Narodziny Ernuli – letnia burza w srodku zimy

Postów wyświetlanych: 12 - od 1 do 12 (wszystkich: 12)
  • Autor
    Wpisy
  • #100678

    magdzik

    W piątek 22 lutego 2008 roku miałam wyznaczoną wizytę kontrolna w szpitalu. Rano zauważyłam wyciek. Miałam cichą nadzieję, że to może wody płodowe ciurkają, bo kilka dni wcześniej zaczął mi odchodzić czop śluzowy. Termin miałam wyznaczony na dzień później, a pierworodny wyskoczył dzień po terminie. Może i teraz wszystko odbędzie się punktualnie?
    Zjawiłam się wraz z mężem w samo południe w szpitalu. Najpierw KTG. Niestety nie wykazało czynności zwiastujących szybkie pojawienie się kolejnego potomka. Przez 20 minut zapisały się 3 słabe skurcze, za słabe na poród. Potem badanie ginekologiczne. Szyjka okazała się być zamknięta, a po teście odczynnikiem- Błękitem bromotymolowym okazało się, że wody płodowe były jedynie efektem rozwierania się szyjki macicy.
    Wróciliśmy więc do domu.
    Mąż planował wrócić jeszcze do pracy, więc o 14-tej, wcześniej niż zwykle odebraliśmy Alberta z przedszkola. Ja już od dłuższego czasu nie wychodziłam z domu, bo moje nogi były tak opuchnięte, że pasowały na mnie tylko kapcie, a to zima przecież, ciepła bo ciepła, ale zima. I samotna wyprawa po latorośl nie wchodziła więc w rachubę.
    Około godziny 15 poczułam bolesne uciskanie w dole brzucha. Zbagatelizowałam to, bo przecież tylu lekarzy mnie dzisiaj oglądało, to na pewno nie mój moment. Już i tak było mi głupio i wstyd, że wody nie były wodami i to całe zamieszanie wokół mnie i mąż z pracy się wyrywał bym mogła dotrzeć na kontrolę.
    Około godziny 17-tej zakomunikowałam mężowi będącemu w pracy, że brzucho nadal boli, nawet mocniej niż wcześniej. No ale w dalszym ciągu wykluczałam skurcze. Jak bolało to zmieniałam pozycje z siedzącej na leżącą, a z leżącej na chodzącą. Ból nieco tracił na swej intensywności. Tracił, lecz nie ustępował. Mąż wrócił z pracy i namówił mnie, by dziadkowie już dzisiaj zabrali do siebie Alberta, bo kto wie jak się ta noc skończy. Serce mnie ściskało i jakoś nie byłam w stanie rozstać się z moim pierworodnym, kochanym, maleńkim synkiem.
    Od godziny 20-tej zaczęłam zapisywać na kartce dokładny czas występowania skurczu. Chodzenie wokół stołu przestało już pomagać. Co jakiś czas zwijałam się. Tak, skurcze miały swoje szczyty bolesności. Czy to jednak mój dzień? Niepewna zmienności losu wyrzucałam z siebie myśl o rychłym rozwiązaniu, zakładając, że zaraz wszystko minie. Kartka z zapiskami jednak wskazywała, że skurcze są regularnie i co 6 minut.
    Ja w dalszym ciągu nie wierzyłam, że to już. Mąż zadzwonił do szpitala i zapytał, czy jeśli żona ma skurcze co 4 min i jest w drugiej ciąży to co mamy robić? Odpowiedz krótka i treściwa – JECHAĆ! Jazda samochodem była swoistą torturą, każdy wybój na drodze wzmagał bolesność brzucha. Wcześniej zastanawiałam się jak będę reagować na ból, czy będę wulgarna, agresywna czy dam się dotykać, ale jak sie okazało znosiłam to bardzo przyzwoicie.
    Tak więc ponownie zawitaliśmy szpitalu około 23:30. Okazało, się że szyjka całkowicie zgładzona i jest już rozwarcie na 3 palce. I tu też chcę nadmienić, że strasznie trudno wgramolić się na stół do badania gdy organizmem targają skurcze porodowe. Przyszły tata zaniepokojony czekał na korytarzu, tak samo czekał 10 godzin temu? Tym razem odesłano nas na porodówkę!
    Kazano przebrać mi się w strój do porodu (i tu stwierdziłam, że zapomniałam stroju i ostatecznie ubrałam się w koszulę jaka planowałam nosić po porodzie i przez cały poród pamiętałam by jej nie zabrudzić…) Usadzona na wózku inwalidzkim zostałam przewieziona przez pielęgniarkę na sale porodową. Podłączono KTG. Skurcze silne i regularne co 3 minuty. A bolały jak cholera. Trafiły mi się w najgorszym wydaniu, skurcze szły z krzyża. Jakże pomocnym okazał się mąż wówczas, bo każdy starał się mi rozmasować. Pozwolono mi chodzić – boże jaka to ulga. Za oknami słyszałam co jakiś czas łomot. Co to? Budowa? Chyba nie, bo kto by prowadził prace budowlane o 2-giej w nocy. To burza! Burza w lutym! Każdy skurcz synchronizował się z wyładowaniem atmosferycznym, które waliło tuż nad nami.
    Godzina 4:00. Zjawia się ekipa medyczna i pada stwierdzenie – RODZIMY! Ucieszyłam się szalenie, że ktoś się zlitował nad moja niedolą, bo błona nie pękała mimo usilnych starań. Położna fachowo przebija łożysko i chlusnęły hektolitry wód płodowych i zarazem potwierdziła się wstępna diagnoza, że ciąża była obciążona wielowodziem. (Całe szczęście, że wcześniej nikt nie postawił mi tej diagnozy, bo bym się tylko niepotrzebnie zamartwiała). A wody to chlusnęły tak jak, by ktoś balon z woda przebił, jak normalnie na jakieś komedii z Lesie Nilsenem. Ze dwa podkłady mi zaraz zmienili pod tyłkiem, a potem to i salowa z mopem ganiała 🙂
    Teraz parcie. Boże jak to boli! Nigdy nic mnie tak nie bolało. Czułam, że zaraz mnie coś rozerwie od środka. Czas zatrzymał się w miejscu, a ból wydawał się nie mieć końca. Mocno wbiłam palce w przegub reki męża i patrzyłam się mu głęboko w oczy, starając się znieczulic ból tym spojrzeniem. Mąż syknął z bólu.
    Zerkam na cyfrowy zegar obok mojego madejowego łoża, by zapamiętać godzinę – 4:07. I… JEST! Już jest mój kochany synek. Jakiż on piękny! Świeżo upieczony tatuś ostatecznie i własnoręcznie uniezależnił byt malutkiego Ernesta. Zawinięty w pieluszkę został mi położony na brzuchu. Jaki cieplutki! Piękne długie palce maleńkiej rączki obejmowały mój kciuk. Byłam szczęśliwa i od razu zakochana.
    Urodzenie łożyska to już tylko drobnostka i zupełnie niepotrzebna, bo już tak chciałam tulić swoje maleństwo. A, ze czynny udział przy porodzie brały studentki, to jeszcze przy mnie oglądały sobie toto. Luzik. 🙂
    2 godziny poleżeliśmy sobie wspólnie na porodówce, po czym Ernulka został zbadany, zmierzony i ubrany. Przeniesiono mnie na łóżko i wywieziono do pokoju…
    Na koniec dodam, że na drugi dzień zjawił się mój maleńki synek Albert, który raptem stał sie wielkoludem, niemalże studentem, tak niepodobnym do mojego maleńkiego synka. Tak szybko stał się dużym chłopcem. Ktoś mi go podmienił?

