Mój poród -długie

Kochane Forumowiczki!
Zanim zacznę opisywać swój poród, chciałabym wspomnieć krótko o przebiegu całej ciąży. Otóż jednym z najszczęśliwszych dni w moim życiu był dzień, kiedy od swojego lekarza dowiedziałam się, że wreszcie możemy się z mężem starać o bobaska. Na pewno rozumieją to dobrze wszystkie dziewczyny, które podobnie jak ja, poprzednią ciążę poroniły. Wtedy wie się jedno: że pragnie się znowu być w ciąży. A więc usłyszałam “błogosławieństwo” swojego lekarza i wracając do domu aż zataczałam się ze szczęścia i śmiałam do siebie. A potem? Potem nadszedł długi, ale z perspektywy czasu bardzo udany okres oczekiwania na maleństwo. Jedynie w drugim miesiącu były drobne problemy: niewydolność ciałka żółtego, Duphaston, dwa tygodnie leżenia w łóżku. Potem wszystko wróciło do normy. Nie miałam ani mdłości, ani praktycznie żadnych innych dolegliwości ciążowych, uznawanych za typowe. Od czwartego do ósmego miesiąca czułam się rewelacyjnie i wiedziałam, a w tym przekonaniu utwierdzali mnie wszyscy przyjaciele i znajomi, że ciąża mi służy: nabrałam troszkę ciałka, wyładniała mi cera, włosy, zrobiłam się bardziej kobieca. Byłam na zwolnieniu, ale dużo pracowałam w domu i w ogóle nie czułam znużenia. Sporo czasu spędzałam z chorym, starzejącym się, kochanym zwierzakiem i nie uważam tych chwil za stracone, o nie. W dziewiątym miesiącu zaczęłam czuć ciężar swojego brzuszka, głównie w nocy. Bolały mnie biodra, a właściwie cała miednica. Ostatnie tygodnie dotkliwie czułam nacisk na krocze; to było tak, jakby miało rozejść się spojenie łonowe. No i oczywiście zaczęły się częstsze wizyty w ubikacji. W przeddzień porodu robiłam jeszcze ostatnie zakupy dla dzieciaczka. Zastanawiała mnie jedna rzecz: skąd mam rozwolnienie? Czy coś zjadłam? Wprost niezauważalnie, cichaczem przemknęła mi przez głowę myśl, że może to być zapowiedź porodu, bo przecież to już ten tydzień, czterdziesty! Ale pozostawałam spokojna, i tak samo spokojna poszłam spać.
W środku nocy obudziłam się, jak zwykle, na siusiu. Podniosłam się do pozycji siedzącej i nagle poczułam, że coś ze mnie wypływa. Wstałam, pobiegłam do łazienki, a tam na własne już oczy zobaczyłam, jak sączy się ze mnie płyn owodniowy. Obudziłam natychmiast swojego męża, zarządziłam golenie, a następnie powoli zaczęliśmy szykować się do szpitala. Bez paniki, bo wody były przejrzyste, a uczestnictwo w szkole rodzenia zobowiązuje w końcu do rozsądnego, rozważnego zachowania 🙂 Około wpół do czwartej w nocy przyjechaliśmy do szpitala – dla Wrocławianek: szpital kliniczny przy Chałubińskiego. Kiedy tam wchodziliśmy, nie czułam jeszcze bolesnych skurczów, tylko lekkie pobolewanie w dole brzucha, aczkolwiek dość regularne, pi razy drzwi co dziesięć minut. Potem z każdą chwilą czułam, że skurcze narastają.
Zostaliśmy z mężem ulokowani w specjalnym pokoiku do porodów rodzinnych. Chcieliśmy mieć poród w wodzie, ale nie wiedzieliśmy, czy zostanę zakwalifikowana, tym bardziej, że istniało podejrzenie owinięcia się pępowiny wokół główki naszego szkraba. O tym miał dopiero zadecydować lekarz na dalszym etapie porodu. KTG było w porządku, serducho małego biło mocno i wkrótce podejrzenie zaciśnięcia się pępowiny zostało odżegnane. Tymczasem poród postępował. Skurcze były coraz silniejsze i bardzo częste, co trzy, cztery minuty, a trwały ponad minutę. Mężuś wyciągał mnie na spacerki po korytarzu, pod prysznic, na worek sako. Podawał mi wodę i masował mnie. A rozwarcie powiększało się. W którymś momencie poczułam, że albo ja robię się coraz mniej wytrzymała, albo te skurcze są już bardzo bardzo silne. Nagle w czasie skurczu “coś” zaczęło napierać na krocze. Mąż błyskawicznie zawołał położną, żeby zobaczyła, czy wszystko w porządku, bo to już stawało się powoli nie do wytrzymania. Położna przyszła i, nie wiem na jakiej podstawie, stwierdziła, że jakie tam parcie, jeszcze ho ho do porodu! Wkrótce pojawił się lekarz, żeby mnie wreszcie zakwalifikować do wanny :-). Kazał mi przejść z worka sako na łóżko, co było na tym etapie nie lada wyczynem dla mnie. Chciał sprawdzić rozwarcie, ale nie mógł się doszukać szyjki! I wtedy okazało się, że miałam rację, że to już pełne rozwarcie i rozpoczęły się bóle parte.
Były bardzo silne i bolesne, ale z dwóch powodów do wytrzymania: po pierwsze, wyraźnie dawał się odczuć okres “relaksu” między bólami; po drugie, wiedziałam, że to już finisz i wkrótce to wszystko się skończy. Z początku miałam problemy z parciem – nie nabierałam powietrza do brzucha, tak, jak uczyli nas na szkole rodzenia. Mąż, a następnie lekarz, musieli mi o tym przypomnieć. Szybko jednak załapałam, chociaż skurcze w międzyczasie trochę osłabły i podano mi oksytocynę. Nie pamiętam dokładnie, ile razy parłam, ale to już naprawdę były minuty. Jak przez mgłę pamiętam główkę dziecka, która na moment gdzieś mi mignęła przed oczami. Potem krzyk Jasia i jego ciałko, różowiutkie, wilgotne i cieplutkie, na moim brzuchu. A ja niedowierzająca, że to już, i że to właśnie on, mój synek. Wtedy nie płakałam, ale teraz, kiedy o tym piszę, po prostu nie mogę się powstrzymać. To niesamowity cud – życie. Nowe życie.
A potem? Szybko doszłam do siebie i jeszcze tego samego dnia, pod wieczór, karmiłam swoje szczęście, tuliłam do piersi i przewijałam. Po trzech dobach, obydwoje zdrowi, wyszliśmy ze szpitala i pojechaliśmy -hurra!!! – prosto do domku.
Teraz czuję, że bardzo go kocham, że jestem z nim bardzo związana, a on taki bezbronny i zależny ode mnie. Patrzę na niego i nie wiem, co by było, gdyby go teraz zabrakło, gdyby ktoś mi miał go odebrać. Z drugiej strony czuję nostalgię za czasem, kiedy byliśmy stale tak blisko siebie, serduszko przy serduszku. Ten okres bezpowrotnie się skończył. Teraz myślę o tym, czy jestem i czy będę w stanie pokazać mojemu synkowi, że można być w życiu szczęśliwym, że można kochać, że można cieszyć się chwilą. Tak bardzo bym chciała tego go nauczyć! I dziękować Dobremu Bogu za każdy przeżyty dobrze dzień.
Przepraszam za długi, wylewny post, ale jako wielomiesięczna forumowiczka czułam się zobowiązana to wszystko opisać.
Pozdrawiam wszystkie Mamusie – oczekujące i te, które już cieszą się swoimi pociechami po tej stronie brzuszka.
Kasia

