet sie ich nie wstydze. Wszystko, czego teraz chce, to usmierzyc ten bol.
    Powoli cos zaczyna sie zmieniac. Skurcze staja sie intensywniejsze, czestsze, mam wrazenie, ze nie opuszczaja mnie na chwile. No i w koncu czuje TO. Nie sposob opisac slowami, co TO jest, jak sie TO cos czuje, skad sie wie, ze to juz. Po prostu sie wie – intuicja jakas, glos wewnetrzny. Musze przec!
    Rozdziera mnie w podrzuszu. „Prosze wydmuchiwac te bole, pani jeszcze nie moze, nie ma lekarza”. To brzmi jak wyrok… Ale jak wydmuchiwac??? Intuicyjnie, szybko, rytmicznie. Przypominam sobie scene z jakiegos filmu. I dmucham. Na tyle skutecznie, by poczuc ulge, na tyle nieskutecznie, by trwala tylko chwile…
    Krzyczac prawie: „Ja MUSZE przec” nie mysle juz o niczym… Wolaja „kamiennego”, wjezdza stol z narzedziami, robi sie zamieszanie. Kilka pielegniarek krzata sie nerwowo – jedna szykuje miejsce na przyjecie noworodka, druga zajmuje sie narzedziami, trzecia stoi przy mojej glowie i powtarza: „Prosze wydmuchiwac”. Mojej Pani Doktor ciagle nie ma…
    Sama przygotowuje sie psychicznie do nielatwego zadania. Wiem, ze to juz nie zarty, ze zaczelo sie na dobre. Chwila, na ktora czekalam dlugie 9 miesiecy, staje sie dla mnie koszmarem. Czuje sie jak male dziecko, ktoremu odebrano zabawke – oszukana, bo mialo byc inaczej, zawiedziona, bo mialo nie bolec az tak, wyczerpana i oszolomiona, bo to wszystko dzieje sie za szybko!
    Skupiam sie… Czuje – nadchodzi. Maz wklada reke pod moja poduszke, przyciska mi glowe do piersi. Liczymy – 1… 2… 3… Po 10 sekundach lapie oddech. I znowu – 1…2…3… Nastepny skurcz przyjdzie za niecala minute. Mam czas na gleboki oddech, na krotkie spojrzenie w oczy meza…
    „Kamienny” lekarz bez wyrazu. Stoi naprzeciwko mnie, w rozwarciu moich ud, jasno oswietlonych lampa z sufitu. Zero usmiechu, zero slowa otuchy.
    Kolejne skurcze nabieraja mocy. Wraz z nimi wzrasta moja sila – wiem, ze pomimo bolu musze wytrwac. „Juz niedlugo” – powtarzam sobie.
    Gdzies w przerwie pomiedzy skurczami, zauwazam swoja Pania Doktor. Przebiera sie w pospiechu w szpitalny kitel, zaklada ochraniacze na buty, sciaga zegarek. Rozzalam sie. Znowu zaczynam plakac – tak strasznie potrzebuje w tej chwili kobiecego, miekkiego glosu.
    „Kamienny” rozplywa sie jak we mgle, nie zauwazam nawet jego odejscia. „Bedzie szybciutko, prosze sie nie martwic”. Z ust lekarki slowa te brzmia obiecujaco. Wierze jej… Przebija pecherz plodowy. Czuje przyjemne cieplo, splywajace po nogach. Kaza mi zlapac sie za uda, podciagnac nogi do siebie. Znowu sie zaczyna. Wszyscy liczymy do dziesieciu – pielegniarka z jednej strony, maz z drugiej, Pani Doktor naprzeciwko. Licze ja w myslach. Czuje jak nabrzmiewa mi twarz. Boje sie, ze peknie czaszka. Gdzies w podswiadomosci jednak mowie sobie: „Jeszcze troche wytrzymasz”…
    Po 15 kolejnych minutach czuje niesamowity, rozdzierajacy bol – to rodzi sie glowka. Nacinaja mi krocze. „Jeszcze kilka razy” – zacheca personel. Mobilizuje sily i… jest… Przeszla glowka, kolej na ramionka i cala reszte. Czuje cieplutkie cos jakby wyplywajace ze mnie. Krzyk. „To dziewczynka!” – dochodzi mnie jakby z zaswiatow.
    Ogarnia mnie niesamowita czulosc – wszystkie emocje, caly bol skupione dotad we mnie, eksploduja. Wybucham placzem, nie widze nawet coreczki. „Urodzilam dziecko” – mowie na glos. Patrze na zegar scienny – jest szesc minut po polnocy 12 stycznia 2004 roku. Nie dociera do mnie nic. Dostaje dawke morfiny. Czuje, jak kreci mi sie w glowie. Przyjemnie… Maz juz pstryka zdjecia naszej malenkiej, mnie i calej sali.
    Kiedy wreszcie Ja dostaje, jestem wniebowzieta. Nasza coreczka… Nasza Niespodzianka… Nasza Natunia… Zapominam o wszystkich bolach i niedogodnosciach, wenflonach, kroplowkach i morfinach. O spoconej poduszce, wstydzie i mokrej koszuli. O trzy-i pol kilowym brzuchu, ktory nagle zrobil sie plaski, piekielnej zgadze, czteromiesiecznych wymiotach i nocach spedzanych na gapieniu sie w sufit.
    Jestem matka… Do dzisiaj tego cudu nie potrafie ogarnac…