    #2704146

    magdzik

    A jak by ktoś chcial poczytać moje pierwsze zmagania to zapraszam:



    #2704147

    chilli

    jezusicku, gdziec Ty rodzila pierworodnego?

    #2704148

    lilavati

    Jak dalej z taką częstotliwością będę pojawiać się porodowe wspominki to mnie hormony rozwalą – każdy opis inny ale każdy rozkleja

    Ale położną która chciała by mi przebić łożysko bym przegoniła 😉

    #2704149

    Anonim

    A ja myslalam,ze Ernula to takie wyszukane damske imię;-)

    #2704150

    magdzik

    Zamieszczone przez szpilki
    jezusicku, gdziec Ty rodzila pierworodnego?

    Na Starynkiewicza 😀
    A co, powiało horrorem?
    Tego dnia było 9 porodów na 3 sale. Az strach pomyśleć co sie dzieje teraz na porodówkach 🙁



    #2704151

    magdzik

    Zamieszczone przez nato
    A ja myslalam,ze Ernula to takie wyszukane damske imię;-)

    hahaha! Tak nam się zaczeło mówić. Ernest – Erni – Ernula (jak był taki malusi). Teraz juz jest częściej Ernim.

    #2704152

    olesia1

    Super się czytało 🙂

    A z tym bólem przy parciu to jakbym ja pisała 😉 wiele dziewczyn mi mówiło,że parte to juz pryszcz..ahaaa jasssne….:Stres:

    #2704153

    fresz

    Śliczne wspomnienia !!! fajnie się czytało !!!! :):):) I też pamiętam, że dgy urodziłam drugiego synka, ten pierwszy nagle z małego chłopczyka stał się mężczyzną !!:):):)

    #2704154

    pasiasta

    Ale świetny opis, fajna pamiątka:Kciuki:



    #2704155

    kata

    hee pamiętam tą burzę, podobna do tej co dziś nad ranem zaszalała 😉

    #2704156

    magdzik

    Zamieszczone przez Kata
    hee pamiętam tą burzę, podobna do tej co dziś nad ranem zaszalała 😉

    Ha ha! Ale zimą burze się zupełnie inaczej odbiera 😀

Postów wyświetlanych: 12 - od 1 do 12 (wszystkich: 12)


Forum ‘Wszystko o porodzie’ jest zamknięte dla nowych tematów i odpowiedzi.

Close