5 odpowiedzi na pytanie: Mój poród -długie

mygdu2004-02-25 21:32:59

Re: Mój poród -długie

hej Kasia, bardzo ładnie to wsystko opisałas. Gratuluje synka i życzę powodzenia w roli przyszłej mamy.

Mygdu i trzy aniołki

sliczna242004-02-25 21:56:40

Re: Mój poród -długie

sliczny opis….duzo zdrowka dla synka i radosci z bycia mamusia!!

Dorota i Zosia <16.07.2003.>

2004-02-26 07:04:32

Re: Mój poród -długie

dobrnęłam do końca bez problemów:))

Pozdrowienia od Jasia dla Jasia:))

Aba i Jaś (04.11.03)

ewa2502004-02-26 08:53:50

Re: Mój poród -długie

wzruszylam sie… tym bardziej ze moj synek Jasio (tez ;-)) urodzil sie rowniez w tym szpitalu ale przez cc

Ewa i Jaś – 7 miesięcy!

ciku2004-02-26 18:00:52

Re: Mój poród -długie

Kasiu bardzo ladnie to napisalas. Mi tez poplynela lezka. Ta chwila kiedy po raz pierwszy spotyka sie swoje dziecko jest chyba rzeczywiscie najpiekniejszym momentem zycia. Podobnie jak Ty ja czesto mysle, ze chce zrobic wszystko co tylko mozliwe, zeby moj synek byl dobrym i szczesliwym czlowiekiem i kazdego dnia dziekuje Bogu za ten cud jaki nas spotkal. Niech Jasio rosnie Wam zdrowo :)))

Ciku i Kacperek

Znasz odpowiedź na pytanie: Mój poród -długie?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Noworodek, niemowlę
wydzielinka z pochwy u małej dziewczynki
U mojej córci kilka razy zauważyłam śluzową wydzielinkę z pochwy. Martwię się czy to nie jakiś stan zapalny. Nie zawsze gdy zmieniam pieluszkę to się zdarza ale się zdarza. Poradźcie
Czytaj dalej
Noworodek, niemowlę
Nie trawi marchewki ??
Kiedy nakarmię Majkę marchewką to zauważam, że potem ona ją wydala jakby niestrawioną - nawet czasem w pieluszcze jest po prostu marcheweczka. Dziś jadła o 16:00, a o 19:00 marchewka
Czytaj dalej