Jak sie rodzila Natunia

Czekalam na ten dzien z utesknieniem. Magiczna data 10 stycznia 2004 roku tlukla sie w mojej glowie od pierwszej wizyty w gabinecie lekarskim. Obserwowalam siebie, swoje cialo – jak tu i owdzie cos sie poszerzalo, tam gdzies cos odstawalo, spodnie zrobily sie za ciasne, a o bikini w lecie moglam tylko pomarzyc.
Dotrwalam do konca… Dziewiaty miesiac ciagnal sie niemilosiernie – bezsenne noce, czeste wizyty w toalecie, zgaga, ktora codziennie siadala mi na piersi, duszac poteznymi lapskami. Kiedy wreszcie?…

Niedziela, 11 stycznia 2004 roku

Dzien jak co dzien. Slonce dawno juz wstalo, zaglada przez szybe. Warstewka sniegu na ulicy. Rozczochrane wlosy, poduszka odbita na policzku. Nic nowego… Z westchnieniem ide do lazienki, patrze w lustro. Kiedy?…
Krzatam sie po domu. Poludniowa kawa, smiechawki z mezem, obiad. Zadnych oznak, cisza…
Leniwe popoludnie z Alem Pacino w roli glownej na DVD. Jest 18.30. Zaczynam odczuwac dziwne skurcze. Komorka laduje w rece. Licze… 18 minut… 10 minut… 15 minut… Jeszcze nie czas. Jestem zawiedziona.
Godzina 21.00. Licze dalej. Zaraz… Co ja robie nie tak? 5 minut… 3 minuty… Dziwnie sie czuje – boli mnie brzuch, ciagnie krzyz i te skurcze. Czeste, w miare chyba regularne?!
– Daj, sprawdzimy – maz zabiera mi komorke. Patrzy na zapis. – Przeciez Ty masz skurcze w zasadzie co 3 minuty! Ile to juz mierzysz? 45 minut?
– Tak, ale poczekajmy jeszcze. Nie jestem pewna, czy to juz. Chyba cos zle robie, bo niemozliwe, aby tak nagle.
Robie sie niespokojna. Boli coraz bardziej, wyraznie czuje faze szczytowa.
– Dzwon do lekarza, zapytaj. Ja ide pod prysznic, moze ciepla woda cos pomoze.
Z trudem wstaje z lozka. Czuje jak cos cieplego ze mnie wycieka. Dotykam… Krew… Juz wiem, ze sie zaczelo. Dziwny spokoj w sercu, ale rece drza, kiedy zakladam czyste ubranie. “To juz. Nareszcie…” Kilka kanapek, kilka butelek wody mineralnej, gazeta. Torba spakowana, teraz zapieta juz na amen. Juz nie ma odwrotu – zaczelo sie. Jedziemy…
W samochodzie z trudem informuje rodzine, ze to juz. Zatyka mnie w szczytowej fazie, szybko wydmuchuje powietrze. Rece zaciskaja sie na uchwytach. “Predzej, predzej”.
Godzina 22.30. Szpital uspiony, ciemne okna. Gdzieniegdzie swiatla. Czarnoskora portierka sadza mnie na wozek inwalidzki. Czekam na meza, ktory parkuje samochod. Wreszcie jest, biegnie. Jedziemy na gore, na porodowke. Glupio sie czuje na tym wozku, ale bol nie pozwala mi zrobic kroku. Jestesmy… Sprawdzaja moje dane, pielegniarka prowadzi nas do pokoju. Wrecza niebieska koszule, kaze sie przygotowac, wypytuje o symptomy. Znikam w lazience, zostawiajac tlumaczenia mezowi. Zdejmuje ubranie, bielizna zaplamiona krwia. Przez glowe przemyka mysl – ” Czy wszystko dobrze z dzieckiem? Dlaczego ta krew? I czemu tak nagle?” W drodze na lozko plamie podloge. “To z pani?” – “Tak”.
Dwa pasy na brzuch – jeden od skurczow, drugi od tetna dziecka. Przywoza kroplowke, wbijaja sie w zyle. Ja czuje inny bol. Poteguje sie w zaskakujacym tempie. Informuje pielegniarke o znieczuleniu – ze jestem zdecydowana, ze chce, ze czekam! “Lekarz jest w drodze, on zadecyduje kiedy”… “Ale mnie boli! Chce, aby ktos sprawdzil rozwarcie”. Wolaja lekarza – obcy facet o twarzy wykutej z kamienia. Zimny… Sprawdza rozwarcie, otwiera szerzej oczy, patrzy na mnie. “Tutaj jest juz 8-9 cm”. Nie wierze. Jak to??? Przeciez ja mam dostac znieczulenie! Przeciez mialo nie bolec”… Czuje lzy na policzkach – sama juz nie wiem, czy z bolu, czy z zawodu, jakiego doznalam. Czuje sie oszukana… “Gdzie jest moj lekarz?” – moze myslalam, ze to pomylka. Ze MOJ lekarz stwierdzi co innego – da nadzieje, ktora odebral mi ten zimny typ. Jeszcze musze poczekac, jeszcze 10 min. i bedzie moja Pani Doktor – ona mnie zna, ona mnie badala, ona bedzie wiedziec, co zrobic…
Patrze na meza. Stoi caly czas przy tym nieszczesnym lozku, drapie sie nerwowo po brzuchu i za wiele nie mowi. Ale to dobrze… Ja nie moge sie skupic, rozmowa o czymkolwiek chyba by mnie teraz zabila. Slucham swego ciala – to jest moja rozmowa. Sciskam tylko Jego dlon, z jednakowa prawie juz sila. Widze w oczach nadzieje. Dziekuje Ci, kochanie, za ta milosc, i za to, ze jestes…
