nietypowo – Nina, 19.11.2003

Postów wyświetlanych: 15 - od 1 do 15 (wszystkich: 43)
  • Autor
    Wpisy
  • #105824

    vieshack

    W końcu zdecydowałam się i ja…
    Tyle lat minęło, a mój zdecydowanie nietypowy poród nie trafił jeszcze tu.

    Wszystko zaczyna się w kwietniu 2003 – niespodziewanie spóźnia mi się okres. Jesteśmy przerażeni, studia w toku, dorywcza praca, imprezy, wyjazdy – nasze życie to totalny chaos i szaleństwo. Gdzie w tym wszystkim miejsce na małego człowieka?
    M. cieszy się mimo wszystko. Przekonuje, że poradzimy sobie bo jeśli nie my to kto? 😉
    Pod koniec kwietnia nie mam już złudzeń, test to formalność.
    Płaczę, jestem w depresji, przecież jestem jeszcze za młoda, nie chcę nagle bawić się w odpowiedzialność. M. pociesza mnie i dodaje otuchy samemu sobie, jednocześnie widzę, że on już to dziecko kocha, wieczorami gada do brzucha, mówi o sobie „tata” i inne tego typu absurdy 😉 Do mnie ledwo to dociera. Powoli Oswajam się z myślą, że zostaniemy rodzicami, ale do radości i pełnego spokoju oczekiwania jest mi bardzo daleko….
    Czas mija, przygotowujemy się, porządkujemy nasze sprawy. Ze studenckiego mieszkania przenosimy się do rodziców – to tylko pogłębia mój kiepski nastrój. Bardzo ceniłam sobie naszą całkiem świeżą niezależność, a tu trzeba z niej zrezygnować, tak będzie łatwiej, wygodniej, a w naszej sytuacji finansowej przygarnięcie przez rodziców nas ratuje.
    Czuję się kiepsko, niezgrabna, ociężała, słoniowata. Mimo to zasuwam na najwyższych obrotach, staram się pozdawać co mogę wcześniej na studiach, daję korepetycje, żyjemy bardzo aktywnie.
    18 listopada mam kolejny atak złego nastroju, siedzę sama u rodziców bo M. pomaga swoim w remoncie – nocuje tam przez kilka nocy. Zjadam wielką kolację z podwieczorkiem na słodko licząc że to poprawi mi humor. Zamiast tego mam wielką zgagę :Hyhy:
    Kładę się wcześnie zgodnie z maksymą, że takie chwile najlepiej przespać.
    Około 3 budzę się na siusiu. Brzuch dziwnie mnie pobolewa, ale ostatnimi czasy boli mnie już wszystko więc niespecjalnie się przejmuję. Po kursie do łazienki nie mogę zasnąć więc biorę w rękę książkę. W domu cisza jak makiem zasiał. Rodzice śpią, śpi pies, za oknem ciemna noc. Brzuch boli coraz bardziej i jakoś tak dziwnie…regularnie? Eee tam, przecież do terminu mam jeszcze miesiąc. Jest 19.11, dziecko ma przyjść do nas dopiero około 15.12. Nie ma mowy żeby to było już TO. Przecież bym poznała, podobno takiego bólu nie da się z niczym porównać. Czytam, pogryzam paluszki. Kiedy boli dalej idę sobie pod prysznic, pomaga. Wracam do czytania. Jest około 5.30 kiedy zgina mnie niemalże w pół w drodze po herbatę. To już mnie zastanawia. Dzwonię do M., który nieprzytomnie pyta czy mi się nie wydaje. W międzyczasie ból narasta, mówię M. żeby natychmiast przyjeżdżał bo chyba powinniśmy jednak rozważyć opcję porodu 😉 W międzyczasie budzę mamę, pakuję rzeczy do torby, której oczywiście jeszcze nie zdążyłam spakować – bo po co, przecież mamy jeszcze kupę czasu. W przerwie między wrzucaniem do torby skarpetek (bo podobno dobrze jest je mieć ze sobą bo podczas porodu marzną nogi), a rozważaniem, którą koszulę zabrać czuję że dzieje się coś dziwnego. Odchodzą mi wody, jest ich tyle, że spokojnie napełniłabym jakieś wielkie wiadro. Stoją zszokowana z koszulą w ręce. O co kaman, podobno to wszystko dłużej trwa!
    Wpada mama i widząc co się dzieje łapie za telefon i wykręca numer pogotowia. W międzyczasie dzwoni M. i mówi, że już jedzie, złapał taksówkę.
    Reszty nie słyszę bo znów dzieje się coś dziwnego, czuję, że MUSZĘ przeć, teraz, natychmiast, nie mogę już czekać. Zwijam się na łóżku. Mama przybiega, mówi coś do mnie, widzę tylko, że trzęsą jej się ręce. Mówię, że nia ma szans, nie zdążymy, nawet jak przyjedzie karetka to ja już nigdzie się nie ruszam. Rozbieram się z jej pomocą, po chwili kolejny skurcz, silny….Wyciągam rękę i obezwładnia mnie strach, czuję pod nią główkę. Moja mamie puszczają nerwy, staramy się uspokoić siebie nawzajem. Adrenalina rośnie, ręce mi latają, jestem nieprzytomna ze stresu, ale prę kolejny raz i…JEST, słyszę płacz….Już po wszystkim, jest. Jest 6.20, za oknem robi się szaro.
    „Dziewczynka” – mówi moja mama, zawijając ją w koszulę, którą cały czas ściskałam w rękach. Widzę ją, ale jestem jakaś nieprzytomna. Wszystko dociera do mnie jak przez mgłę. Gdzieś w tle słychać dzwonek domofonu, moja mama wciska mi zawiniątko i idzie wpuścić lekarzy…Prawie w tym samym momencie wpada M., staje w progu jak wryty….Lekarz się kręci, pyta, przecina pępowinę, małą dają mężowi na ręce. Widzę jak siedzi obok mnie wpatrzony w córkę jak w obrazek. Ja nadal jestem oszołomiona, daję wynieść się w kocu do karetki, mąż wynosi małą….Jedziemy do szpitala…Wszystko jest dobrze, tak mi powiedzieli jeszcze w domu, jedziemy rutynowo bo tak trzeba…
    W karetce mąż pokazuje mi w końcu jej twarzyczkę…Klon taty – widać na pierwszy rzut oka 😉 Nasza Ninka, moja podwójna niespodzianka.
    W szpitalu ważą, mierzą, zszywają mi pękniętą szyjkę. Planowo mamy zostać na trzy dni, zostajemy na długie dwa tygodnie z powodu żółtaczki. W międzyczasie uczę się siebie, uczę się Jej, uczę się jak być matką…
    Nie jest łatwo, to dla mnie trudna droga, ale…dziś nie wyobrażam sobie dla nas innego scenariusza.