    Ania i Natunia (12.01.04)

    #503133

    Anonim

    Re: Jak sie rodzila Natunia

    Piekny opis, ale piękniejsza Twoja Córcia:) Niech się chowa zdrowo, Wam Rodzicom na pociechę:)

    Aba i Jaś (04.11.03)



    #503134

    ciku

    Re: Jak sie rodzila Natunia

    Super!

    Ciku i Kacperek
    10 luty 2004

    #503135

    pikus

    Re: Jak sie rodzila Natunia

    Gratulacje ! Dzidzius super i opis porodu rowniez super !
    Iwona (i Danielek 37 tydz. ciazy)

    #503136

    martina78

    Re: Jak sie rodzila Natunia

    piekny ten opis, dzialajacy na wyobraznie 🙂
    napisz Aniu gdzie mieszkasz,bo ta czarnoskora…….zadziwia.
    pozdrawiam ciebie i Natunie

    #503137

    oliweczka

    Re: Jak sie rodzila Natunia

    Dzieki na poczatek
    A ta czarnoskora… Hmmm…. Chicago, moja droga. Ale chyba juz nie za dlugo – zbieram sie powoli do powrotu do korzeni.
    Calusy!

    Ania i Natunia (12.01.04)



    #503138

    martina78

    Re:myslalam,ze choc ciut blizej

    a juz myslalam,ze zlowilam kogos z Francji :),coby sie wypytac o szpital,a tu jeszcze dalej,bo az za oceane,wracaj ,wracaj do korzenii.mi juz tez teskno.
    fajna ta twoja Natulka,taka mini 🙂

    #503139

    oliweczka

    Re:myslalam,ze choc ciut blizej

    Ania i Natunia (12.01.04)

    #503140

    mamma

    Re: Jak sie rodzila Natunia

    Tak pięknie to opisałaś,że od 10 minut nie potrafię opanować łez wzruszenia…
    Ogromnie Ci gratuluję.

    Aga i Dominika 5.12.2001

    #503141

    oliweczka

    Re: Jak sie rodzila Natunia

    Dziekuje Ci…
    Ale nie placz juz, prosze…
    Pozdrawiamy!

    Ania i Natunia (12.01.04)



    #503142

    dronka

    Re: Jak sie rodzila Natunia

    Piekny opis!
    A z tym wstrzymywaniem parcia to zupelnie jak u mnie, bo tez nie bylo mojej doktorki- moja jechala az z DownTown.
    I szczerze mowiac to byl chyba najokropniejszy moment porodu.
    Gratulacje jeszcze raz!


    Iwona i Karolinka (01.26.02)

    #503143

    oliweczka

    Re: Jak sie rodzila Natunia

    Ufff… Ale najwazniejsze, ze juz po, prawda?
    Chociaz tego nie da sie zapomniec…
    Pozdrawiamy!

    Ania i Natunia (12.01.04)



    #503144

    iwi27

    Re: Jak sie rodzila Natunia

    piekny opis! masz dar pisania:)
    a Natuinia, jak to z Natuniami czesto bywa jest sliczna!!!! :))))


    iwi27 i Natalka (06.11.2003)

    #503145

    oliweczka

    Re: Jak sie rodzila Natunia

    No i tutaj masz zupelna racje!
    Pozdrawiamy cieplutko!

    Ania i Natunia (12.01.04)

    #503146

    oliweczka

    Re: Jak sie rodzila Natunia

    Dziekujemy!
    Pozdrowka!

    Ania i Natunia (12.01.04)

Postów wyświetlanych: 15 - od 1 do 15 (wszystkich: 19)


Forum ‘Wszystko o porodzie’ jest zamknięte dla nowych tematów i odpowiedzi.

Close