Miarowy stukot serca dziecka otacza mnie z kazdej strony. Pulsuje w uszach, glaszcze nerwy. Lzy nie przestaja moczyc oczu, juz nawet sie ich nie wstydze. Wszystko, czego teraz chce, to usmierzyc ten bol.
Powoli cos zaczyna sie zmieniac. Skurcze staja sie intensywniejsze, czestsze, mam wrazenie, ze nie opuszczaja mnie na chwile. No i w koncu czuje TO. Nie sposob opisac slowami, co TO jest, jak sie TO cos czuje, skad sie wie, ze to juz. Po prostu sie wie – intuicja jakas, glos wewnetrzny. Musze przec!
Rozdziera mnie w podrzuszu. “Prosze wydmuchiwac te bole, pani jeszcze nie moze, nie ma lekarza”. To brzmi jak wyrok… Ale jak wydmuchiwac??? Intuicyjnie, szybko, rytmicznie. Przypominam sobie scene z jakiegos filmu. I dmucham. Na tyle skutecznie, by poczuc ulge, na tyle nieskutecznie, by trwala tylko chwile…
Krzyczac prawie: “Ja MUSZE przec” nie mysle juz o niczym… Wolaja “kamiennego”, wjezdza stol z narzedziami, robi sie zamieszanie. Kilka pielegniarek krzata sie nerwowo – jedna szykuje miejsce na przyjecie noworodka, druga zajmuje sie narzedziami, trzecia stoi przy mojej glowie i powtarza: “Prosze wydmuchiwac”. Mojej Pani Doktor ciagle nie ma…
Sama przygotowuje sie psychicznie do nielatwego zadania. Wiem, ze to juz nie zarty, ze zaczelo sie na dobre. Chwila, na ktora czekalam dlugie 9 miesiecy, staje sie dla mnie koszmarem. Czuje sie jak male dziecko, ktoremu odebrano zabawke – oszukana, bo mialo byc inaczej, zawiedziona, bo mialo nie bolec az tak, wyczerpana i oszolomiona, bo to wszystko dzieje sie za szybko!
Skupiam sie… Czuje – nadchodzi. Maz wklada reke pod moja poduszke, przyciska mi glowe do piersi. Liczymy – 1… 2… 3… Po 10 sekundach lapie oddech. I znowu – 1…2…3… Nastepny skurcz przyjdzie za niecala minute. Mam czas na gleboki oddech, na krotkie spojrzenie w oczy meza…
“Kamienny” lekarz bez wyrazu. Stoi naprzeciwko mnie, w rozwarciu moich ud, jasno oswietlonych lampa z sufitu. Zero usmiechu, zero slowa otuchy.
Kolejne skurcze nabieraja mocy. Wraz z nimi wzrasta moja sila – wiem, ze pomimo bolu musze wytrwac. “Juz niedlugo” – powtarzam sobie.
Gdzies w przerwie pomiedzy skurczami, zauwazam swoja Pania Doktor. Przebiera sie w pospiechu w szpitalny kitel, zaklada ochraniacze na buty, sciaga zegarek. Rozzalam sie. Znowu zaczynam plakac – tak strasznie potrzebuje w tej chwili kobiecego, miekkiego glosu.
“Kamienny” rozplywa sie jak we mgle, nie zauwazam nawet jego odejscia. “Bedzie szybciutko, prosze sie nie martwic”. Z ust lekarki slowa te brzmia obiecujaco. Wierze jej… Przebija pecherz plodowy. Czuje przyjemne cieplo, splywajace po nogach. Kaza mi zlapac sie za uda, podciagnac nogi do siebie. Znowu sie zaczyna. Wszyscy liczymy do dziesieciu – pielegniarka z jednej strony, maz z drugiej, Pani Doktor naprzeciwko. Licze ja w myslach. Czuje jak nabrzmiewa mi twarz. Boje sie, ze peknie czaszka. Gdzies w podswiadomosci jednak mowie sobie: “Jeszcze troche wytrzymasz”…
Po 15 kolejnych minutach czuje niesamowity, rozdzierajacy bol – to rodzi sie glowka. Nacinaja mi krocze. “Jeszcze kilka razy” – zacheca personel. Mobilizuje sily i… jest… Przeszla glowka, kolej na ramionka i cala reszte. Czuje cieplutkie cos jakby wyplywajace ze mnie. Krzyk. “To dziewczynka!” – dochodzi mnie jakby z zaswiatow.
Ogarnia mnie niesamowita czulosc – wszystkie emocje, caly bol skupione dotad we mnie, eksploduja. Wybucham placzem, nie widze nawet coreczki. “Urodzilam dziecko” – mowie na glos. Patrze na zegar scienny – jest szesc minut po polnocy 12 stycznia 2004 roku. Nie dociera do mnie nic. Dostaje dawke morfiny. Czuje, jak kreci mi sie w glowie. Przyjemnie… Maz juz pstryka zdjecia naszej malenkiej, mnie i calej sali.
Kiedy wreszcie Ja dostaje, jestem wniebowzieta. Nasza coreczka… Nasza Niespodzianka… Nasza Natunia… Zapominam o wszystkich bolach i niedogodnosciach, wenflonach, kroplowkach i morfinach. O spoconej poduszce, wstydzie i mokrej koszuli. O trzy-i pol kilowym brzuchu, ktory nagle zrobil sie plaski, piekielnej zgadze, czteromiesiecznych wymiotach i nocach spedzanych na gapieniu sie w sufit.
Jestem matka… Do dzisiaj tego cudu nie potrafie ogarnac…