    Nie umiem przelewać słów na papier tak, jak niektóre z Was. Długo ociągałam się z opisem, dziś poczułam, że teraz albo nigdy 😉
    stąd moja radosna twórczość 😀

    #3898041

    szkocik

    Pięknie opisane !!!
    Mam łzy w oczach 🙂
    Niespodziewana ciąża i jeszcze bardziej niespodziewany poród 😀



    #3898042

    Anonim

    :Wow!::Hura!: ale jaka radosna i wzruszająca ta relacja:)

    Gratulacje Mamusiu- to już 7 lat temu:Wow!:ale ten czas leci…

    #3898043

    asik

    Łał to się nazywa ekspresowy poród 🙂
    A mnie się wydawało, że ja szybko urodziłam 😉
    Strasznie wzruszające są opisy porodów,
    normalnie mam łzy w oczach

    #3898044

    bratek

    wiedziałam o Twoim porodzie, ze był w domu
    ale teraz znam szczegóły
    niesamowite

    #3898045

    zuzel

    Ale expresowo. Też bym tak chciała…



    #3898046

    zinke

    Naprawdę wzruszająco to opisałaś mam łzy w oczach i uśmiech na twarzy i to tak z rana.Gratulacje:Wow!:

    #3898047

    gosik

    nie, no niesamowite 🙂

    Myślisz że drugi poród będzie jeszcze szybszy?
    Bo taka jest teoria :Hyhy:

    #3898048

    pasiasta

    Zamieszczone przez vieshack
    Długo ociągałam się z opisem

    Eee tam, tylko troszkę Ci zeszło:Hyhy::Hyhy::Hyhy:

    Świetny opis, poród expressowy to mało powiedziane:Cwaniak:

    #3898049

    goooosia

    ale się wzruszyłam….
    to musiały być emocje :Wow!:
    no i szacun dla mega dzielnej babci :Hura!:



    #3898050

    -aga

    Zamieszczone przez vieshack
    W końcu zdecydowałam się i ja…
    Tyle lat minęło, a mój zdecydowanie nietypowy poród nie trafił jeszcze tu.

    Wszystko zaczyna się w kwietniu 2003 – niespodziewanie spóźnia mi się okres. Jesteśmy przerażeni, studia w toku, dorywcza praca, imprezy, wyjazdy – nasze życie to totalny chaos i szaleństwo. Gdzie w tym wszystkim miejsce na małego człowieka?
    M. cieszy się mimo wszystko. Przekonuje, że poradzimy sobie bo jeśli nie my to kto? 😉
    Pod koniec kwietnia nie mam już złudzeń, test to formalność.
    Płaczę, jestem w depresji, przecież jestem jeszcze za młoda, nie chcę nagle bawić się w odpowiedzialność. M. pociesza mnie i dodaje otuchy samemu sobie, jednocześnie widzę, że on już to dziecko kocha, wieczorami gada do brzucha, mówi o sobie „tata” i inne tego typu absurdy 😉 Do mnie ledwo to dociera. Powoli Oswajam się z myślą, że zostaniemy rodzicami, ale do radości i pełnego spokoju oczekiwania jest mi bardzo daleko….
    Czas mija, przygotowujemy się, porządkujemy nasze sprawy. Ze studenckiego mieszkania przenosimy się do rodziców – to tylko pogłębia mój kiepski nastrój. Bardzo ceniłam sobie naszą całkiem świeżą niezależność, a tu trzeba z niej zrezygnować, tak będzie łatwiej, wygodniej, a w naszej sytuacji finansowej przygarnięcie przez rodziców nas ratuje.
    Czuję się kiepsko, niezgrabna, ociężała, słoniowata. Mimo to zasuwam na najwyższych obrotach, staram się pozdawać co mogę wcześniej na studiach, daję korepetycje, żyjemy bardzo aktywnie.
    18 listopada mam kolejny atak złego nastroju, siedzę sama u rodziców bo M. pomaga swoim w remoncie – nocuje tam przez kilka nocy. Zjadam wielką kolację z podwieczorkiem na słodko licząc że to poprawi mi humor. Zamiast tego mam wielką zgagę :Hyhy:
    Kładę się wcześnie zgodnie z maksymą, że takie chwile najlepiej przespać.
    Około 3 budzę się na siusiu. Brzuch dziwnie mnie pobolewa, ale ostatnimi czasy boli mnie już wszystko więc niespecjalnie się przejmuję. Po kursie do łazienki nie mogę zasnąć więc biorę w rękę książkę. W domu cisza jak makiem zasiał. Rodzice śpią, śpi pies, za oknem ciemna noc. Brzuch boli coraz bardziej i jakoś tak dziwnie…regularnie? Eee tam, przecież do terminu mam jeszcze miesiąc. Jest 19.11, dziecko ma przyjść do nas dopiero około 15.12. Nie ma mowy żeby to było już TO. Przecież bym poznała, podobno takiego bólu nie da się z niczym porównać. Czytam, pogryzam paluszki. Kiedy boli dalej idę sobie pod prysznic, pomaga. Wracam do czytania. Jest około 5.30 kiedy zgina mnie niemalże w pół w drodze po herbatę. To już mnie zastanawia. Dzwonię do M., który nieprzytomnie pyta czy mi się nie wydaje. W międzyczasie ból narasta, mówię M. żeby natychmiast przyjeżdżał bo chyba powinniśmy jednak rozważyć opcję porodu 😉 W międzyczasie budzę mamę, pakuję rzeczy do torby, której oczywiście jeszcze nie zdążyłam spakować – bo po co, przecież mamy jeszcze kupę czasu. W przerwie między wrzucaniem do torby skarpetek (bo podobno dobrze jest je mieć ze sobą bo podczas porodu marzną nogi), a rozważaniem, którą koszulę zabrać czuję że dzieje się coś dziwnego. Odchodzą mi wody, jest ich tyle, że spokojnie napełniłabym jakieś wielkie wiadro. Stoją zszokowana z koszulą w ręce. O co kaman, podobno to wszystko dłużej trwa!
    Wpada mama i widząc co się dzieje łapie za telefon i wykręca numer pogotowia. W międzyczasie dzwoni M. i mówi, że już jedzie, złapał taksówkę.
    Reszty nie słyszę bo znów dzieje się coś dziwnego, czuję, że MUSZĘ przeć, teraz, natychmiast, nie mogę już czekać. Zwijam się na łóżku. Mama przybiega, mówi coś do mnie, widzę tylko, że trzęsą jej się ręce. Mówię, że nia ma szans, nie zdążymy, nawet jak przyjedzie karetka to ja już nigdzie się nie ruszam. Rozbieram się z jej pomocą, po chwili kolejny skurcz, silny….Wyciągam rękę i obezwładnia mnie strach, czuję pod nią główkę. Moja mamie puszczają nerwy, staramy się uspokoić siebie nawzajem. Adrenalina rośnie, ręce mi latają, jestem nieprzytomna ze stresu, ale prę kolejny raz i…JEST, słyszę płacz….Już po wszystkim, jest. Jest 6.20, za oknem robi się szaro.
    „Dziewczynka” – mówi moja mama, zawijając ją w koszulę, którą cały czas ściskałam w rękach. Widzę ją, ale jestem jakaś nieprzytomna. Wszystko dociera do mnie jak przez mgłę. Gdzieś w tle słychać dzwonek domofonu, moja mama wciska mi zawiniątko i idzie wpuścić lekarzy…Prawie w tym samym momencie wpada M., staje w progu jak wryty….Lekarz się kręci, pyta, przecina pępowinę, małą dają mężowi na ręce. Widzę jak siedzi obok mnie wpatrzony w córkę jak w obrazek. Ja nadal jestem oszołomiona, daję wynieść się w kocu do karetki, mąż wynosi małą….Jedziemy do szpitala…Wszystko jest dobrze, tak mi powiedzieli jeszcze w domu, jedziemy rutynowo bo tak trzeba…
    W karetce mąż pokazuje mi w końcu jej twarzyczkę…Klon taty – widać na pierwszy rzut oka 😉 Nasza Ninka, moja podwójna niespodzianka.
    W szpitalu ważą, mierzą, zszywają mi pękniętą szyjkę. Planowo mamy zostać na trzy dni, zostajemy na długie dwa tygodnie z powodu żółtaczki. W międzyczasie uczę się siebie, uczę się Jej, uczę się jak być matką…
    Nie jest łatwo, to dla mnie trudna droga, ale…dziś nie wyobrażam sobie dla nas innego scenariusza.