Ania i Natunia (12.01.04)

18 odpowiedzi na pytanie: Jak sie rodzila Natunia

Dodane ponad rok temu,

Re: Jak sie rodzila Natunia

Piekny opis, ale piękniejsza Twoja Córcia:) Niech się chowa zdrowo, Wam Rodzicom na pociechę:)

Aba i Jaś (04.11.03)

ciku Dodane ponad rok temu,

Re: Jak sie rodzila Natunia

Super!

Ciku i Kacperek
10 luty 2004

pikus Dodane ponad rok temu,

Re: Jak sie rodzila Natunia

Gratulacje ! Dzidzius super i opis porodu rowniez super !
Iwona (i Danielek 37 tydz. ciazy)

martina78 Dodane ponad rok temu,

Re: Jak sie rodzila Natunia

piekny ten opis, dzialajacy na wyobraznie 🙂
napisz Aniu gdzie mieszkasz,bo ta czarnoskora…….zadziwia.
pozdrawiam ciebie i Natunie

oliweczka Dodane ponad rok temu,

Re: Jak sie rodzila Natunia

Dzieki na poczatek
A ta czarnoskora… Hmmm…. Chicago, moja droga. Ale chyba juz nie za dlugo – zbieram sie powoli do powrotu do korzeni.
Calusy!