    Nie umiem przelewać słów na papier tak, jak niektóre z Was. Długo ociągałam się z opisem, dziś poczułam, że teraz albo nigdy 😉
    stąd moja radosna twórczość 😀

    Pięknie to opisałaś! Z mojej perspektywy najbardziej wzruszające jest to, że mogła Ci w tym ważnym momencie towarzyszyć Mama 🙂 Pozdrowienia dla Niej.
    Dla mnie obie jesteście bohaterkami!!!! Poród cudny!

    —————————————————————————————–

    #3898051

    vieshack

    dzięki dziewczyny 🙂
    poszło ekspresowo, fakt
    i totalnie z zaskoczenia – i w sumie do tej pory mnie tak Nina zaskakuje wciąż :Hyhy:
    na myśl o drugim szybszym razie już się boję gdzie przyjdzie mi urodzić 😀
    a na serio będę pewnie kiedyś rozważać kolejny poród w domu, ale na spokojnie, z jakąś fachową asystą…tak bym chciała 😉
    z mamą nie miałam wtedy najlepszych kontaktów, poprawiły się dopiero dużo później, ale Ni zdecydowanie jest jej oczkiem w głowie 🙂



    #3898052

    lilavati

    Czekałam na ten opis i się doczekałam:Hura!:
    Ja może i taka akcję bym przeżyła ale moja mama…..:Fiu fiu:
    Pamiętam co się działo jak mnie nagle u niej w domu złapało a małż daleko:Fiu fiu:
    Kolejnego równie ekspresowego może nie będę życzyła ale niech następnym razem tak bezproblemowo wszystko sie ułoży (no może niech żółtaczek żadnych nie będzie)
    :Hura!:

    #3898053

    kasiex

    vieśka – dałaś czadu!!!!

    ja też się urodziłam 19 listopada i moja mama LEDWO na porodówkę zdążyła…

    #3898054

    beamama

    No nieźle, Wieszaku :Wow!:

Postów wyświetlanych: 15 - od 1 do 15 (wszystkich: 43)


Forum ‘Wszystko o porodzie’ jest zamknięte dla nowych tematów i odpowiedzi.

Close