Ania i Natunia (12.01.04)

martina78 Dodane ponad rok temu,

Re:myslalam,ze choc ciut blizej

a juz myslalam,ze zlowilam kogos z Francji :),coby sie wypytac o szpital,a tu jeszcze dalej,bo az za oceane,wracaj ,wracaj do korzenii.mi juz tez teskno.
fajna ta twoja Natulka,taka mini 🙂

oliweczka Dodane ponad rok temu,

Re:myslalam,ze choc ciut blizej

Ania i Natunia (12.01.04)

mamma Dodane ponad rok temu,

Re: Jak sie rodzila Natunia

Tak pięknie to opisałaś,że od 10 minut nie potrafię opanować łez wzruszenia…
Ogromnie Ci gratuluję.

Aga i Dominika 5.12.2001

oliweczka Dodane ponad rok temu,

Re: Jak sie rodzila Natunia

Dziekuje Ci…
Ale nie placz juz, prosze…
Pozdrawiamy!

Ania i Natunia (12.01.04)

dronka Dodane ponad rok temu,

Re: Jak sie rodzila Natunia

Piekny opis!
A z tym wstrzymywaniem parcia to zupelnie jak u mnie, bo tez nie bylo mojej doktorki- moja jechala az z DownTown.
I szczerze mowiac to byl chyba najokropniejszy moment porodu.
Gratulacje jeszcze raz!


Iwona i Karolinka (01.26.02)

oliweczka Dodane ponad rok temu,

Re: Jak sie rodzila Natunia

Ufff… Ale najwazniejsze, ze juz po, prawda?
Chociaz tego nie da sie zapomniec…
Pozdrawiamy!

Ania i Natunia (12.01.04)

iwi27 Dodane ponad rok temu,

Re: Jak sie rodzila Natunia

piekny opis! masz dar pisania:)
a Natuinia, jak to z Natuniami czesto bywa jest sliczna!!!! :))))


iwi27 i Natalka (06.11.2003)

oliweczka Dodane ponad rok temu,

Re: Jak sie rodzila Natunia

No i tutaj masz zupelna racje!
Pozdrawiamy cieplutko!

Ania i Natunia (12.01.04)

oliweczka Dodane ponad rok temu,

Re: Jak sie rodzila Natunia

Dziekujemy!
Pozdrowka!

Ania i Natunia (12.01.04)

oliweczka Dodane ponad rok temu,

Re: Jak sie rodzila Natunia

Pozwolę sobie powspominać troszkę…
Dzisiaj kończymy magiczny pierwszy rok życia.
Mam zatem nadzieję, że powspominacie z nami… :))))))

Ania i już roczna Natunia

niki23 Dodane ponad rok temu,

Re: Jak sie rodzila Natunia

Wspaniały opis:)
Gratuluję i życzę córeczce wszystkiego najlepszego, duuuuuzo zdrówka i uśmiechu :)))))!!!!!!!!!!!!!!

Niki & Nina Natalia 21.01.04.

mai Dodane ponad rok temu,

Re: Jak sie rodzila Natunia

oj zlecialo predziutko!!!!!!!!!!!!!!!! i z malenkiej Kruszynki dzis jest duza Natunia!

Pieeeeknie piszesz Aniu!

Jeszcze taz wszystkiego NAJLEPSZEGO Roczniaczku

Pozdroweczki!

Marta & Amelia 11 maja ’04

chilli Dodane ponad rok temu,

Re: Jak sie rodzila Natunia

poryczałam sie – a myślałam że już mnie nic nie rusza. Im bliżej i u nas pierwszych urodzin tym bardziej rozklejają mnie takie historie wyciagane po rkou…

madzia i www (10.03.2004)

Znasz odpowiedź na pytanie: Jak sie rodzila Natunia?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jedno- i dwulatki
Urodziny Ptysi
Dzis roczek konczy Ptysia corka Figi123. Jubilatka teraz pewnie slodko spi, my skladamy jej zyczenia zdrowka, szczescia w zyciu, powodzenia u chlopakow, wspanialej imprezy urodzinowej i duuuzo prezentow. Natalia z
Czytaj dalej
Jedno- i dwulatki
Czym smarować usta dzieck?
No właśnie, Mati jest chory i ma spierzchnięte od gorączki usta. Czym mu moge usta smarować? Asia i Mati (7.05.2002)
Czytaj dalej